Nowy numer 41/2019 Archiwum

Ależ emocje!

Choleryk spowiada się z tego, że się zdenerwował, a melancholik, że nie zareagował i wycofał na z góry upatrzone pozycje. Czy emocje mają wartość moralną? Czy można powiedzieć, że są dobre albo złe?

Temat nie wziął się z kosmosu. Przewijał się często w listach do redakcji, w rozmowach z kierownikami duchowymi, spowiednikami czy rekolekcjonistami. Na co dzień przerabiamy go na własnej skórze w rodzinach, w których emocje sięgają zenitu, jak na derbach Śląska. – Temat naszych drogich i kochanych uczuć, bez których żyć się nie da, ale i z nimi trudno, powraca nieustannie jak bumerang – uśmiecha się s. Bogna Młynarz ze Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Duszy Chrystusa Pana. – Jak możemy na co dzień radzić sobie z trudnymi emocjami, np. poczuciem zniechęcenia, braku nadziei, z tym, że coś nam może się nie udać, z niewiarą w siebie? Co robić, kiedy te uczucia nas w jakimś sensie paraliżują, nie pozwalają działać? – pytają często ludzie. Czy uczucia mają wartość moralną? Czy można powiedzieć, że są dobre albo złe?

Dzikość serca

– Świat naszych uczuć jest niezwykle ciekawy. I trochę nieoswojony, żeby nie powiedzieć dziki – opowiada s. Bogna. – Rządzi się swoimi prawami i są one odmienne od tych, którymi kieruje się nasz rozum. Dlatego dla naszej rozumnej części duszy uczucia jawią się często jako mali anarchiści burzący porządek i ład. Ale to nie jest świat bez zasad. I właśnie znajomość tychże zasad może ułatwić „zarządzanie” uczuciami.

Po pierwsze: uczucia po prostu są. Pojawiają się i znikają niezależnie od decyzji naszej woli. I z tym trzeba się pogodzić. Nic nie pomogą argumenty, postanowienia, ignorowanie, naciski. Przeciwnie, uczucia ignorowane lub poddane represjom nie znikają, ale zaczynają działać w ukryciu całkowicie poza naszą kontrolą. Uznajmy wszystkie uczucia, które w nas się rodzą. Trzeba je przyjąć jak własne dzieci. Bez podziału na brzydkie i ładne. Wszystkie są nasze. Z tej zasady wynika także inny, jakże kojący wniosek: uczucia nie mają oceny moralnej. Czyli nie można o nich powiedzieć, że są złe lub dobre. Dzielą się raczej na przyjemne lub nieprzyjemne, a to całkiem inna kategoria. Ocenie moralnej może podlegać tylko to, na co mamy wpływ – nasze decyzje: świadome i dobrowolne. Uczucia nie mają oceny moralnej, ale to, co z nimi robimy, już tak. Gniew rodzi się we mnie bez mojej odpowiedzialności, ale jeśli go w sobie „nakręcam” i podejmuję pod jego wpływem decyzje, to jest to już moje świadome działanie. Zatem uczucia, które w nas się rodzą (nawet te, których najmniej byśmy sobie życzyli!), nie muszą wpływać na naszą samoocenę.

Zapewniam, że święci też mieli wredne uczucia. – Ojciec Pio reagował często niezwykle dynamicznie, ostro, wszystko w nim się gotowało – dopowiada kapucyn Piotr Jordan Śliwiński, współzałożyciel „Szkoły dla spowiedników”. – Ale pamiętajmy o tym, że każde takie zachowanie odchorowywał. Żałował, spędzał długie godziny na modlitwie za osobę, którą potraktował „z góry”, płakał. Zmagał się z tymi zachowaniami.

Biznesmen drze gazety na strzępy

– Czy ludzie spowiadają się z tego, że są zdenerwowani? – pytam o. Jordana.

– Jasne. Bardzo często słyszymy takie rzeczy. Dlatego niezwykle ważne jest oddzielenie dwóch rzeczywistości. Problem nie tkwi w tym, że ktoś się zdenerwuje (mam prawo się na kogoś zirytować, a nawet nie zapanować nad kipiącymi we mnie emocjami). Problem jest w tym, co z tym później zrobię. Trudno mówić o odpowiedzialności moralnej na przykład w przypadku człowieka, który tak bardzo się wystraszył, że uczucie lęku sparaliżowało go do tego stopnia, iż nie był w stanie działać. Uczucia – jak przypomina Katechizm Kościoła Katolickiego – same w sobie nie są ani dobre, ani złe. To jasne. Ale problem zaczyna się, gdy na przykład regularnie po przyjściu z pracy reaguję w domu wobec najbliższych agresją, czyli zachowuję się w sposób, którego później bardzo się wstydzę. W pracy muszę powstrzymywać gniew, ale potem, gdy wracam spięty, zdenerwowany, zestresowany, jakiś niewielki nawet bodziec może sprawić, że odreagowuję. I nawet jeśli moje intencje były czyste i naprawdę nie chciałem niczego takiego uczynić, to widzę przecież skutki tego, co zrobiłem. Słyszę płacz, widzę smutek, poczucie krzywdy u najbliższych. I wówczas warto zadać sobie pytanie: co mogę z tym zrobić? A co mogę zrobić? Mogę nauczyć się relaksowania. Mogę się nauczyć wyrzucania agresji inaczej niż „w człowieka”. Na przykład w jakiś gadżet, przedmiot. Mam przyjaciela biznesmena, który w chwilach gniewu i wielkiego napięcia bierze karton pełen starych gazet, który trzyma w swoim gabinecie, zamyka się i zaczyna je drzeć. Nie odreagowuje na pracownikach, na otoczeniu. Ale generalnie to już raczej problem dla psychologa niż spowiednika czy kierownika duchowego.

Granica między tym, że zdenerwuję się i mam zamiar krzyknąć na domowników, a realizowaniem tego jest niezwykle cieńka. W jaki sposób ją określić? – przerywam o. Jordanowi.

– Granice te są wyraźnie wyczuwalne – wyjaśnia kapucyn. – Każdy je w sobie rozpozna. Jest ogromna różnica między powiedzeniem niemiłej rzeczy dziecku a podniesieniem na nie ręki. „Czyny ludzkie mogą być kwalifikowane moralnie. Są dobre albo złe” – czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego. A uczucia? W katechizmie znajdziemy cały artykuł poświęcony moralności uczuć. Pojęcie „uczucia” oznacza odczucia lub doznania. Człowiek dzięki swoim emocjom przeczuwa dobro i przewiduje zło. Podstawowymi uczuciami są miłość i nienawiść, pragnienie i obawa, radość, smutek i gniew. W uczuciach jako poruszeniach wrażliwości nie ma ani dobra, ani zła moralnego. W miarę jednak ich zależności od rozumu i od woli jest w nich dobro lub zło moralne. Emocje i doznania mogą być przekształcone w cnoty lub zniekształcone w wady. „»Kochać – katechizm cytuje za św. Tomaszem z Akwinu – znaczy chcieć dla kogoś dobra«. Wszystkie inne uczucia mają swoje źródło w tym pierwotnym poruszeniu serca człowieka ku dobru. Uczucia same w sobie nie są ani dobre, ani złe”.

Po co się katować?

– To bardzo ważne zagadnienie, bo tak naprawdę chodzi w nim o praktyczną wiedzę o sobie, o poznanie samego siebie – opowiada o. Rafał Kogut, franciszkanin prowadzący od wielu lat rekolekcje dla małżeństw. – Temperament to wypadkowa tempa reagowania i siły wrażliwości. Warto przyjrzeć mu się z bliska. U choleryka emocje są zawsze wysoko, u flegmatyka nisko, sangwinik przeżywa huśtawkę: „góra, dół, góra, dół” i zmienia się to często w ciągu jednego dnia. Gdy melancholik wpadnie w „dół”, trwa w nim niezwykle długo. O każde z tych zachowań, o każdą z tych reakcji możemy się oskarżać. Ale po co? Pamiętajmy, że reagujemy przede wszystkim zgodnie z temperamentem. Choleryk reaguje gwałtownie, a przy melancholiku trzeba się solidnie napracować, by wytrącić go z równowagi. Choleryk wchodzi w wir wydarzeń, flegmatyk ucieka z sytuacji konfliktowych. Emocje nie podlegają moralnej ocenie. Ocenie moralnej podlega dopiero działanie pod wpływem emocji. Konkret: wpadasz w gniew, ale zamiast wyciszyć go w sobie, zaczynasz reagować i ranić innych pod wpływem tej emocji. Bardzo ważne w procesie uzdrowienia wewnętrznego jest to, by nazwać te swoje temperamenty po imieniu i nie tylko je zaakceptować, ale podziękować za nie Bogu – wyjaśnia o. Rafał. – Są darem, bagażem, który otrzymaliśmy w drodze do nieba.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Zobacz także

  • Anna
    09.01.2015 14:06
    Osobiście jestem dość impulsywna. Czasami nawet bardzo. Kiedy złość ogarnia mnie w domu - staram się chwycić za sprzątanie. Zmywam naczynia i podłogi, piorę, odkurzam. Złość po trochu mija, a dookoła jest przyjemnie czysto... :)
    doceń 4
  • Midrasz
    09.01.2015 14:45
    Droga Anno. Gratuluję kultury i dobrego piwa w pubie życzę, bez rozgrzeszenia oczywiście.
  • Do ciekawego
    09.01.2015 17:00
    Drogi ciekawy!

    Kilka lat temu zastanawiałam się tak jak Ty, dlaczego ludzie, którzy żyją z dala od Boga czynią dobro. Skąd to mają? No przecież żyją w grzechach cieżkich, to skąd?

    Już znam odpowiedź. Cały czas w nas ludziach toczy się walka wręcz na śmierć i życie o dobro, o piękno. Tak naprawdę właśnie o Boga. Mamy głęboko w sercach zakodowane pragnienie dobra, miłości. Tak On nas stworzył. Nawet jeśli ktoś żyje w grzechach ciężkich to Pan Bóg nie przestaje mu błogosławić, pomagać wrócić do Niego i być dobrym człowiekiem. Bóg walczy o każde swoje dziecko.

    Często jest też tak, że ktoś fizycznie chodzi do Kościoła, a sercem jest daleko od Boga. "Ten lud czci mnie wargami", "Obyś był zimny, albo gorący". W efekcie ktoś kto nam się wyadje, że jest blisko dobrego Boga może być w rzeczywiastości daleko... Bóg zna jego duszę. Więc co powiedzieć o tym wspomnianym szafarzu? Tak naprawdę jeden Bóg wie... Może jest chory psychicznie? A może właśnie sercem daleko był od Boga? W chwili kiedy czynił żło był przeciwny woli Bożej.

    Ja staram się żyć w przyjaźni z Bogiem- wiela miłośc mojego życia - ale... sama wiem, że tyle razy mi nie wychodzi słabość ludzka jest tak ogormna. Sami wiedzie.


    Co w takim razie z tymi, którzy żyją w grzechach ciężkich a czynią dobro? Otoż z jedej strony odrzucają Boga poprzez trwanie w grzechach, a z drugiej też trochę idą za Nim. Czyniąc dobro słuchają Boga, który mówi "a bliźniego swego jak siebie samego".


    Zdarzyło mi się żyć w grzechach cieżkich i wiem jaka to tragedia. Oby nigdy więcej. Gdyby ludzie znali kim jest Bóg trzeba byłoby kierować ruchem przy wejściu na Mszę Swiętą... "Szukajcie, a znajdziecie"
  • Marek
    10.01.2015 00:59
    Dzięki Ci Boże, że jestem cholerykiem. Mogę przez to lepiej przeciwstawić się złu, które mnie wkurza. Moje własne też.
    doceń 1

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji