Nowy numer 25/2022 Archiwum

Byłem jak doktor Jekyll i mister Hyde

Nie wiem, czy te kobiety, które płakały w moim gabinecie przed aborcją, wybaczyły mi – mówi wiceminister zdrowia Bolesław Piecha w rozmowie z Barbarą Gruszką-Zych.

Co by się stało, gdyby Pan notorycznie odmawiał wykonywania zabiegów?
– Po prostu wyrzuciliby mnie z pracy. Na szczęście „Niemy krzyk” obejrzał też mój ordynator. On też zmienił przekonanie, przestał nas zmuszać do zabiegów. Ale po rocznym unikaniu trzeba było jasno się opowiedzieć. Powiedziałem szefowi, że nie będę robić aborcji. On to zrozumiał i nie musiałem zabijać, ale nie wszystko od razu było OK. Zacząłem współpracować z ruchami pro life. Zacząłem odsyłać kobiety zamierzające zabić dziecko do poradni psychologicznej. To miał być dla nich czas na refleksję. Jeśli kobieta zrezygnowała z zabiegu, mogła też od Kościoła otrzymać pomoc.

Jak Pan Doktor wychodził z syndromu?
– Każde wychodzenie ze zgliszczy moralnych jest trudne. To trwało u mnie mniej więcej rok. Po pierwsze musiałem dojrzeć do rozmowy o tym, co robiłem. Musiałem się przyznać: „To ja dokonywałem aborcji”.

Czy wybaczył Pan sobie?
– Wolałbym uniknąć odpowiedzi na to pytanie... Nie wiem. Potrafię o tym rozmawiać, nie ukrywam mojej przeszłości, nie szczycę się nią. To był najgorszy okres w moim życiu. Przy okazji zrozumiałem, że nie należy nikogo szybko oceniać. Nie byłem bez winy. Nie wiem, czy kobiety, które płakały w moim gabinecie przed aborcją, wybaczyły mi. Czy nie będą mnie pamiętać do końca życia? Być może przyszły z nadzieją, że powiem im jedno mądre słowo, które je powstrzyma. Wśród setek tego rodzaju zdarzeń taka sytuacja musiała mieć miejsce.

Teraz broni Pan życia. Co jest w tym działaniu najważniejsze?
– Edukacja i przekonanie ludzi, że nie mają do czynienia z „tkanką” w „mojej macicy”, ale z konkretną osobą ludzką.

A co zrobić, kiedy ciąża zagraża życiu matki?
– Zdarza się to w znikomym procencie. Sam od tamtego czasu nie przerwałem żadnej ciąży, choć miałem przypadki sytuacji beznadziejnych. Pamiętam panią, która w 1989 r. chorowała na rozsianego raka przewodu pokarmowego i zaszła w ciążę. Powiedziano jej, że jeżeli jej nie przerwie – nie przeżyje. Miałem tylko jedno pytanie: „Zdąży urodzić, czy nie?”. Wiedziałem, że to, czy ciąża będzie kontynuowana, czy nie, nie miało najmniejszego znaczenia dla jej zdrowia. Miesiąc przed rozwiązaniem przeżyłem szok – poczułem obok jej macicy guz nowotworowy. Byłem przy urodzinach jej zdrowego dziecka i przy jej śmierci. Czułem się do tego zobowiązany, skoro rodziliśmy razem. To był heroizm, choć ona nie miała takiego poczucia. Odchodziła spokojnie, nie miała do nikogo pretensji. Nie wiem, czy gdyby była w tej samej sytuacji po aborcji, czułaby się tak samo.

Mówił Pan o strasznych odczuciach, towarzyszących widokowi dzieci wyskrobanych. A co Pan czuje, widząc dziecko przychodzące na świat?
– To dla mnie najpiękniejszy moment. Zmaganie się z aktem porodu, umiejętność opanowania stresu u kobiety i u siebie. A potem widok nowego człowieka!
« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama