Nowy numer 3/2021 Archiwum

Pożar stulecia

Płonące szyszki wystrzeliwały z pożaru na odległość dwustu metrów. I zapalały nowe połacie lasu, za plecami zszokowanych rozmiarami katastrofy strażaków. 26 sierpnia mija 15. rocznica największego pożaru w Europie po II wojnie światowej.

Eksplodują niewybuchy
Na amatorskich filmach z 1992 roku widać, jak pożar trawiący leśną ściółkę podchodzi pod świerki. Rozłożyste gałęzie tych drzew sięgają aż do ziemi. I nagle, w ciągu zaledwie dwóch sekund, świerki te zamieniają się w gigantyczne pochodnie. Po gałęziach świerków ogień przenosi się w jednej chwili aż dziesięć metrów wyżej, w korony sosen. Igliwie tych drzew zawiera olejki eteryczne, które w wysokiej temperaturze zadziałały jak mieszaniny wybuchowe. Znad Rybnika i Gliwic nadlatywały z wodą gaśnicze samoloty, dromadery, ale ogień szalał nadal. W rejon pożaru przyleciało 27 dromaderów i 4 helikoptery. Z całej Polski przyjechało 4700 strażaków, żołnierze, policjanci.

Grozę wśród gaszących potęgowały wybuchy i fruwające wokół odłamki pocisków. To eksplodowały zagrzebane w ściółce niewybuchy z czasów wojny. Niestety, w tych strasznych chwilach pojawili się też podpalacze, którzy podkładali ogień w innych częściach lasu. Ogień objął 9 tysięcy hektarów boru. Spłonęła nawet cała próchnica w ziemi. Piszący te słowa mieszka 20 kilometrów od Kuźni Raciborskiej. Jeszcze pamiętam docierający na tę odległość zapach spalenizny. Kłęby dymu połyskiwały na nocnym niebie krwistą poświatą, bo oświetlały je z dołu płomienie.

Ogień skacze przez pole
Wiktor Jelocha, inżynier nadzoru w Nadleśnictwie Rudy, w czasie tamtego pożaru pracował dniami i nocami. Którejś nocy jeden z kolegów leśników rozpłakał się. – Myślę: „Janusz, ty udajesz?”. Ale krótko potem miałem okazję popatrzeć na płonący las z daleka, z wysokiego wzgórza. I wtedy sam się rozpłakałem – mówi spokojnie Wiktor Jelocha. Ale na jego rękach, położonych na kierownicy samochodu, nagle pojawia się gęsia skórka. – Wstyd mi było przed rodziną, kryłem się po kątach z tym płaczem. Ale leśnicy są niezwykle zżyci z lasem. To była dla nas taka tragedia, jak często dla młodego lekarza śmierć pierwszego pacjenta – mówi.

Czwartego dnia pożar dokonał zadziwiającego wyczynu. Zbliżył się do północnej krawędzi lasu, między wsiami Goszyce i Kotlarnia. Biegnie tu droga, płynie rzeczka, są uprawne pola. Dopiero za nimi rosną drzewa następnego wielkiego kompleksu leśnego. To dystans od dwustu metrów do pół kilometra. – No, wreszcie ogień się zatrzyma! – mówili z ulgą okoliczni mieszkańcy. Nie przypuszczali, na jak wielką odległość wystrzeliwują z pożaru szyszki... Przeleciały i nad rzeczką, i nad polem. W ciągu paru chwil płomienie rozlały się w drugiej części sosnowego boru.Nad południem Polski zawisła wtedy groźba największej katastrofy ekologicznej w historii Europy. A to dlatego, że na skraju tej części lasu stoją potężne zbiorniki z chemikaliami kędzierzyńskich „Azotów”.

Ogień na szczęście tam nie dotarł. W kilku wsiach strażacy zatrzymali go dosłownie na linii płotów.
W środku lasu stoi drewniana zabytkowa kaplica świętej Magdaleny. To piękne miejsce, zwane Magdalenką. – Był tam z kompanią kolega Edward Deberny z Jastrzębia. Kiedy zbliżał się ogień, oblali tylko kaplicę pianą i uciekli – wspomina strażak Gerard Wranik. – Jak pożar przeszedł, wracają, patrzą: a tu naokoło wszystko wypalone, tylko kaplica stoi cała. I kilka drzew naokoło niej. Uznaliśmy to za cud – wspomina. W końcu, szóstego dnia, nadciągnęły chmury i zaczął padać deszcz. Nie był intensywny, jednak pomógł strażakom zdusić płomienie. – A potem przez cały miesiąc trwało dogaszanie – mówi Gerard Wranik. Rozżarzone pożarzysko ugasiła dopiero solidna ulewa w 26. dniu akcji.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama