Prorokini Anna

Szymon Babuchowski

|

GN 18/2011

publikacja 08.05.2011 19:39

„Proszę o taki nekrolog: z radością przyjęła śmierć. Prosi bliskich o przyjęcie jej śmierci z radością” – zapisała w swoim „Notatniku”. 25 lat temu zmarła Anna Kamieńska – jedna z najciekawszych poetek religijnych.

Anna Kanieńska Anna Kanieńska
fot. PAP/Witold Rozmysłowicz

W jej dorobku znajduje się blisko 100 książek. Była nie tylko poetką, autorką opowiadań czy twórczości dla dzieci, ale także wybitną tłumaczką z niemal wszystkich języków słowiańskich. Jeśli dodamy do tego jej przekłady z hebrajskiego i łaciny, zacznie nam się rysować obraz osoby wszechstronnej, o ogromnej rozpiętości zainteresowań.

Wierzyć do końca
I Anna Kamieńska była też, jak często dzieje się u tak wrażliwych dusz, targana licznymi niepokojami. Najlepiej oddają to chyba słowa jej przyjaciółki ze szkolnych lat, również poetki, Julii Hartwig: „Była duszą zbuntowaną, poszukującą. Trapiło ją wiele kompleksów, głęboko przeżywała wszystko, co uważała za krzywdę. Ludzie najczęściej nic sobie nie robią z poczucia, że coś jest nie tak, a Anna z wieloma rzeczami nie potrafiła się pogodzić. (...) Musiała w coś wierzyć, i to do końca”. Podczas uroczystości pogrzebowych prymas Józef Glemp wyraził się o niej nawet: „prorokini Anna”. W swoim „Notatniku” zapisała: „Proszę o taki nekrolog: z radością przyjęła śmierć. Prosi bliskich o przyjęcie jej śmierci z radością”. Nim jednak doszła do tak żarliwej wiary, musiała przejść długą drogę. Jej wczesne wiersze bliższe są raczej socrealizmowi niż poezji religijnej. Jednak osobiste wstrząsy, takie jak śmierć matki w 1956 roku i – 11 lat później – męża Jana Śpiewaka powodują przemiany jej twórczości. Pierwsza śmierć zaowocowała cyklem trenów „Dobranoc matce”, druga tomikiem „Biały rękopis”, którego bohaterka godzi się na własną małość:

pora zmieścić się w małości
w łupinie orzecha
w pestce jabłka
w ziarnie maku
skulić się
do geometrycznego punktu
łzy przestrzeni.


Rozmowy nad grobami
Gdy ks. Jan Twardowski w 1955 r. poznał poetkę, oboje z mężem uważali się za ludzi niewierzących. Jednak podczas kolejnych spotkań coś zaczęło się zmieniać. To właśnie ks. Twardowski udzielił namaszczenia jej choremu mężowi. Anna wspomina w swoim „Notatniku”: „Janek leżał na łożu śmierci, już nieprzytomny. Ksiądz Jan Twardowski modlił się przy nim półgłosem. Gdy ksiądz wyszedł, Janek obudził się i powiedział nagle wyraźnie: – Ksiądz się modlił. Jestem szczęśliwy. Teraz, gdy rozpamiętuję ten czas, jego słowa wydają mi się istotne. Było to wyznanie wiary. W przeciwieństwie do mnie, Janek zawsze był naturalnie wierzący. I może czasem tyle tylko trzeba, by wraz z całą męką konania człowiek został zbawiony”. Wstrząs związany ze śmiercią męża stał się początkiem nawrócenia poetki. „Pamiętam, jak ogarnięta ciemnością przychodziła do kościoła sióstr Wizytek. Potrzebowała rozmowy i właśnie w tym czasie zaprzyjaźniliśmy się. Często jeździliśmy na grób Jana na Powązki. Wędrując od grobu do grobu, rozmawialiśmy o wierze, Bogu, fragmentach Pisma Świętego, o liturgii, a także o literaturze. Nigdy nie zabrakło nam tematów. Było w tym coś niezwykłego. Odwiedzaliśmy nie tylko groby bliskich, znajomych czy pisarzy, ale także te zapomniane i opuszczone” – wspominał po latach ks. Twardowski. „Byłem świadkiem jej nawrócenia i wzrostu w wierze” – pisał.

Poetycka spowiedź
Po nawróceniu zmienia się podejście Anny do sztuki. Zaczyna coraz bardziej ważyć słowa. Jej twórczość stała się świadectwem tego, co działo się w jej duszy. W świetle Ewangelii, z taką miłością teraz poznawanej, ze wstydem patrzyła na swoje stare wiersze. Dobrze oddaje to wiersz-spowiedź „Spotkanie z Bratem Albertem”:
Wyznaję chciałam być pisarzem
nie wiedząc co to znaczy
zuchwalstwo graniczące z głupotą
albo odwrotnie
nie mogłam wiedzieć że wśród tylu słów
brak tych najprostszych i prawdziwych
zatrzymywałam się na migotliwej skórze świata
zadowalając się czasem błyskotką
(…)
mogąc wybierać wybierałam rozpacz nie ironię
choć nikt nam nie dał do nich obu prawa
nie dość strzegłam litości na dnie słowa
i mnie czasami zwiodło tak zwane piękno
z którego zawiść i pycha


Przyjaźń nadprzyrodzona
Ksiądz Jan stał się teraz nie tylko jej przewodnikiem, z którym czytała Pismo Święte, ale także przyjacielem. Wspólnie brali udział w Tygodniach Kultury Chrześcijańskiej w Warszawie. To jej zadedykował swój najpopularniejszy wiersz „Śpieszmy się”. Wbrew legendom, nie zrobił tego po jej śmierci. Anna zdążyła nawet na ten wiersz odpowiedzieć tekstem „Puste miejsca”:

Nikogo nie zdążyłam kochać
choć się tak śpieszyłam
jakbym musiała kochać tylko puste miejsca
zwisające rękawy bez objęcia ramion
puszczony przez głowę beret
fotel który powinien także wstać i wyjść z pokoju
książki już nie dotykane
grzebień z pozostawionym srebrnym włosem
łóżeczka z których niemowlęta wyrosły i poszły
szuflady niepotrzebnych rzeczy
fajkę z ustnikiem pogryzionym
buty zachowujące kształt stopy
co odeszła boso
słuchawkę telefonu gdzie ogłuchły głosy
tak się śpieszyłam kochać
i oczywiście nie zdążyłam


A jednak ks. Twardowski zaświadcza, jak wiele miłości ofiarowała swoim bliskim: „Anna była człowiekiem niezwykle wrażliwym na potrzeby ludzkie. Była dobrą i czułą matką. Dbała o to, żeby »wydobyć na powierzchnię« zapomnianych poetów. Ożywiała pamięć o umarłych. Była niezwykłą i świętą kobietą. Mogę powiedzieć – taki murowany człowiek, a jakże subtelny w przyjaźni. Takich ludzi już nie ma”. O swojej przyjaźni z nią mówił krótko: „To była przyjaźń nadprzyrodzona. Jedyna i najważniejsza przyjaźń w moim życiu, taka szlachetna, duchowa”.