Nowy numer 39/2020 Archiwum

Trzeba dzwonić!

„Ile przeżyć i wspomnień budzi w nas głos tego królewskiego dzwonu! Brzmi w tym uroczystym graniu modlitwa wieków o wolność i pomyślność ojczyzny” – pisał o słynnym polskim dzwonie Jan Paweł II. Wawelski Zygmunt bije już od 500 lat.

Był wieczór Wielkiej Soboty 2001 roku. W katedrze na Wawelu procesja rezurekcyjna pod przewodnictwem kard. Franciszka Macharskiego schodziła do Grobów Królewskich. Nad Krakowem zaległa cisza, jakby miasto wstrzymało oddech. Nagle w powietrzu zabrzmiało dzwonienie, narastające, coraz silniejsze. Zatrzymywały się samochody, pod wzgórzem wawelskim z wolna gęstniał tłum. Ludzie z zadartymi głowami przyglądali się, jak odradza się Zygmunt, rozkołysany silnymi ramionami braci dzwonników. „Ożywiliśmy Zygmunta i być może całą Polskę” – mówili. Pierwsze dźwięki nowego serca starego olbrzyma krakowianie powitali ze łzami w oczach, gromkimi oklaskami i z ogromną ulgą. Na to dzwonienie, pierwsze w nowym tysiącleciu, czekali długie 3 miesiące po tym, jak w Boże Narodzenie 2000 roku stare serce pękło. – Na nieszczęście – mówili niektórzy. – Z przepracowania – prostował ówczesny proboszcz wawelski ks. Janusz Bielański.

Nowe z duszą starego

Wychodzący od 1848 roku „Czas Krakowski” donosił o trzech pęknięciach serca Zygmunta. Pierwsze nastąpiło w 1860 roku. Nowe serce zostało wykonane w pracowni ludwisarskiej w Suchej Beskidzkiej, ale wytrzymało zaledwie 6 lat. Kolejne pękło w 1876 roku. Wtedy bracia Zieleniewscy wykonali serce, które wytrzymało do końca roku 2000. – Interesujące jest to, że za każdym razem serce pękało na przełomie starego i nowego roku – zauważyła Halina Bilik z działu historycznego Zamku Królewskiego na Wawelu.

Stare serce historycznego dzwonu spoczęło w sali ekspozycyjnej Muzeum Archikatedralnego. Mówi się, że nowe ma duszę swojego zasłużonego, bo 136-letniego poprzednika. Może dlatego, że przed jego odlaniem wiórki pobrane z pękniętego serca zostały wrzucone do kadzi z surówką? – Teraz najważniejsze, żeby nowe serce przeniknęła święta atmosfera katedry – mówił ks. Bielański, gdy podczas trzygodzinnej skomplikowanej operacji było ono transportowane na Wieżę Zygmuntowską drogą wewnętrzną, między schodami, następnie umieszczone w specjalnej windzie i zawieszone na skórze w kielichu dzwonu.

Niemal 20 lat później nowe serce Zygmunta żegnało legendarnego proboszcza. Przyszedł SMS: „Umarł ks. infułat Janusz Bielański. Dzwonimy o 16.15”. Cóż było robić. Ledwie dzień wcześniej, w Zaduszki, dzwonili królom i bohaterom narodowym, a tu znów trzeba iść na Wawel, duszę infułata odprowadzić do nieba.

Gdy bije Zygmunt

– Na żałobę mu dzwoniliście? – pytanie nie wybrzmiało jeszcze do końca, gdy dzwonnik Marcin Biborski zdecydowanie odpowiedział: – Na radość dzwoniliśmy! Dziękowaliśmy za wszystkie lata, za dobre życie, a Zygmunt niósł tę radość na całe miasto. Zdawało się, jakby dusza ks. Bielańskiego na jego dźwiękach wznosiła się ku górze. Chyba było mu lżej odchodzić z tego świata, gdy spojrzał z góry i zobaczył, że Zygmunt bije dla niego. Bije radośnie, tak, jakby sam sobie życzył.

A kiedy skończyli dzwonienie dla wawelskiego proboszcza, wszyscy uklęknęli pod Zygmuntem, by zmówić „Wieczne odpoczywanie” księdzu, który dla tych silnych, dojrzałych mężczyzn przez długi czas był jak najlepszy ojciec.

Dzwon żegna w ten sposób wszystkich gospodarzy katedry i członków kapituły wawelskiej. – Odprowadzamy ich tym dzwonieniem do nieba, bo Zygmunt jest łącznikiem między światem materialnym a duchowym – wyjaśnia dzwonnik Andrzej Bochniak.

Nowe serce Zygmunta biło, gdy umierał papież Jan Paweł II. Rozpoczęli o godz. 22.37 i dzwonili 27 minut, każdą minutą dziękując za jeden rok pontyfikatu. Królewski dzwon z nowym sercem żegnał papieża, gdy w Rzymie odbywał się jego pogrzeb. Obwieszczał wybór jego następców: Benedykta XVI i Franciszka, i witał ich na polskiej ziemi. Serce dzwonu zabiło, gdy Polska była przyjmowana do Unii Europejskiej, i płakało żałobnie, gdy w Smoleńsku rozbił się samolot z najważniejszymi osobami w państwie na pokładzie. W krakowskie niebo uleciały jego radosne dźwięki, gdy Jan Paweł II ogłaszany był najpierw błogosławionym, potem świętym.

Papież i dzwonnica

W najśmielszych marzeniach nie mógł sobie tego wyśnić Lech Dziewulski, gdy 16 października 1978 roku jechał tramwajem i usłyszał, że krakowski kardynał został papieżem. – Motorniczy miał radio na baterie. Z trzasków i zakłóceń w końcu dosłyszeliśmy… Cały tramwaj zamarł w milczeniu, po czym podniósł się nieopisany krzyk radości – wspomina dzwonnik. Dziewulski jechał z kolegą, który od razu pociągnął go na Wawel. – Wiedzieliśmy, że trzeba dzwonić, i spontanicznie pobiegliśmy na wzgórze, a tam… brama zamknięta, nikogo nie ma! – opowiada. Dzwonnicy dostali się na Wawel dopiero późnym wieczorem. Biskup Tadeusz Pieronek wspominał, że Zygmunt rozkołysał się nad Krakowem o 21.00. Później bił już aż do Mszy św. inaugurującej pontyfikat Jana Pawła II. Marcin Biborski znalazł notatkę, którą zapisał w tamtych dniach: „Od dwóch dni Kraków i cała Polska szaleją z radości, że kard. Karol Wojtyła zasiadł na stolicy Piotrowej jako papież. To mi się dalej w głowie nie mieści! Komunę chyba krew zalewa!”. I dopisek: „Mam zdartą skórę z palców, bo dzwon uczy nowicjusza pokory”.

Dzwonnicy wspominają dziś, że do papieskiego dzwonienia ustawiały się kolejki, bo każdy „chciał się przykleić do historii”. Później Zygmunt towarzyszył Janowi Pawłowi II podczas jego pielgrzymek do ojczyzny i wizyt w rodzinnym Krakowie. Za każdym razem, gdy Ojciec Święty modlił się w katedrze wawelskiej, spotykał się z dzwonnikami. Barbara Szyper, jedyna kobieta w bractwie dzwonników, wspomina, że to właśnie Janowi Pawłowi II zawdzięcza przezwisko, które do niej przylgnęło. Ojciec Święty nazwał ją Dzwonnicą, i tak do dziś mówią o niej koledzy.

„Ile przeżyć i wspomnień budzi w nas głos tego królewskiego dzwonu! Brzmi w tym uroczystym graniu modlitwa wieków o wolność i pomyślność ojczyzny, a równocześnie jakieś wezwanie do uwalniania serc od wszystkiego, co jej może szkodzić, i do wznoszenia ducha ku tym wartościom, które nasze pokolenie przejęło ze wspaniałej tradycji ojców” – napisał 18 stycznia 1999 roku papież w liście do dzwonników wawelskich, dziękując za ich posługę.

Na chwałę Bogu i ojczyźnie

– Przyszedłem tu w grudniu 1981 roku na 5 minut, zostałem na całe życie – mówi A. Bochniak. Bartosz Marjankowski uważa, że do bycia dzwonnikiem nie potrzeba tylko siły, ale także mądrości. – Bardzo istotne na górze jest bezpieczeństwo. To wyjątkowo ciężki dzwon i musimy bardzo na siebie wszyscy uważać – w każdej chwili jesteśmy w stanie go zatrzymać. A te 8 czy 12 minut, w ciągu których dzwonimy, to naprawdę duży wysiłek – przekonuje.

Do rozkołysania króla polskich dzwonów potrzebnych jest jednorazowo 12 osób. Przy szczególnych uroczystościach na wieży stawia się podwójna obsada dzwonników. Dzwonnikami jest ok. 30 osób, a część z nich należy do elitarnego Bractwa Dzwonników Zygmunta. Honorowym członkiem bractwa był Jan Paweł II. Jest nim także jego wieloletni sekretarz osobisty kard. Stanisław Dziwisz.

Młode, bo ledwie 20-letnie serce ożywia staruszka. Zygmunt liczy sobie bowiem już pół tysiąclecia. Ten spiżowy olbrzym został odlany w Krakowie w 1520 roku przez ludwisarza z Norymbergi, Hansa Behema. Zawieszono go na specjalnie do tego celu nadbudowanej wieży Zamku Królewskiego na wawelskim wzgórzu. W górnej części kielicha widnieje łacińska inskrypcja: „Bogu najlepszemu, największemu i Dziewicy Bogarodzicy, świętym patronom swoim, znakomity Zygmunt, król Polski, ten dzwon godny wielkości umysłu i czynów swoich kazał wykonać roku zbawienia 1520”. Poniżej napisu znajdują się 2 plakiety. Z jednej strony jest to wyobrażenie św. Stanisława, z drugiej św. Zygmunta – króla Burgundii, w pełnej zbroi oraz płaszczu z insygniami władzy monarszej. Po obu stronach plakiet są godła państwowe Rzeczypospolitej Obojga Narodów, orzeł w koronie i litewska pogoń. Poniżej znajduje się imię i nazwisko Behema w językach łacińskim i niemieckim oraz jego gmerk (znak) i rok wykonania dzwonu. Pierwszy raz krakowianie usłyszeli dźwięk dzwonu 13 lipca 1521 roku.

Fundatorem kolosa był król Zygmunt I Stary. Chciał, by „nie tylko Bogu Najwyższemu, ale także na chwałę domu Jagiellonów i Królestwa Polskiego dzwonił”. Ten zamiar jest skrupulatnie wypełniany od wieków. Zygmunt stał się narodowym symbolem, oznajmiającym Polakom najważniejsze wydarzenia. Wiernie towarzyszy podniosłym i trudnym chwilom w życiu mieszkańców Krakowa i Polski, bije w rytm narodowych i kościelnych świąt i uroczystości. Dźwięk ważącego 12,6 tony olbrzyma przy sprzyjającej pogodzie rozlega się nawet w odległości 30 km od Krakowa.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama