Nowy numer 47/2020 Archiwum

Komisja czy konsylium?

Reakcje na nowe informacje dotyczące katastrofy smoleńskiej są skrajne. Warto wyłączyć emocje i zastanowić się, co z pojawiających się wątpliwości wynika.

A jest co wyłączać, bo po publikacji „Rzeczpospolitej” o śladach trotylu na wraku tupolewa emocje sięgnęły poziomu sprzed dwóch lat. Dla wielu sceptycznych dotąd obserwatorów sytuacja dojrzała do powołania międzynarodowej komisji, która zbadałaby narastające wokół katastrofy wątpliwości. Ale dla nadających ton mediów i polityków wkraczamy właśnie w obszar zbiorowego szaleństwa, któremu kres położyć może konsylium lekarskie. I odosobnienie Jarosława Kaczyńskiego.

Czarny wtorek

30 października 2012 roku był dniem niezwykłej kumulacji wydarzeń związanych z katastrofą smoleńską. „Rzeczpospolita” opublikowała swój sensacyjny tekst, potem przez pół dnia cała Polska zastanawiała się, dlaczego głosu w jego sprawie nie zabierają powołane do tego instytucje. Napięcie narastało, by eksplodować po posiedzeniu zespołu parlamentarnego zajmującego się przyczynami katastrofy. Wtedy to padły słynne już dziś słowa o „zamordowaniu 96 osób”, „niesłychanej zbrodni”, „matactwach i poplecznictwie”.

Dopiero gdy one wybrzmiały, na scenę weszli prokuratorzy wojskowi, dementując prasowe rewelacje. Po nich swoją konferencję zwołał premier, by odnieść się do lidera opozycji, który „dewastuje Polskę” i „z którym nie sposób ułożyć sobie życia w jednym państwie”. Gdy to mówił, na stronach „Rzeczpospolitej” wisiało już oświadczenie, w którym redakcja przyznawała się do pomyłki. Taka sekwencja wydarzeń sprawiła, że mało kogo interesowały już ślady trotylu na wraku, nie mówiąc o innych rewelacjach dnia: potwierdzeniu, że błędnie zidentyfikowano ciało prezydenta Kaczorowskiego, wątpliwościach wokół samobójczej śmierci Remigiusza Musia czy zeznaniach pilota Jaka-40, sprzecznych z ustaleniami zarówno MAK, jak i komisji Millera. Powszechnie zignorowano także wycofanie z oświadczenia „Rzeczypospolitej” słów „pomyliliśmy się”. Media zajmowały się już tylko czołowym zderzeniem Kaczyńskiego i Tuska.

Prokurator w roli Pytii

Czy informacje o śladach trotylu na wraku należy traktować podobnie jak wcześniejsze doniesienia o sztucznej mgle czy bombie helowej? Na pewno nie. Czy zostały one faktycznie zdementowane? Też nie. Prokurator Ireneusz Szeląg nie mówił, że nie było w tupolewie materiałów wybuchowych. Powiedział, że ich tam ze stuprocentową pewnością nie stwierdzono. Jeszcze. Bo szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie nie wykluczył, że obecność trotylu potwierdzą badania laboratoryjne. Sytuację można porównać do wystąpienia prokuratora, który dementuje informację, jakoby obywatel X prowadził samochód po pijanemu. Bo co prawda alkomat pokazał 2 promile, ale dla sądu to nie dowód, wiążące będzie dopiero badanie krwi. Nie można przecież wykluczyć, że alkomat był niesprawny, a kierujący brał jakieś leki albo zjadł dwa kilo jabłek. Tu w roli alkomatu występuje spektrometr, a w roli jabłek – kosmetyki. Wypowiedź prok. Szeląga jest zatem jak najbardziej uzasadniona (bo proces badania próbek jeszcze się nie zakończył), ale równie dobrze można ją uznać za absurdalną (bo podważającą sens używania spektrometrów podczas kontroli na lotniskach). Prokurator wypowiadał się zatem niczym grecka Pytia, a politycy i media (po obu stronach) wyciągały z jego słów dogodne dla siebie wnioski. Nie po raz pierwszy i ostatni.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama