Gdy głęboka cisza ogarniała wszystko, a noc w swoim biegu dosięgała połowy, wszechmocne Twe słowo z nieba, z królewskiej stolicy, jak srogi wojownik runęło pośrodku zatraconej ziemi. (Mdr 18, 14-15)
Przez głęboką ciszę przebija się dźwięk jak światło w ciemności. Do ucha docierają wtedy słabsze odgłosy, ukryte w oddali, a dotąd stłumione hałasem. Ale cisza bywa też całkiem innym typem głębi. Wówczas – zupełnie jak w pierwszej powieści tegorocznego noblisty – „czernieją nietknięte ludzką ręką ciemności, a wpadające przez szczeliny spuszczonych żaluzji smugi światła rozmywają się w nicość” (László Krasznahorkai). Być może znamy to uczucie, gdy chwile utrapienia przypominają „srogiego wojownika (…) pośrodku zatraconej ziemi”. Poetycki, lekko baśniowy fragment dzisiejszej medytacji o nocy paschalnej niesie ważną… najważniejszą obietnicę. Wytrwałość w nadziei (która, jak ujął to św. Paweł, zawieść nie może) prowadzi do światła, które nigdy nie gaśnie. Czujesz, że noc dosięga dopiero połowy. A przecież przybliża się dzień.