Nowy numer 20/2019 Archiwum

Ciastko kontra ciastko

Społeczeństwo. Jesteśmy w sandomierskiej cukierni i prosimy o trzy kremówki, których cała blaszka stoi za szybą. Ekspedientka zaś rozkłada ręce, mówiąc, że są tylko napoleonki.

Parasole i żółtobrzuchy

– Zaczęło się od całkiem, wydawałoby się, banalnej kradzieży parasola. Historię tę przytacza w jednej ze swych książek Roman Koseła – opowiada dr Piotr Sławiński, historyk, z urodzenia Kongresowiak. – Działo się to w czasie I wojny światowej. Na wybudowanym przez Austriaków moście pontonowym mieszkaniec Sandomierza wyrwał i zabrał parasol obywatelowi powiatu tarnobrzeskiego. Sprawa stała się głośna, gdyż przez długi czas deliberowano, który wymiar sprawiedliwości winien zająć się złoczyńcą – w Tarnobrzegu czy Sandomierzu. I tak kradzież owa pokutuje do dzisiaj. „Parasol”, czyli ten, który kradnie. Ale nazywani „parasolami” nie byli dłużni i szybko przerobili w złośliwy sposób oficjalną nazwę ziem zaboru austriackiego na Królestwo Galicji i Głodomerii, mieszkańców zaś przezwali „żółtobrzuchami”. – Określenie „żółtobrzuch” nawiązywało do nadmiernego zamiłowania bogatej szlachty do stosowania w kuchni szafranu. Niemniej miano to przeniesione na Galicjan miało jednoznacznie pejoratywne zabarwienie – wyjaśnia Piotr Sławiński. – Naśmiewano się bowiem z nich, mówiąc: „żółtobrzuchy szyszkami pasione”, co odnosiło się do biedy w zaborze austriackim. W okresie budowy kopalń siarki zapomniano o pierwotnym rodowodzie „żółtobrzuchów”, odnosząc je do koloru wydobywanej kopaliny. Oba określenia nadal jednak funkcjonują i wykazują się niezwykłą żywotnością. Kiedy zatem dochodzi do nieporozumień między mieszkańcami miejscowości położonych po przeciwnych brzegach Wisły, można usłyszeć zwroty: „ty parasolu” lub „ty żółobrzuchu”, będące obraźliwymi określeniami adwersarza. Zresztą niechęć pomiędzy tarnobrzeżanami a sandomierzanami przypomina nieco tę najbardziej znaną, między warszawiakami a krakusami. Choć, po ostatniej reformie administracyjnej, kiedy oba miasta zostały tylko stolicami powiatów, animozje, podsycone w 1975 r. osadzeniem województwa w Tarnobrzegu, mocno przycichły, przynajmniej wśród społeczności. – Jeżeli rozmawiamy o Tarnobrzegu, to należy zwrócić uwagę na pewien interesujący szczegół. Otóż, chociaż wielu tarnobrzeżan chciałoby, by ich miasto uchodziło za prawdziwie galicyjskie, to jednak nie uchroniło się, ono od naleciałości zza kordonu. Położenie blisko granicy, między zaborami – rosyjskim i austriackim – pozostawiło swój ślad – zauważa Piotr Sławiński – w postaci odmiany jego nazwy. Mówienie „do Tarnobrzega”, miast Tarnobrzegu jest czystym rusycyzmem. Przeniesiono bowiem rosyjski zwrot „do bieriega”. Niemniej w dobie dużych migracji ludności te różnice gwarowe również się zacierają. Poza tym, co należy podkreślić, część zwrotów, z którymi się spotykamy, pochodzi zapewne z czasu II wojny światowej. Dlatego trudno jest jednoznacznie rozgraniczyć z jakiego okresu należy je wywodzić, czy z zaborów, czy z okupacji. Choć trudno już zobaczyć furmankę ciągniętą przez konia, to jeśli już zdarzy się nam taka sytuacja, bacznie przyjrzyjmy się, po której stronie dyszla zaprzężone jest zwierzę. – Otóż w ten sposób można rozpoznać, z którego rejonu naszej diecezji wywodzi się woźnica – mówi nieco tajemniczo Piotr Sławiński. – W Galicji koń stał po prawej stronie, w Kongresówce zaś po lewej. I ten zwyczaj długo był utrzymywany, aż w końcu wyparły go konie mechaniczne, niepotrzebujące dyszla – dodaje żartobliwie.

Trzeba 123 lat

Mieszkańcy zaboru rosyjskiego zazdrościli Galicjanom względnej swobody. „Tam jest Hame- ryka” – mówili. Twierdzili, że poddani Franciszka Józefa mogli się modlić w katolickiej świątyni, nie byli tłamszeni i zastraszani jak oni. – Mimo że Polaków w naszym regionie dzieliła granica, mimo istniejących cywilizacyjnych różnic, istniała więź, którą można określić polskością. Chociaż różniły ich także warunki życia, łączyły język i chrześcijańska wiara. Niejednokrotnie mieszkańcy Kongresówki przedzierali się przez granicę do sąsiednich galicyjskich kościołów, aby ochrzcić swoje dzieci w obrządku katolickim czy unickim w katolickich świątyniach. Takie wydarzenia były bardzo częste, m.in. w świątyniach Kurzyny, Ulanowa czy też w Bielin. I trzeba zaznaczyć, że przy jednoczeniu polskiego państwa z zaborowych ziem język i wiara odegrały największą rolę – podkreśla stalowowolski regionalista Dionizy Garbacz. Jednak przywiązanie do wiary i możliwość bezproblemowego praktykowania religii w katolickiej C.K. Monarchii pozostawiły swój ślad do dzisiaj. Świadczy o tym choćby frekwencja na Mszach niedzielnych, która jest zdecydowanie wyższa w parafiach należących przed 1918 r. do zaboru austriackiego, gdzie sięga nawet 70 proc., podczas gdy w obecnym województwie świętokrzyskim zdarza się nawet poniżej 30 proc. Przekłada się to również na czytelnictwo prasy katolickiej. Choć od odzyskania niepodległości miną niebawem 94 lata, to jednak nadal widoczne jest piętno podziałów ziem polskich, zwłaszcza w obszarze gospodarczym i mentalności ich mieszkańców. Widać, że ich pokonanie może wynieść tyle samo co 123-letni czas niewoli, by przestać mówić o Polsce A i Polsce B, a może nawet C. •

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL