Nowy numer 49/2020 Archiwum

Bismarck za pół roku niepalenia

– Nie przywiązuję się do rzeczy – mówi Paweł Ogarek. – A do czego? – pytam. – Do ludzi. Kocham moją żonę – odpowiada, jakby wyjawiał największą tajemnicę.

Mycie w bibliotece

A potem zaczęło się włóczenie. Zostawił wszystko. – Jaki się ma dobytek w wieku dwudziestu kilku lat? – zastanawia się. – Ja się kompletnie nie przywiązuję do rzeczy, do modeli samolotów też nie. Złapał „stopa” i pojechał do Krakowa. Miał gdzie nocować, bo w akademikach mieszkali znajomi. Z zatrudnieniem nigdy nie miał problemów. – Zawsze można znaleźć pracę, tylko trzeba jej szukać – podkreśla. – Czego ja nie robiłem? Nie byłem tylko dealerem narkotyków. To mnie odstraszało, bo widziałem, do czego prowadzi. Na Nowym Kleparzu w Krakowie chodził pod ścianę, gdzie każdego ranka zjawiali się ludzie potrzebujący pracowników do najdziwniejszych prac. Wspomina, jak ze starszym dekarzem zajmował się remontem gontów na krakowskich kamienicach: – Co to były za widoki! Z dachu przy kominie oglądałem ulicę Zwierzyniecką. Albo sprzątał na ogródkach działkowych. To znów nocą, jak fachowo określali to zleceniodawcy, „przenosił cmentarz” na inne miejsce. Podróżował z rosyjskim cyrkiem jako pracownik fizyczny, sprzątając, nosząc kable. – Tam było mało czasu na romantyzm. To ciężka harówka, ciągle w drodze, mieszkanie w barakowozie. Cieszyło mnie tylko, kiedy widziałem, jak dzieci na widowni bawią się, oglądając popisy cyrkowców – wspomina. Z kolegą chcieli dotrzeć do Cieśniny Beringa, ale udało im się dojechać tylko za Władywostok. Potem jeszcze jeździł po Węgrzech, Turcji. Na koniec wrócił do kraju i znów w różnych miejscach doraźnie pracował. Kiedy nie zarabiał tyle, by starczyło na nocleg, korzystał z noclegowni. – Ale tylko na kilka dni, bo w noclegowniach obowiązuje rejonizacja – opowiada. – Kiedy nie miałem noclegu, to trzeba było przechodzić całą noc, w dzień znów szukało się zatrudnienia. Jak się nic nie ma, nie trzeba zarabiać aż tak dużo, bo potrzeby się kurczą. Czasem odpoczywał w bibliotece. – Tam też dało się umyć, tylko trzeba było to robić szybko, żeby nikt nie zauważył – pamięta.

Bismarck za papierosy

Do Wspólnoty „Betlejem” trafił z noclegowni w Sosnowcu. – Wcześniej poznałem ks. Łukasza Malkiewicza – wspomina. – Był tuż po skończeniu seminarium. Jeździł do „Betlejem” pomagać wychodzącym z bezdomności. Też jest modelarzem i miał wiedzę o U-Bootach w jednym palcu. Kiedy wszedł do pokoju, gdzie nocował Paweł, wpadł mu w oczy jego niedokończony model rosyjskiego samolotu myśliwskiego. Zaczęli rozmawiać o modelarstwie, a skończyli na czuwaniu modlitewnym w „Betlejem”. Przez kolejne czwartki Paweł starał się tam przyjeżdżać na adorację Najświętszego Sakramentu. Kiedy trzeba było opuścić noclegownię, jakby naturalnie przeniósł się do domu Wspólnoty. – Jak się Panu teraz układa z Panem Bogiem? – pytam. – Wiem, że Bóg jest i mam nadzieję, że ma do mnie nadal dużo cierpliwości. Zaczęło mi na Nim zależeć. Te „betlejemskie” adoracje sprawiły, że zrozumiałem, że życie trzeba oprzeć na czymś więcej. To głupie, co mówią ludzie, że można je budować na pieniądzach albo innych sprawach. Nie znam się na teologii, ale jestem pewien, że Bóg wystarczy. No i zawsze pomaga jakaś pasja – dodaje. Pracuje w zakładzie produkcyjnym jako spawacz, ale kiedy tylko może, wpada do modelarni i prowadzi zajęcia z uczniami z podstawówek. W najbliższych planach ma sklejenie dwóch modeli samolotów, których historia związana jest z okolicami rodzinnego Tarnowa. – Wydarzenia, w których brały udział, dzieli 30 lat i 30 km – mówi. – W 1914 r. pod Brzeskiem po raz pierwszy startowała austriacka maszyna z radiem przeznaczona do niszczenia precyzyjnego. Ostrzelała stacjonujące tam wojska rosyjskie, omijając inne obiekty. Druga to brytyjska Dakota, która z 26 na 27 lipca 1944 r. wylądowała pod Tarnowem, żeby wywieźć części rakiet V2. Niestety, przy starcie ugrzęzła i akcja zamiast 15 minut trwała półtorej godziny – opowiada. Paweł zna historię każdej wykonywanej przez siebie maszyny. – Trzeba mieć tylko dużo czasu, a ręce same pracują – mówi. Jest przekonany, że znajdując cel życia, da się zerwać z każdym uzależnieniem. – Ten kadłub jest efektem rzucenia przeze mnie palenia – pokazuje na model pancernika Bismarck. – Jego równowartość to półtora tysiąca złotych, czyli pół roku palenia papierosów. Wie pani, palacz jak ma 20 zł, to najpierw 12 wyda na papierosy, dopiero resztę na jedzenie. Żona nie paliła nigdy, ja tak, no to postanowiłem z tym skończyć i się udało. Bo jak się chce, to można wszystko.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama