Nowy numer 2/2021 Archiwum

W Afganistanie wybory bez incydentów

Sobotnia druga i rozstrzygająca runda wyborów prezydenckich w Afganistanie stała się pierwszym w historii tego kraju przypadkiem, gdy władza przejdzie pokojowo z rąk jednego władcy w ręce drugiego. Mimo pogróżek talibów, głosowanie przebiegło spokojnie.

W pierwszej turze frekwencja wyborcza sięgnęła 60 proc., ale żadnemu z pretendentów nie udało się zebrać ponad połowy głosów, by już w pierwszym podejściu wygrać prezydenturę. Do dogrywki w pojedynku o schedę po panującym od 2001 r. prezydencie Hamidzie Karzaju przeszło dwóch najsilniejszych rywali - b. minister spraw zagranicznych dr Abdullah i b. minister finansów Aszraf Ghani, którzy w pierwszej rundzie zdobyli odpowiednio 45 proc. i 31,5 proc. głosów. Obaj cieszą się opinią polityków prozachodnich, nowoczesnych, kompetentnych i sprawnych.

Za faworyta w drugiej turze uważano raczej Abdullaha, ale mimo 14-punktowej przewagi z pierwszej rundy nie mógł być wcale pewnym zwycięstwa. O wygranej w wyborczej dogrywce mieli przesądzić bowiem wyborcy wywodzący się z plemion pasztuńskich, stanowiących prawie połowę ludności kraju. Poza dwoma wyjątkami spośród Pasztunów wywodzili się wszyscy dotychczasowi przywódcy Afganistanu z Karzajem włącznie.

W pierwszej turze głosy Pasztunów rozproszyły się na siedmiu pasztuńskich kandydatów do prezydentury. Niektórzy Pasztuni głosowali też na jedynego spośród pretendentów nie-Pasztuna, dr. Abdullaha. Choć jego ojciec był Pasztunem, a matka Tadżyczką, całe dorosłe życie Abdullah spędził w Kabulu i podkabulskiej dolinie Pandższiru i uważany jest za przedstawiciela Tadżyków, stanowiących jedną trzecią ludności.

Świadomy nieufności Pasztunów, przed druga turą wyborów 53-letni Abdullah zyskał sobie wsparcie najpotężniejszych z pokonanych rywali, Pasztunów Zalmaja Rassula (11,5 proc. głosów w pierwszej rundzie), Abdurraba Rasula Sajjafa (7 proc.) i Gul Aghi Szerzaja (ok. 2 proc). Ale nawet to nie gwarantowało mu spokojnej wygranej, ponieważ do soboty nie było wiadomo, czy pasztuńscy zwolennicy Rassula, Sajjafa i Gul Aghi posłuchają ich wezwań i zagłosują na Abdullaha, czy też ostatecznie wybiorą jednak swojego rodaka, Aszrafa Ghaniego, pochodzącego z mieszkającego w Paktii plemienia Ahmadzajów.

W poprzednich wyborach w 2009 r. w rozstrzygającej drugiej turze wyborów Pasztuni opowiedzieli się po stronie rodaka, Karzaja, a przeciwko Abdullahowi. W 2009 r. Ghani zdobył zaledwie 3 proc. głosów, a Afgańczycy wytykali mu, że burzliwe w Afganistanie lata 80. i 90. spędził na Zachodzie, ciesząc się bezpieczeństwem, karierą i dostatkiem. Wystarczyło pięć lat, a 64-letni dziś Ghani nauczył się, jak podczas wyborczej kampanii z przemądrzałego technokraty przemieniać się w ludowego trybuna i plemiennego wodza. Wyzbył się też skrupułów zachodniego liberała i tym razem walcząc o prezydenturę na swojego wiceprezydenta wybrał krwawego uzbeckiego watażkę Abdula Raszida Dostuma, który zapewnia Ghaniemu głosy Uzbeków (10 proc.), tak jak w 2009 r. zapewnił je Karzajowi.

Do głosowania na Ghaniego zachęcali afgańskich Pasztunów także przedstawiciele Pakistanu, którzy od lat mają na pieńku z Abdullahem i uważają go za polityka przychylnego Iranowi i Indiom. W latach 80., gdy Afganistan okupowała Armia Radziecka, Abdullah był sekretarzem jednego z najpotężniejszego z partyzanckich komendantów Ahmada Szaha Massuda, Tadżyka z Pandższiru, który w przeciwieństwie do pozostałych afgańskich partyzanckich emirów nie podporządkował się Pakistanowi, rozdzielającemu zachodnią pomoc dla mudżahedinów.

W latach 90., podczas wojny domowej w Afganistanie Massud (Abdullah był już jego ministrem dyplomacji) walczył z zabiegającymi o władzę faworytami Pakistanu, w tym z talibami. Jako minister dyplomacji w rządzie Karzaja (Massud zginął 9 września 2001 r. w zamachu samobójczym poprzedzającym atak Al-Kaidy na USA) Abdullah nieraz oskarżał Pakistan o sekretne wspieranie talibów. Dzielące ich lata podejrzliwości i otwartej wrogości sprawiają, że władze z Islamabadu w afgańskich wyborach zdecydowanie trzymały kciuki za Ghaniego. Tym bardziej, że po wycofaniu się z Afganistanu Zachodu Pakistan znów zamierza stać się regionalnym żandarmem i mieć w Kabulu przyjazny sobie rząd.

Nowy prezydent Afganistanu przejmie bowiem władzę w kraju, z którego, po 13-letniej wojnie, z końcem roku wycofane zostaną ostatnie zachodnie wojska. Odtąd afgańska armia sama będzie sobie musiała radzić z partyzantką. Wspierać ją w tym będzie co prawda 10 tys. amerykańskich żołnierzy, którzy jeszcze przez dwa lata pozostaną w Afganistanie po wycofaniu zachodnich wojsk (zarówno Abdullah, jak Ghani obiecują, że podpiszą natychmiast stosowną umowę z Amerykanami), ale jeśli sprawy w Afganistanie przybiorą zły obrót, spod Hindukuszu wycofają się także Amerykanie.

Jeśli zabraknie zachodnich wojsk, a Afganistanowi zagrozi nowa wojna domowa, urwie się także płynąca dotąd zachodnia pomoc gospodarcza.

Nazwisko nowego prezydenta Afganistanu poznamy jednak zapewne dopiero pod koniec lipca. Choć wstępne wyniki mają zostać ogłoszone za dwa tygodnie, to ostateczne podane zostaną dopiero w ostatnim tygodniu lipca, a miesiąc później zwycięzca wyborów zostanie zaprzysiężony na prezydenta.

 

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama