Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał.
Łódź zaś była już o wiele stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze.
Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się, myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!»
Na to odezwał się Piotr: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!» A On rzekł: «Przyjdź!» Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, podszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: «Panie, ratuj mnie!»
Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: «Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?»
Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: «Prawdziwie jesteś Synem Bożym.
Mt 14, 22-33
1. Jezus „wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić”. Ewangelia nieraz kreśli obraz Jezusa modlącego się samotnie, z dala od tłumu. Pierwsze czytanie ukazuje nam proroka Eliasza, który przeżywa swoje „rekolekcje”. On też staje na górze wobec PANA. Te dwa biblijne obrazy zapraszają nas do modlitwy. Potrzebujemy momentów głębszego oddechu, gdy stajemy w ciszy, samotnie wobec Boga. Nerwówka dnia codziennego przenosi się często także na modlitwę. Eliasz czekał, aż wyciszy się wichura, ustanie trzęsienie ziemi, wystygnie ogień. Można te żywioły odczytać metaforycznie – jako emocjonalne i duchowe napięcia, burze, trzęsienia, ognie namiętności w nas samych. To wszystko, co w nas hałasuje i utrudnia odnalezienie Boga i siebie samego, musi się wyciszyć. Po to, abyśmy mogli usłyszeć „szmer łagodnego powiewu”. Eliasz odnowiony na duchu, uspokojony obecnością Bożą, wyruszy potem do kolejnych misji. Jezus także powróci do łodzi z uczniami.
2. Jezus kroczący po jeziorze. Ten obraz ma głębsze znaczenie, jeśli uwzględnimy biblijny kontekst. To nie jest tylko pokazanie, że Chrystus jako Bóg panuje nad siłami natury. Morze jest w Starym Testamencie symbolem demonicznym, jest miejscem zamieszkanym przez moce, które sprzeciwiają się Bogu. Wody morskie to synonim katastrofy, zagłady, śmierci. Dno morza sąsiaduje z Szeolem. Teksty apokaliptyczne akcentują pokonanie „morza” przez Boga. W tym kontekście obraz Jezusa kroczącego po jeziorze, nazywanym potocznie morzem, nabiera pełniejszego sensu. Mesjasz panuje nad złem, pokonuje szatana. Zafascynowany Piotr chce być tak mocny jak Pan. Robi tylko parę kroków i tonie. Jakże wymowny to obraz nas samych. W momentach uniesienia chcemy iść za Jezusem, wierząc, że z Nim pokonamy nasze „otchłanie” – grzechów, chorych namiętności. Z Nim damy radę. Tak, z Nim jest to możliwe. Ale kończy się to często bardzo szybko i idziemy na dno, wołając: „Panie, ratuj”. Znając nieco charakter Piotra, jego porywczość i męską dumę, można założyć, że rybak szybko uwierzył, że jest „bohaterem”, że sam daje radę. I ta złudna pewność go pokonała. Warunkiem zwycięstwa nad mocami ciemności jest wiara w moc Jezusa. Całkowite oddanie siebie Jemu. Z tym miewamy problem i dlatego nieraz słyszeliśmy od Jezusa: „Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?”.
3. „Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: »Prawdziwie jesteś Synem Bożym«”. Oto pointa dzisiejszej ewangelicznej historii. Jezus jest prawdziwie Synem Boga. I chodzi o to, aby w to uwierzyć. Uczniowie na łodzi zmagający się z przeciwnym wiatrem, opuszczeni przez Jezusa – to obraz Kościoła. W historii wciąż na nowo staje się on aktualny w sytuacjach, które określamy słowem „kryzys”. W obliczu radykalnego spadku powołań w Polsce jedni wpadają w panikę, dopada ich niepokój o przyszłość. Inni powiadają: „Nie ma obaw, policzcie dokładnie, mamy o wiele więcej księży niż w innych krajach”. Jezus mówi: „Nie bójcie się” – czyli ani panika, ani lekceważenie kryzysu. Trzeba wiosłować spokojnie pod prąd i płynąć w dobrą stronę. Chwilowa „nieobecność” Jezusa nie oznacza, że o nas zapomniał. W czasie, gdy apostołowie płynęli przez jezioro, Jezus modlił się. Z całą pewnością także za nich. Bóg jest z nami, jest w Kościele. Ale cała rzecz w tym, abyśmy wierzyli, że Kościół jest realną „obecnością” Syna Bożego w świecie. Ta wiara musi nas nieść. Św. Paweł w drugim czytaniu ubolewa nad tym, że jego rodacy odrzucili Jezusa. „Odczuwam wielki smutek i nieustanny ból”. Co więcej – wolałby sam być potępiony, byle ocalić tak bliski mu lud. Pomyślmy, jak bardzo mocno Paweł wierzył w to, że zbawienie jest tylko w Jezusie. Apostoł wymienia dary, które otrzymali Żydzi, ale sens jego wypowiedzi jest jasny – to wszystko otrzymali ze względu na Chrystusa, a teraz tę jedną najcenniejszą perłę odrzucili. Kiedy pomyślimy o naszych ochrzczonych braciach i siostrach, którzy porzucili w dorosłym życiu Jezusa albo Go nie odkryli jako Zbawiciela, w naszych sercach powinien gościć podobny „smutek i nieustanny ból”. Nie zawsze wiemy, jak ich uratować. Ale nie powinniśmy patrzeć ze spokojem, jak giną w morzu świata. Nieraz słyszę opowieści starszych osób o dzieciach lub wnukach, które w dorosłym życiu porzuciły Kościół i żyją tak, jakby Boga nie było. Mam wrażenie, że są gotowe jak Paweł ofiarować siebie, by ratować swoje dzieci. To cierpienie jest cenne w Bożych oczach. „Nie bójcie się” – mówi Pan.