Nowy numer 2/2021 Archiwum

Układanka, by przywrócić godność

Wrzucali ich do jam grobowych, żeby szybciej i żeby się więcej zmieściło. Mozaika z ciał bohaterów. Grupa naukowców wydobywa ich ze śmietnika historii.

O„Łączce” znów zrobiło się głośno, gdy pod koniec stycznia któryś z dziennikarzy rzucił: „Zidentyfikowano rotmistrza Witolda Pileckiego”. W ciągu kilku godzin większość mediów podchwyciła (niesprawdzoną) wiadomość. A chociaż szef prac na powązkowskiej kwaterze „Ł”, czyli „Łączce”, prof. Krzysztof Szwagrzyk, od razu zdementował tę informację, nieprawdziwy news rozpoczął medialne życie. – Z mediów dowiedziałem się nawet, kiedy będzie pogrzeb rotmistrza – mówi nam smutnawo prof. Szwagrzyk. – Media wymyśliły datę 25 maja, czyli rocznicę zamordowania Pileckiego. To przykre, że ktoś sieje zamęt. A tymczasem, nieustannie od lipca, grupa naukowców pracuje po kilkanaście godzin dziennie, by przez identyfikację ciał, które zostały odnalezione na „Łączce”, przywrócić godność polskim bohaterom.

Cmentarz jak śmietnik

Był początek 1948 r. Z Departamentu Więziennictwa Bezpieczeństwa Publicznego wyszła dyrektywa: nie można grzebać więźniów na zwykłych cmentarzach. „Zdrajcy” zasługują na miejsca wyklęte: gdzie trudno dotrzeć, gdzie nikt światła nie zapali, więc świat zapomni. W Warszawie wyznaczono kwaterę: kilkaset metrów kwadratowych, tuż obok muru cmentarnego warszawskich wojskowych Powązek. Wiosną 1948 r. rosły tam dzikie krzewy, chaszcze. W sam raz dla gen. Augusta Fieldorfa Nila, rotmistrza Pileckiego, mjr. Łupaszki (Zygmunt Szendzielarz) i mniej znanych polskich bohaterów. Pewnie ponad trzystu… – Przywozili ich tutaj z więzień bezpieki najpierw wozem, potem ciężarówką. Podjeżdżali tak blisko, jak się dało. A jeśli było trudno, np. z powodu roztopów, zrzucali ciała, gdzie popadnie – mówi historyk IPN prof. Szwagrzyk, który kieruje obecnie sztabem specjalistów identyfikujących szczątki. – Następnie pracownicy bezpieki wrzucali ofiary do jam grobowych. Rzadko pojedynczo. Najczęściej po kilku. W jednym z grobów, który miał metr szerokości i niecałe dwa metry głębokości, znaleźliśmy osiem ciał… Odkopane ciała leżą w ziemi – zbite w jedną ludzką plątaninę nóg i rąk. Grabarze zasypywali nad nimi ziemię, uklepywali, żeby jak najwięcej miejsca zostawić. Dla następnych. Wymyślili nawet system, żeby wydajniej było: najpierw jedna warstwa bohaterów, potem, w poprzek, następna. Głowy z nogami. Nogi z głowami. Mozaika zbrodniczego systemu. Dostępne dokumenty, źródła historyczne (w latach 50. tzw. komisja Kosztirki przesłuchiwała świadków pochówków), którymi dysponowali naukowcy, dzień po dniu, odkopany grób po odkopanym grobie okazywały się nieprawdziwe. Dostępne źródła wskazywały na zupełnie inny niż w rzeczywistości porządek pochówków. Podawane wymiary cmentarzyska również okazywały się nieprawdziwe. Bo pochówków na „Łączce” nie dokumentował nikt. I tak miało zostać na wieki. – Odkrywaliśmy, że pod jedną warstwą ciał znajdowała się warstwa ziemi. A pod tą ziemią znajdowaliśmy kolejnych ludzi – wspomina prof. Szwagrzyk. – Oznaczało to, że w tym samym miejscu grzebano ofiary zamordowane w różnym czasie. Aż do roku 1956, a być może nawet i później. Pod koniec lat 50. na grobach pomordowanych ówczesne władze zrobiły śmietnik i gruzowisko. A jeszcze później nad jamami, do których bezpieka wrzuciła polskich bohaterów, grzebano ludzi bezpieki.

Puzzle z ludzkich dramatów

Gdy w lipcu 2012 r. na „Łączce” rozpoczęły się prace ekshumacyjne, historycy, genetycy, archeolodzy, antropolodzy, medycy sądowi działali wspólnie. Stworzyli zespół, który dopełniał się, wspierał. Bez absolutnej współpracy, zaufania i… poczucia misji skala problemów, którą odkryli na miejscu, mogłaby przerazić. – Określiłbym nieco obrazowo naszą pracę jako składanie puzzli – ale puzzli, które mają wiele wymiarów, bo ludzi układano warstwami.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama