Nowy numer 3/2021 Archiwum

Polska na Syberii przejdź do galerii

– Męża mam z polsko-litewskiej rodziny. Znaczy stąd – powiedziała mi czystą polszczyzną Ludmiła Wieżentas. „Stąd” znaczy z Wierszyny, polskiej wsi położonej ponad 100 km od Irkucka na Syberii.

W połowie grudnia do Wierszyny łatwo dojechać. Droga jest zamarznięta. Całe szczęście, że w tym roku, choć zimno (temperatury w nocy spadały poniżej minus 40 stopni Celsjusza), śniegu jest niewiele. Spod kilkunastocentymetrowej warstwy puchu gdzieniegdzie wystają kępy traw. Pożywienie dla pasących się krów. Krowy i konie na pastwiskach mimo 30-stopniowego mrozu to na Syberii widok dość powszechny. A wracając do drogi. Przez kilka miesięcy w roku jest zamarznięta, przez dwa, góra trzy miesiące – sucha. Ale gdy pada, wieś jest praktycznie odcięta od świata. 15-kilometrowy odcinek drogi przypomina wtedy grzęzawisko. Droga jest jedna, bo za Wierszyną już tylko tajga. Nie da się objechać feralnego odcinka. – Kiedyś przyjechał do Wierszyny turysta na motorze. Ostatnich kilka kilometrów szedł piechotą. Nie potrafił sobie poradzić z naszym błotem – śmieje się o. Karol Lipiński OMI, emerytowany proboszcz maleńkiego kościółka w Wierszynie i zapalony rowerzysta (właśnie wrócił z wycieczki rowerowej po Ziemi Świętej). Przed obchodami 100-lecia założenia wsi, w 2010 r., gdy do Wierszyny miał przylecieć marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, władze obwodu irkuckiego drogę utwardziły. Wystarczyło do pierwszego deszczu.

Jedni do Ameryki, inni na Syberię

– Wierszyna to jedyna wieś na Syberii, gdzie widziałem malowane płoty i studnie z żurawiami – mówi brat Paweł Kabelis SVD, człowiek, który nie tylko Syberię zjechał na motorze wzdłuż i wszerz. – Ludzie stąd tego nie znają – dodaje. Co to znaczy „stąd”? Dla przyjezdnych znaczy „z Rosji”. Dla mieszkańców Wierszyny znaczy „z Polski”. W 1910 r., skuszonych obietnicami carskich urzędników, do Wierszyny przyjechało kilkadziesiąt polskich rodzin z terenów Małopolski i Zagłębia. To nie byli zesłańcy. To byli koloniści, ludzie, którzy szukali lepszego miejsca na ziemi. Jedni w tamtych czasach jechali za chlebem do Ameryki, inni na Syberię. Decyzja tych ostatnich wcale nie była pozbawiona sensu. W ramach reformy premiera cara Mikołaja II Piotra Stałypina wszyscy obywatele carskiej Rosji, którzy zdecydowali się na osiedlenie na Syberii, mieli otrzymać 7-hektarowe pole. Nie ponosili kosztów podróży dla siebie, swoich rodzin i dobytku, który ze sobą brali. Rząd każdemu wypłacał także niewielką kwotę na zagospodarowanie i udzielał korzystnych pożyczek na budowę gospodarstwa.

Pierwsza duża grupa Polaków, po prawie miesięcznej podróży, przybyła do Irkucka pod koniec lata 1910 roku. Nie chcieli zamieszkać w już istniejącej miejscowości. Dostali więc pozwolenie na założenie swojej. I tak jesienią 1910 r., wśród łagodnych wzgórz, powstała Wierszyna. Działki okazały się jednak zalesione. Najpierw trzeba było je wykarczować. Pierwsza, sroga syberyjska zima przyszła, gdy Polacy nie mieli jeszcze domów. Nie zdążyli ich zbudować. Czy wiedzieli, jakie tutaj panują warunki? Ci, którzy przetrwali kilkudziesięciostopniowe mrozy w ziemiankach, zawdzięczali życie plemionom buriackim zamieszkującym tajgę. Niebawem do Wierszyny przyjechało jeszcze kilkanaście polskich rodzin. Był rok 1911 i Wierszyna zaczynała się rozwijać. Dzięki carskim pożyczkom powstawały kuźnie, młyny i tartaki. W kolejnych miesiącach wybudowano kościół i szkołę. Choć zima była sroga, ziemia była i dalej jest bardzo urodzajna. Tajga oferowała nieograniczone ilości dzikiej zwierzyny, a tutejsze rzeki były pełne ryb. No i drewno. Ile kto chciał. Do dzisiaj w Wierszynie trudno dopatrzyć się choć jednej murowanej budowli (ja się nie dopatrzyłem). Drewniane płoty, drewniane budynki gospodarskie i domy. Z pięknymi, wycinanymi i kolorowymi gzymsami i okiennicami.

Ziemia wymarzona zniknęła

Ludzie zaczęli się adaptować. Dobre relacje z lokalnymi plemionami pozwoliły wymienić doświadczenia z hodowli zwierząt i uprawy roli. To podobno Polacy pokazali Buriatom ziemniaki. Buriaci nauczyli ich, jak hodować w mroźnych warunkach zwierzęta. Rozwijająca się i bogacąca osada byłaby może dla Polaków ziemią wymarzoną, gdyby nie rewolucja bolszewicka. Przyszła nieco później niż w dużych ośrodkach Związku Radzieckiego. Wtedy, gdy ci najbardziej pracowici i przedsiębiorczy stali już na nogach. Bolszewicy zabrali ziemię, którą osadnicy dostali zaledwie kilka lat wcześniej, i utworzyli kołchoz. Odebrali młyny, kuźnie i tartaki, a ich właścicieli zamknęli w więzieniach i obozach. Pożyczek zaciągniętych za czasów carskich jednak nie umorzyli. Przez kilka pierwszych lat po kolektywizacji można było wracać do Polski, ale na własny koszt. Na to nikogo nie było stać, bo szalejąca inflacja spowodowała, że odkładanymi pieniędzmi można było najwyżej palić w piecu. Tylko jedna rodzina zdecydowała się na powrót. Do rodzinnych stron jednak nie dojechała. Po koniec lat 30. XX wieku przyszły nowe represje. Znowu zaczęto prześladować „rozkułaczonych” chłopów. Z „centralnego rozdzielnika” przyszedł też rozkaz, by zlikwidować 30 mieszkańców wsi. To nie byli spiskowcy, ta liczba nie wynikała z jakiegoś śledztwa. Na szczytach władzy sowieckiej zdecydowano po prostu, że w każdym okręgu – w ramach czystki – należy rozstrzelać konkretną liczbę ludzi. Wrogów ludu. W liczącej kilkuset mieszkańców Wierszynie padło na 30. – Tych ludzi aresztowano i wywożono. Dzisiaj wiemy, że niektórych rozstrzeliwano od razu, inni długo jeszcze siedzieli w więzieniach. Z tych, których wtedy zabrano, nie wrócił nikt – mówi Galina Janaszek, szefowa Domu Polskiego w Wierszynie. Wtedy powrót do Polski był już niemożliwy. Zabronione było nawet mówienie po polsku. – Z każdej rodziny kogoś zastrzelili. U mnie w dalszej rodzinie w więzieniu w latach 20. XX w. zmarł ojciec siódemki dzieci, a potem, pod koniec lat 30. rozstrzelano – jako element niepewny – jego żonę, która pod nieobecność męża prowadziła gospodarstwo i opiekowała się dziećmi – opowiada Galina Janaszek. – Sierotami zajęła się rodzina.

« 1 2 »
Takie domy może są i ładne, ale według większości młodych nie spełniają podstawowych standardów

GN 01/2013 DODANE 03.01.2013 AKTUALIZACJA 04.01.2013

Polacy z Wierszyny

oceń artykuł Pobieranie..

Tomasz Rożek

Kierownik działu „Nauka”

Doktor fizyki, dziennikarz naukowy. Nad doktoratem pracował w instytucie Forschungszentrum w Jülich. Uznany za najlepszego popularyzatora nauki wśród dziennikarzy w 2008 roku (przez PAP i Ministerstwo Nauki). Autor naukowych felietonów radiowych, a także koncepcji i scenariusza programu „Kawiarnia Naukowa” w TVP Kultura oraz jego prowadzący. Założyciel Stowarzyszenia Śląska Kawiarnia Naukowa. Współpracował z dziennikami, tygodnikami i miesięcznikami ogólnopolskimi, jak „Focus”, „Wiedza i Życie”, „National National Geographic”, „Wprost”, „Przekrój”, „Gazeta Wyborcza”, „Życie”, „Dziennik Zachodni”, „Rzeczpospolita”. Od marca 2016 do grudnia 2018 prowadził telewizyjny program „Sonda 2”. Jest autorem książek popularno-naukowych: „Nauka − po prostu. Wywiady z wybitnymi”, „Nauka – to lubię. Od ziarnka piasku do gwiazd”, „Kosmos”, „Człowiek”. Prowadzi również popularno-naukowego vbloga „Nauka. To lubię”. Jego obszar specjalizacji to nauki ścisłe (szczególnie fizyka, w tym fizyka jądrowa), nowoczesne technologie, zmiany klimatyczne.

Kontakt:
tomasz.rozek@gosc.pl
Więcej artykułów Tomasza Rożka

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także