Nowy numer 2/2021 Archiwum

Pożar stulecia

Płonące szyszki wystrzeliwały z pożaru na odległość dwustu metrów. I zapalały nowe połacie lasu, za plecami zszokowanych rozmiarami katastrofy strażaków. 26 sierpnia mija 15. rocznica największego pożaru w Europie po II wojnie światowej.

Szwedzki stół wilków
Przez najbliższy rok pogorzelisko wyglądało upiornie. – Hulały po nim trąby powietrzne, wysokie na sto i dwieście metrów – wspomina Wiktor Jelocha. Wiatr porywał w przestworza tumany popiołu.
Nie wszystkie zwierzęta zginęły w płomieniach. Większość zdążyła uciec. I wkrótce stada jeleni i saren wróciły do tego umarłego lasu. – Najbardziej przygnębiająca była jednak absolutna cisza na pogorzelisku. Nie było słychać żadnego ptaka – mówi Jelocha. Ciszę przerywał tylko warkot pił. To drwale wycinali opalone drzewa, żeby zdążyć, nim rzucą się na nie szkodniki.

Pierwszy promyk nadziei w szarym, bezkresnym królestwie popiołu pojawił się następnego lata. Na pogorzelisku zakiełkowały... miliony maleńkich brzóz i sosen. – Szyszki i nasiona brzóz spadały tuż po pożarze w gorący popiół. Mimo to zakiełkowały – mówi Wiktor Jelocha. Leśnicy sadzili więc las tylko tam, gdzie akurat nic nie kiełkowało. Posadzili około 25 milionów sztuk drzew i krzewów. – Planowaliśmy, że będziemy odbudowywać ten las przez 15 lat. Według planów, dopiero teraz byśmy tę robotę kończyli. A tu w 1998 roku nagle się okazało, że mamy już cały las posadzony – śmieje się.

Kolejny zastrzyk nadziei przyszedł wiosną 1994 roku. – Pojawiły się tu skowronki. Było ich mnóstwo, całe setki. A skowronki to ptaki żyjące na otwartych przestrzeniach, a nie w lasach. Dzisiaj znowu ich tu nie ma. Przybyły za to i założyły gniazda orły bieliki, żurawie, mamy dużo rzadkich gdzie indziej lelków kozodojów, ptaków o ciekawych wielkich oczach, które wieczorami świecą się w świetle reflektorów samochodu – mówi Wiktor Jelocha.

Dzisiaj najstarsze brzozy i modrzewie na pożarzysku mają już po siedem i osiem metrów wysokości. Pożarzysko to morze świeżej, soczystej zieleni. – Czasem zabieramy na pożarzysko gości, wozimy ich po nim już od dziesięciu minut, a oni nagle pytają: „No to kiedy dojedziemy na to pożarzysko?” – śmieje się Robert Pabian, zastępca nadleśniczego z Rud Raciborskich.

Wysoko, ponad kilkunastoletnie drzewa, na pożarzysku wystają jednak pojedyncze stare dęby. Do dziś widać ich opaloną korę. – One powoli umierają. Ale będą jeszcze umierać przez kolejne dwadzieścia lat, albo i dłużej – mówi Wiktor Jelocha. – Na szczytach tych starych drzew czatują myszołowy i inne drapieżniki. Więc też dzięki dębom uniknęliśmy po pożarze plagi myszy – dodaje.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama