Nowy numer 47/2020 Archiwum

Zmarł mój syn. Czy może być lepszy czas na odejście?

Od tamtej chwili dużo zmieniło się w moim życiu. I nie chodzi tylko o dotkliwy brak jednego członka rodziny. Chodzi o to, że moje spojrzenie wyostrzyło się tak, jakby ktoś włączył światło.

W sierpniu 2012 r. moi synowie, ministranci, przynieśli kalendarze, które sprezentował im ksiądz proboszcz, na 2013 rok, na Rok Wiary.

– Już kalendarze, z takim wyprzedzeniem? – spytałam

– Tak, bo proboszcz powiedział, że do Roku Wiary trzeba się przygotować, można już zacząć...

Ja, człowiek małej wiary (och, mniejszej przecież niż ziarno gorczycy), nie pomyślałam wtedy, że dla mnie będzie to SZCZEGÓLNY ROK WIARY.

Przeczytałam uważniej wyznanie wiary, które było napisane na dołączonym do kalendarza obrazku z Jezusem. Włożyłam go za szybkę w kuchennym kredensie, żeby Jezus miał na nas oko, bo to najlepsze do tego miejsce, i rzuciłam się w wir swoich niekończących się nigdy obowiązków – do mojego codziennego „braku czasu”, „jak ja się wyrobię”, „jak z tym zdążyć”, „jak sobie poradzę”, „kiedy ja odpocznę”. Wtedy, w tym ciągłym biegu, nie przypuszczałam, że za kilka dni czas się dla mnie zatrzyma, życie zwolni bieg i wszystko w moim życiu się zmieni. Na początku września mój pierworodny syn, świeżo upieczony maturzysta, przyszły student Politechniki Łódzkiej, okaz zdrowia, został powołany do Pana. Zginął w wypadku samochodowym.

Dlaczego, Panie, mu to zrobiłeś? „By się na nim objawiły sprawy Boże” (J 9,3). Wiara jest darem, jest wielką łaską, och, dzięki Ci, Boże, za ten dar. Kiedy syn walczył o życie, modliłam się w szpitalnej kaplicy Bożego Miłosierdzia. Nawet w najgorszym scenariuszu nie zakładałam śmierci syna. Sądziłam, że zostanie kaleką. Jedyne, co przychodziło mi do głowy w totalnym niepokoju i panice, to słowa „Jezu, ufam Tobie, daj mi dość siły, aby wypełnić wolę Bożą”. Powtarzałam to w kółko.

Syn odszedł. Z punku widzenia ludzkiego klęska, nieszczęście. Tyle planów, tyle pokładanych nadziei, taki odchowany...

Może być większa kara dla matki niż szykować ubranie do trumny dla dziecka? Garnitur, w którym tak niedawno wychodził roześmiany na studniówkę. Buty – mówił, że trochę niewygodne – czy dać mu te buty na ostatnią drogę? Czy to nie dzieci powinny iść za trumną rodziców? Ale patrząc z perspektywy wieczności, czy może być lepszy czas na odejście z ziemi? Już nie dziecko – młodzieniec, jeszcze nie skażony złem tego świata, młody, pełen siły, zapału, rozpoczyna nowy rozdział swojego życia, tak jak miał rozpocząć tu, na ziemi. Pan – dawca wszystkiego – powołał go na służbę.

Jestem tylko matką, więc na początku martwię się: Czy dobrze ci tam, synku? Czy nie tęsknisz za domem? Za swoim pokojem, za rodzeństwem? Kto się tam tobą zaopiekuje? Kto będzie prasował twoje koszule? Kto znajdzie tyle cierpliwości, żeby robić stosy kanapek, jakie zjadałeś?

I troska największa spędzająca sen z powiek – czy zostaniesz zbawiony?

Wszystkie smutki, żale, cała tęsknota – o ileż byłaby lżejsza, gdybym miała tę pewność, że pójdziesz do nieba. Matki piszą na nagrobkach „powiększył grono aniołków”. Ty już takie duże dziecko – w oczach świata już nie dziecko, już mężczyzna... czy powiększyłeś grono aniołów? Pewność – gdybym ją miała, wtedy wiara nie byłaby potrzebna. Pozostaje mi wierzyć i ufać Jezusowi.

Syn obchodził pierwsze piątki miesiąca, więc jest nadzieja, zgodnie z obietnicą Jezusa, jeśli nie od razu, to kiedyś dotrze do nieba. Trzeba się modlić, ufać i wierzyć.

Łatwiej by mi było, synu, gdybyś przyszedł i powiedział: „Jest mi dobrze, mamo, nie martw się o mnie”, ale tak pewnie byłoby za prosto.

Po pogrzebie, po pierwszych zdziwieniach, że świat dalej istnieje, żyje, trwa, bawi się i cieszy, podczas, gdy syna nie ma, po dniach poszukiwania go, gdzie jeszcze jego miejsce przy stole czeka, jego trampki w przedpokoju, ręcznik w łazience, przyszły dni, gdy zrozumiałam, że nie ma go tu ciałem i nie będzie. Przyszły dni bezbrzeżnego smutku i bólu. Zabrakłoby papieru, aby opisać, jak ciężko było mi wtedy żyć, wstawać do kolejnego dnia, przeżywać kolejną chwilę, minutę, godzinę. Jak ciężko, gdy na każdym kroku nie ma dziecka, a są ślady po nim. Jak ciężko uśmiechać się do pozostałych dzieci, kiedy serce jest jednym wielkim bólem, a przecież one też w rozterce potrzebują wsparcia. Jak trudno jest wierzyć. Ale wiem, że nigdy w tych „czarnych”, pustych dniach Bóg mnie nie opuścił. Pomimo pozornej pustki wiem, że był dyskretnie tuż obok mnie.

W chwilach, w których wydawało mi się, że już nie dam rady, prosiłam Go o pomoc – Jego lub Matkę Najświętszą i przychodziło uspokojenie, wyciszenie. Trzeba było tylko poprosić. Kiedyś, kilkanaście dni po pogrzebie, zmęczona cały dzień między ludźmi, zaciskałam zęby, aż bolały mnie szczęki, żeby tylko się nie rozkleić. Marzyłam, że jak wrócę do domu, pójdę do pokoju zmarłego syna, położę się na jego łóżku i będę sobie rozpaczać „do woli” za cały dzień. Przyjechałam do domu, poszłam do pokoju, usiadłam na łóżku, ale zamiast smutku poczułam spokój, wyciszenie. Jak nie ufać Panu Bogu? Podobny spokój, aż niezrozumiały, odczuwałam w święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Tak bałam się zbliżających świąt. To najstarszy syn taszczył zawsze choinkę do domu, on dbał o to, by zgodnie z tradycją ubierać ją w wigilię. Jak cieszyć się z choinki? Jak zasiąść do wieczerzy? Czysty talerz na stole już nie dla symbolicznego wędrowca, stoi na miejscu syna. Jak przeżyć radość ze świąt? Bóg „wszystko załatwił”. Dzięki Ci, Boże. Bez Niego nie przebrnęłabym przez ten okres. Mówi się, że w najtrudniejszych okresach Chrystus bierze człowieka na swoje ramiona i niesie do przodu. To prawda. Trzeba mieć tylko dość rozumu, żeby Go o to poprosić.

Pewnie wiele osób, które doświadczają jakiegoś wielkiego cierpienia, zastanawia się, czy to możliwe, żeby Bóg zesłał im taki los. Przez kilka tygodni zadręczałam się pytaniem: „Czy to była Twoja Wola, Panie?”. Bóg dał mi odpowiedź, NA PIŚMIE! W pokoju mojego syna leżała, niezauważona przeze mnie wcześniej, książeczka z rozważaniami na każdy dzień roku. Dałam ją synowi rok wcześniej jako pamiątkę z pielgrzymki do Lichenia, w nadziei, że czasem coś tam przeczyta. Choć, jeśli mam być szczera, wątpiłam, że znajdzie na to czas. Rozmyślania, wskazówki, jak żyć, dzień po dniu... Znajdował czas. Czytał. Obrazkiem był zaznaczony dzień jego śmierci. Zmarł wieczorem, być może czytał rano. Ale refleksja napisana w tym dniu, była przeznaczona dla mnie, dla matki wątpiącej w wolę Boga: „Czyżby nasze życie było wystawione na przypadkowość złego losu lub przeznaczenia? Wcale nie! Życie nabiera sensu, kiedy z całą energią odpowiadamy na wezwanie Boże” (Z książeczki „Pokój serca” napisanej przez Brata Rogera z Taize).

Boże, Ty napisałeś do mnie list! Do mnie, niedowiarka! Bo mimo że mam oczy, jestem ślepa, że mam uszy nie słyszę, potrzebowałam specjalnego listu, który sprawił, że uwierzyłam.

To była Twoja Wola Panie, mnie może wydawać się niezrozumiała, krzywdząca, ale co ja wiem? Skąd mogę wiedzieć, co jest dla mnie dobre? Co jest dobre dla mojego syna? Do czego był Ci potrzebny. To Ty jesteś dawcą życia. Dałeś mi go na dziewiętnaście lat... To krótko, Panie, bardzo krótko... Chciałabym targować się o każdy dodatkowy rok, miesiąc, choćby dzień... Ale Twoja Wola, Panie. Poczekam do spotkania z nim w niebie. Wszak niektórzy rodzice dostają dzieci na krócej. Czasem na bardzo krótko, czasem nawet nie poznają ich twarzy...

Moje świadectwo nie byłoby pełne, gdybym nie napisała o czymś jeszcze. O przeżyciu, którego na początku zupełnie nie rozumiałam. Miałam poczucie winy, że doznałam czegoś takiego. Ale to przeżycie umacnia mnie w przekonaniu, że istnieje życie po życiu. Ciężko mi to opisać, ale wiem, że doświadczyłam czegoś niezwykłego. Nie rozumiałam tego, aż przeczytałam świadectwo matki, która przeżyła śmierć dziecka porażonego prądem. Umierał na jej kolanach. Gdy skonało, nim zaczęła rozpaczać, zanim jeszcze dotarło do niej, co się stało, doznała uczucia niebywałej ulgi, radości, cały ciężar tragedii na kilka chwil został zdjęty z jej ramion. Ja doświadczyłam czegoś podobnego, ale jakże inaczej. Muszę tu jeszcze napisać, że jak każda matka zamartwiałam się o syna. Miałam cały szereg powodów do niepokoju. Mogłabym nimi zapisać cały zeszyt. Stał na progu dorosłego życia. Podejmował decyzje, które miały wpływ na całe jego dalsze życie. Teraz wiem, że powinnam po prostu zaufać Bogu – wtedy zadręczał mnie niepokój. Gdy dostaliśmy wiadomość, że syn miał wypadek, zresztą blisko domu, zaczęłam zbierać się, żeby do niego pojechać. O tym, że jest to poważny wypadek nie miałam pojęcia. Myślałam, że to jakaś niegroźna stłuczka. Pakowałam coś do torebki w łazience, kiedy nagle uświadomiłam sobie, że coś poważnego wydarzyło się w moim życiu, że wszystko się od tej chwili zmieni, nic nie będzie takie samo. Doznałam jakiejś niesamowitej ulgi pomimo mojego zdenerwowania wypadkiem, jakiegoś obezwładniającego spokoju. Na chwilę, na parę sekund dosłownie. Nie miałam pojęcia, o co w tym chodzi i nawet nie kojarzyłam tego z wypadkiem! Myślę, że to była chwila, kiedy dusza mojego syna odeszła do Pana, choć zgon ciała nastąpił za ponad dwie godziny. Od tamtej chwili rzeczywiście dużo zmieniło się w moim życiu. I nie chodzi tylko o dotkliwy brak jednego członka rodziny, a było to moje pierworodne dziecko. Chodzi o spojrzenie na świat doczesny i sprawy wieczności. Chodzi o to, że moje spojrzenie wyostrzyło się tak, jakby ktoś włączył światło. Czegoś nie widziałam wcześniej, teraz widzę. Wiem, że w życiu doczesnym nic nie jest wieczne ani pewne. Pewna jest tylko śmierć.

Na tym skończę swoje świadectwo. Dotyczy ono śmierci kogoś bliskiego, ale Bóg prowadzi mnie „od zawsze”, dostaję od niego mnóstwo łask i prezentów. I nie tylko tych codziennych, że chodzę, mówię, mam co jeść, świeci słońce. Bóg sprawił, że żyje mój mąż (historia jego choroby, a raczej operacji, to dowód na interwencję Boga, co powiedział sam lekarz). Bóg pozwolił nam wymodlić życie dla umierającego na sepsę ojca (jest to choroba, która zabiera młodych, a tata miał prawie osiemdziesiąt lat, kiedy ją przeszedł). Bóg sprawia, że nie zamartwiam się swoimi chorobami (a pewnie byłoby się czym martwić, jakbym Bogu nie ufała), ale najbardziej efektownym prezentem, jaki dostałam od Boga, była podróż do Rzymu na beatyfikacje Jana Pawła II. To był dar z gatunku „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”. I nie chodziło tu tylko o finanse, choć też.

No i jeszcze jedno: nie miałam ochoty pisać tego świadectwa. Jedna z moich koleżanek powiedziała mi po pogrzebie syna, że mam dar wiary i powinnam dawać tego świadectwo. Powiedziałam jej wtedy, że to moja osobista sprawa, że nie potrafiłabym otworzyć się przed innymi. Namawiała mnie, żeby spisać to, co czuję, być może kiedyś zmienię zdanie. A że od lat piszę dziennik, więc zapiski robiłam. Kiedy przeczytałam w „Gościu”, że namawiacie do dawania świadectw, rozpłakałam się. „Panie Boże, mógłbyś mi darować?” Ale w kościele na kazaniu w najbliższą niedzielę znowu usłyszałam, że to nie sztuka wierzyć, zamknąć się w świecie swoich przeżyć, że prawdziwy uczeń Chrystusa powinien dawać świadectwo. „No dobrze, Boże, opiszę to kiedyś, wiesz, jak czas znajdę”. A że tego czasu zwyczajnie nie mam, to liczyłam, że jakoś zapomnę o sprawie. Nie zapomniałam, Jezus zorganizował dla mnie czas wolny i posadził do laptopa...

Mama Ania

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama