GN 2/2021 Archiwum

Kobiety tego chcą

– Jeśli znaleziony zostanie klucz do leczenia niepłodności, to dzięki naprotechnologii, a nie w programie in vitro – mówią twórca naprotechnologii prof. Thomas W. Hilgers oraz jego żona i współpracowniczka Susan K. Hilgers w rozmowie z Jarosławem Dudałą.

A po 3 latach?
T.W.H.: – W ciążę zachodzi 90 proc. naszych pacjentek. Wśród tych operowanych klasycznie – mniej niż połowa. Naprotechnologiczna chirurgia jest też znacznie skuteczniejsza, gdy przyczyną niepłodności jest endometrioza (choroba błony śluzowej macicy – przyp. J.D.). To ważne, bo rozpoznajemy ją u trzech czwartych naszych pacjentek, podczas gdy według ogólnoamerykańskich statystyk z roku 2007 w ośrodkach in vitro endometrioza jest rozpoznawana w zaledwie 4 proc. przypadków. To jest przykład braku właściwiej diagnozy. I to mnie bardzo niepokoi.

A może skuteczność naprotechnologii w porównaniu z in vitro jest tak duża dlatego, że z in vitro korzystają ci, którym nie udało się pomóc w inny sposób? Jeden z polskich profesorów ginekologii mówi, że naprotechnologia to nic nowego; że to metody, które on sam stosuje od lat.
T.W.H.: – Przeszkolony u nas dr Phil Boyle z Galway w Irlandii jest lekarzem rodzinnym. Nie wykonuje więc zabiegów chirurgicznych. Mimo to miał ponad 150 pacjentek, które bezskutecznie przeszły program in vitro, nawet wielokrotnie, a urodziły dzieci dzięki leczeniu naprotechnologicznemu. Opisał to w swoim artykule.

Lekarze tacy jak ten, o którym Pan wspomniał, nie wiedzą, co to naprotechnologia, bo ona tak różni się od tego, co robią, jak dzień różni się od nocy.
Susan K. Hilgers: – Znamy historię kobiety, która sześć razy zaszła w ciążę dzięki in vitro i za każdym razem rodziła wcześniaki, ale te wkrótce umierały. Tak bywa, bo ta sama przyczyna, która leży u podstaw niepłodności, może w niektórych przypadkach powodować poronienia. Ta kobieta miała zaledwie 28 lat. Była bardzo zła na lekarzy. Trafiła do Instytutu Papieża Pawła VI (kierowanego przez prof. Hilgersa – przyp. J.D.). Potwierdziła tam diagnozę swojej choroby, wróciło jej zaufanie do lekarzy. Urodziła jedno dziecko i jest teraz w drugiej ciąży.

Na czym polega różnica między naprotechnologią a tym, co proponuje większość ginekologów?
T.W.H.: – Naprotechnologia to powrót do podstawowych zasad medycyny: szukania przyczyn problemów i ich leczenia.

Czyżby lekarze nie szukali dziś przyczyn chorób?
T.W.H.: – Medycyna rozrodu jest jedyną gałęzią medycyny, w której nie szuka się przyczyn. To się zaczęło w latach 60. i trwa do dziś wraz z antykoncepcją, zwłaszcza doustną, aborcją, sterylizacją i in vitro. In vitro jakby przeskakuje ponad przyczynami niepłodności. Nie szuka jej przyczyn. W USA większość środków antykoncepcyjnych przepisuje się nie dla efektu antykoncepcyjnego, ale z powodów zdrowotnych. Na przykład na trądzik. Lekarze, którzy tak postępują, nie robią absolutnie nic, żeby szukać jego przyczyn. Dlatego, gdy się odstawi te środki, to trądzik wraca.

S.K.H.: – Kobiety, które korzystały z naprotechnologii, leczyły się wcześniej u innych lekarzy. Mówiły: „byłam u lekarzy w Denver, w Chicago, w Nowym Jorku, w Houston. Ale nikt mi nie powiedział, dlaczego nie mogę zajść w ciążę. Dopiero wy mi powiedzieliście, dlaczego moje ciało nie działa tak, jak powinno”. A kobiety tego chcą. Chcą wiedzieć, dlaczego nie mogą zajść w ciążę. Poza tym naprotechnologia jest także efektywną terapią. Kobiety, które się o tym dowiadują, chcą z niej korzystać.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama