GN 38/2022 Archiwum

W tym lesie ptak nie zaśpiewa

Zaledwie pół roku trwała „akcja”, a mimo to w położonych niedaleko Wejherowa lasach od października 1939 do kwietnia 1940 r., jak szacują badacze, zginęło 12–14 tysięcy ludzi.

Zacieranie śladów

Ofiarom nie było dane doświadczyć spokoju. Pod koniec wojny, kiedy jasna stawała się wizja upadku faszystowskiego reżimu, a wraz z nią nadciągała wizja międzynarodowych trybunałów, Niemcy postanowili ukryć ślady zbrodni. W drugiej połowie 1944 roku do lasów piaśnickich sprowadzono 36 więźniów z obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Ich celem było rozkopywanie grobów i palenie w prowizorycznym palenisku ciał pomordowanych. Zwęglone szczątki, aby ukryć rozmiar zbrodni, dodatkowo mielono. Gdy ofensywa Armii Czerwonej zbliżała się, ich również rozstrzelano i spalono zwłoki. Do maskowania grobów użyto niemieckiej ludności z okolicy. – W Piaśnicy nigdy nie przeprowadzono kompleksowych badań terenu. Jedyne, szczątkowe badania przeprowadzono zaraz po wojnie na potrzeby toczącego się w Gdańsku procesu gaulaitera Alberta Forstera. To jednak daje nam wiedzę, choć niepełną, o rozmiarach tej zbrodni. Prócz kwiatu polskiej inteligencji ginęły tu całe rodziny, przywożone z Niemiec. Ginęły małe dzieci. Przy jednej z mogił jest nawet ich pomnik – kamienne dziecięce łóżeczko. Wraz z nimi rozstrzeliwani byli kapłani. Wiemy, że zabito ich co najmniej 59. Podczas niedzielnych uroczystości 7 października ks. abp Sławoj Leszek Głódź dokonał poświęcenia ich pomnika – mówi proboszcz wejherowskiej parafii Chrystusa Króla, na której terenie znajdują się groby pomordowanych. – Co ciekawe, teren, na którym spoczywają ofiary piaśnickiego mordu, do dziś nie jest cmentarzem wojennym. Należy do Lasów Państwowych, a jego uczczenie możliwe jest dzięki zrozumieniu i trosce leśników. Dzięki życzliwości władz stan prawny tego miejsca wkrótce się zmieni.

Światło na przyszłość

– To była straszliwa zbrodnia – mówi Irena Drzeżdżon. – Jedna z mieszkanek Orla, nie wiedząc o zakazie wstępu do lasu, weszła jesienią 1939 r. na teren kaźni. Była w ciąży. Niemiec, który ją zatrzymał, z litości pozwolił jej odejść. Wiele lat po wojnie mówiła, że obrazy, które wówczas widziała, pozostaną jej w pamięci na całe życie. Nie można zapomnieć widoku roztrzaskiwanego o drzewo dziecka. W tym lesie zawsze panuje całkowita cisza? Tam żaden ptak nie zaśpiewa – podsumowuje. – Jak ta zbrodnia wpłynęła na losy rodziny? – zastanawia się Urszula Nowak. – Dzieci straciły ojca, a wnuki nigdy nie poznały dziadka. Przez czas powojenny rodzina doświadczała biedy. Materialnie ten czas nie odbiegał dla nas od tego, co przeżywaliśmy podczas wojny. Babcia dostała jakąś mizerną rentę. Do śmierci była małomówna i wciąż zamyślona. Trochę nieobecna. Taką ją pamiętam – mówi. – Nie ma innego zabezpieczenia ludzkości przed bolesnymi błędami, jak tylko oparcie się na prawie Bożym i naturalnym. Przecież naród niemiecki wydał w swojej historii wielu naukowców, filozofów i świętych. A to, co działo się w czasie wojny, było wielką tragedią. Zło niszczy. Dzisiejszy świat trzeba budować na mądrej wizji człowieka. Dla wierzących będzie to wizja dziecka Bożego, dla niewierzących człowieka wplecionego w świat. Podstawą jednak musi tu być prawo naturalne, którego nie jest w stanie zmienić decyzja większości. Przesłanie, jakie dziś płynie z piaśnickiej tragedii, to troska, by podobne doświadczenie nie stało się już nigdy udziałem Europy i świata – mówi ks. Nowak.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy