Nowy numer 42/2020 Archiwum

Medjugorie - tam łzy lały się strumieniami

Moim marzeniem jest, aby to moje wyznanie pomogło chociaż paru osobom walczącym z depresjami

Mam na imię Bernard, mam 56 lat, od paru lat jestem stałym czytelnikiem „Gościa Niedzielnego”, lecz przyznam, że w pierwszej kolejności czytałem artykuły, gdzie pojawiało się słowo Medjugorje. Tak było też wtedy, kiedy przeczytałem w świadectwie Maćka Sikorskiego parę zdań o Medjugorje. Żyjemy w takich czasach, że choroby psychiczne stają się dominującymi chorobami ludzkości. Moim marzeniem jest, aby to moje wyznanie pomogło chociaż paru osobom walczącym z depresjami itp.

Pochodzę z rodziny katolickiej, mam dwie siostry i młodszego brata. Rodzice od dziecka starali się przekazać nam wiarę, widzieliśmy codziennie klękających rodziców do modlitwy wieczornej. Szczególnie mama zachęcała do modlitwy, zwłaszcza zimą przy rozgrzanym piecyku czytała nam Pismo Święte. Jednak od dziecka traciłem potrzebę modlitwy. Była bardzo okazjonalna i modliłem się tylko, gdy było mi ciężko. Jednak, gdy było dobrze, zapominałem o Panu Bogu.

Jako że jestem niskiego wzrostu, często z tego powodu byłem wyśmiewany w dzieciństwie, traciłem pewność siebie i poczucie swojej wartości. W wieku około 13 lat rozpocząłem moją przygodę z alkoholem. Początek był bardzo przyjemny, czułem się prawdziwym mężczyzną mimo niskiego wzrostu. Zapomniałem o kompleksach, życie wydawało się piękne. I nawet w najczarniejszych myślach nie przypuszczałem, że przez alkohol wyleję tyle łez i jak trudno mi będzie odzyskać zdrowie i radość życia.

Lata przemijały, mijały kolejne święta, gdzie zawsze starałem się przystępować do spowiedzi i komunii. Jednak zacząłem coraz częściej opuszczać niedzielne Eucharystie. Z dziecka zaczynałem dochodzić do okresu młodzieńczego, kompleks niskiego wzrostu minął. Nadszedł czas pójścia do wojska. Mama na pożegnanie powiedziała słowa: „Synu, gdy Ci kiedykolwiek w życiu będzie ciężko, jest ktoś, do kogo zawsze możesz zwrócić się o pomoc”. Zapomniałem o tych słowach na kilkanaście lat. Alkoholu było coraz więcej, życie moralne również nie było zgodne z nauką Kościoła. Coraz częściej miałem kace, jednak gorsze były te moralne. Wiedziałem, że źle postępuję, chciałem zmienić życie, jednak nie miałem siły. Można by wiele opisywać, jednak teraz pragnę opisać krótko, do czego doprowadziło mnie takie życie i jak trudno było odzyskać zdrowie.

W 1983 r. jesienią zaczęły się ze mną dziać różne dziwne rzeczy. Straciłem apetyt, wydawało mi się, że jestem na ustach wszystkich ludzi. Nie było mowy o jakiejkolwiek pracy. Przyparty do muru poszedłem do lekarza psychiatry. Rozpoczęła się nowa przygoda: przychodnie, szpitale. Stwierdzono depresję, zapisano leki i ostrzeżono, że nie można łączyć ich z żadnym alkoholem, czego nie przestrzegałem przez 16 lat choroby. Chorobę depresji niektórzy lekarze nazywają chorobą duszy. W moim wypadku tak to właśnie wyglądało. Zupełnie straciłem wiarę w Miłosierdzie Boże. Miałem 100 proc. pewności, że skończę w piekle. Całymi dniami leżałem w łóżku, zadając sobie pytanie, dlaczego mnie to spotkało. Szatan podszył się pod Pana Boga i przypomniał mi wszystkie moje grzechy od wczesnego dzieciństwa. Nie wierząc w Miłość Jezusa i że On też za mnie oddał swoje życie, sam uniemożliwiałem Mu, by mi pomógł.

Nie zawsze tak bywało, bo chorowałem na depresję maniakalną – po okresach ciężkich "dołów" miałem okresy euforii i wydawało mi się, że już jestem w niebie. Zupełnie traciłem kontrolę nad czynami i słowami, a upomnienia i uśmiechy ze mnie powodowały jeszcze większą radość. Po tych okresach następowały "doły". Tak to trwało na przemian przez 16 lat mojej choroby. Totalny koszmar, próby samobójcze, pobyty w szpitalach, masa różnych leków psychotropowych. Tak było do 1999 roku.

W tym to roku w maju pojechałem na czuwanie Odnowy w Duchu Świętym do Częstochowy. Nie byłem członkiem Wspólnoty, ale coś mnie tknęło: jedź. Było zimno, padał deszcz, lecz zupełnie tego nie czułem. Zacząłem za to odczuwać Miłość Matki Najświętszej, która wskazała na swego Syna. Było to cudowne uczucie bliskości, miłości i radości wewnętrznej. Wylałem wtedy wiele łez. Po powrocie zacząłem częściej się modlić, szczególnie na różańcu. Nie zerwałem jeszcze z alkoholem, wypijając jeszcze od czasu do czasu dwa, trzy piwa. Później Pan Bóg tak pokierował moim życiem, że w sierpniu tego samego roku pojechałem na pielgrzymkę do Medjugorie. Był to cudowny tydzień, a łzy oczyszczenia lały się ze mnie strumieniami. W sercu miałem ogromną ciszę i radość oraz dotyk Bożej Miłości.

Szczególnym przeżyciem była dla mnie spowiedź generalna. Oddałem Jezusowi chorobę, grzechy, alkohol. Wróciłem jak na skrzydłach. Teraz z perspektywy czasu wiem, że były to również moje nieuporządkowane emocje, wpływy choroby, bo po przyjeździe wylądowałem na krótko w szpitalu psychiatrycznym. Był to do tej pory mój ostatni pobyt. Kolejnym krokiem, do jakiego zachęcił mnie Jezus, było wstąpienie do naszej Wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym. Zostałem bardzo serdecznie przyjęty i to właśnie od tych ludzi dowiedziałem się, jaki jest naprawdę Pan Bóg – nie mściwy terrorysta, który wszystko widzi, a wręcz przeciwnie – czuły Ojciec, który zawsze czeka z otwartymi ramionami, gotów przebaczyć każdy nasz grzech i zło. Największym przeżyciem była wiadomość, że „Panu Bogu nie zależy, abym Go kochał ze wszystkich sił, ale abym się otwarł i pozwolił Jemu pokochać. On robi pierwszy krok, a ja później dopiero obdarzam Go swoją miłością”. Jego miłość jest bezwarunkowa i nigdy nie wygaśnie. Świadomość tego pozwala teraz inaczej patrzeć na życie mimo trudów i kłopotów. Teraz ono ma wartość i cel.

Co do choroby, to żyję teraz na bardzo małej dawce leków, biorę trzy tabletki rano i to wystarcza. Zasypiam spokojnie, nie mam myśli samobójczych, koszmarów. Z radością niosę swój krzyż. Od 12 lat jestem abstynentem i członkiem Wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym „W Drodze” w mojej parafii. Dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez modlitwy codziennej, comiesięcznej spowiedzi i częstej, pełnej Eucharystii. I prawie codziennie dziękuję Panu Bogu za to, że dopuścił na mnie chorobę depresji i za lata koszmaru. Bo to teraz mam porównanie, czym jest życie z dala od Pana Boga, a czym w Jego Bliskości i Miłości. Tak jak już wspomniałem wyżej, szczególnym miejscem w moim życiu jest Jasna Góra i Medjugorie, do którego w czerwcu tego roku będę pielgrzymował po raz czternasty z rzędu, aby podziękować Mateczce Najświętszej za to, że w zimny, deszczowy dzień w Częstochowie, wskazała mi na Swego Syna, dla którego nie ma spraw niemożliwych i nie ma chorób nie do wyleczenia. Jeżeli Matka Najświętsza i Jezus pomogli mi odnaleźć radość życia, nie mogę tego zachować dla siebie. Jest wielu młodych ludzi, którzy wchodzą w podobne bagno jak ja przed laty. Błagam Was! Nie warto. Życie w sercu z Jezusem jest o wiele łatwiejsze i piękniejsze.
Chwała Panu
 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama