Libia: widok od środka

Jarosław Dudała

|

GN 11/2011

dodane 20.03.2011 15:12

Zachodnie media nie zawsze prawdziwie relacjonowały wydarzenia w Libii – mówi jeden z Polaków, który niedawno wrócił stamtąd do kraju.

	Libijki z Bengazi domagają się utworzenia strefy zakazu lotów Libijki z Bengazi domagają się utworzenia strefy zakazu lotów
fot. PAP/EPA/TIAGO PETINGA

Jeśli mam mówić szczerze, to wolę, żeby nie ujawniać mojego nazwiska – zastrzega na początku rozmowy. – To, że w Libii dzieje się coś poważnego – opowiada – uświadomiłem sobie parę dni po 17 lutego, gdy okazało się, jak wielka była skala demonstracji w Cyrenajce. To prowincja na wschodnim wybrzeżu kraju. Służby porządkowe nie były tam w stanie zapanować nad sytuacją. Po stronie manifestantów padły ofiary śmiertelne. Rozpoczęła się muzułmańska żałoba. Jej częścią jest pragnienie zemsty. To ono spowodowało narastanie buntu. Co było jego zapalnikiem? Zapewne był nim przykład krajów sąsiednich, czyli Tunezji i Egiptu, choć Libia – w porównaniu z nimi – jest krajem słabo zinformatyzowanym, a jej mieszkańcy nie są specjalnie zainteresowani tym, co się dzieje poza ich grajdołkiem. Pewną rolę odegrało też ujawnienie przez WikiLeaks depesz amerykańskiej ambasady w Trypolisie. W przeciwieństwie do podobnych depesz z Tunisu, nie zawierały one sensacyjnych informacji o tym, kto spośród ludzi władzy zamieszany jest w afery korupcyjne i ile pieniędzy na nich zarobił. Depesze amerykańskich dyplomatów z Libii były – wydawałoby się – dość banalne. Mówiły o słynnej już ukraińskiej pielęgniarce Muammara Kaddafiego i o tym, że 69-letni przywódca Libii nie jest w stanie wyjść pieszo wyżej niż 30 stopni. To w gruncie rzeczy drobiazgi na poziomie plotek z magla, ale w kraju, w którym życie prywatne przywódcy to tabu, ujawnienie takich szczegółów było czymś niezwykłym.

Lis pustyni ugryzł się w łapę
Strzałem w stopę okazała się sprytna na pozór zagrywka władz libijskich ze stycznia tego roku. By ubiec wybuch buntu podobnego do wydarzeń w Tunezji czy Egipcie, władze postanowiły skanalizować narastające napięcie. Podpuściły tysiące własnych obywateli, by prawem kaduka zajmowali niesprzedane mieszkania, wybudowane przez deweloperów. Policja stała z boku. Patrzyła spokojnie, jak dokonuje się ta grabież. I może rzeczywiście ta lisia zagrywka skanalizowałaby i wygasiła gniew ludu, gdyby nie to, że libijski tłum poczuł własną siłę. Zagarnął mieszkania, ale na tym nie poprzestał. Wysunął żądania polityczne. Zamieszki ogarnęły głównie Cyrenajkę z jej stolicą Bengazi. Skala buntu była tam tak wielka, że siły bezpieczeństwa nie były w stanie go opanować. Wycofały się prawie bez walki. Bronione były właściwie tylko ich koszary. Bombardowane były głównie składy broni. Ludzie Muammara Kaddafiego nie chcieli, by wpadła ona w ręce rebeliantów. Trudno właściwie mówić o wojnie domowej, bo prawdziwie wojenne zmagania objęły jedynie trzy oddalone od siebie punkty, tj. miasta Zawija, Misrata i Ras-al-Unuf. W stołecznym Trypolisie zbuntowały się tylko trzy dzielnice, znane z opozycyjnych nastrojów. Reszta półtoramilionowego miasta, wraz z otaczającą go Trypolitanią, opowiedziała się za Kaddafim. Podobnie uczyniły beduińskie plemiona z południa i centrum kraju. To ważne, bo w przeciwieństwie do mieszczuchów z wybrzeża, Beduini potrafią walczyć. Doniesienia zachodnich mediów o bombardowaniu przez lotnictwo Kaddafiego celów cywilnych w Trypolisie były – zdaniem naszego rozmówcy – całkowicie nieprawdziwe.

Panika
Niemniej kraj został zdestabilizowany. Odbiło się to na przebywających w nim obcokrajowcach. Tysiące Algierczyków, Turków, a zwłaszcza gastarbeiterów z Egiptu, usiłowały wydostać się z Libii. Koczowali na lotnisku w Trypolisie i przed nim. Kończyła się im żywność i pieniądze, a miejsc w nielicznych samolotach było o wiele za mało. Co pewien czas wybuchała panika. By nad nią zapanować, siły porządkowe strzelały ponad głowami zdesperowanych ludzi i okładały ich prętami. W najgorszej sytuacji znaleźli się Egipcjanie. Byli oni dla Libijczyków jedynie tanią siłą roboczą – nielubianą, pogardzaną, posądzaną o kradzieże i wszelkie inne zło. Gorzej od nich traktowani tam byli jedynie czarnoskórzy przybysze z Afryki subsaharyjskiej. Polacy w Libii mieli się stosunkowo dobrze. Po okresie, w którym kraj ten był celem wyjazdów kontraktowych, wielu naszych rodaków osiadło w nim na dobre. Nawet jeśli przyjeżdżali do Polski, to nie bardzo potrafili się znaleźć w nowej rzeczywistości. A Libia – w porównaniu z innymi krajami arabskimi – okazała się dla nich bardzo przyjazna, gościnna. – Ten kraj daje się lubić – mówi nasz rozmówca. Dlatego wielu Polaków zostało tam, choć w czasie zamieszek mogli wyjechać do Polski.

Co dalej?
Media zachodnie zawczasu ogłosiły, że to już koniec Kadda-fiego. Być może. Ale nie jest to wcale takie pewne. Ostatnie wydarzenia świadczą o tym, że szanse Kaddafiego wręcz rosną. Wprawdzie skala niepokojów była duża i jeszcze kilka dni temu trudno było wyobrazić sobie powrót Libii do stanu poprzedniego. Kolejne dni przyniosły jednak sukcesy sił rządowych i nie można wykluczyć utopienia rebelii we krwi. Bastiony rebeliantów padają, a sprawa utworzenia nad Libią strefy zakazu lotów, nadzorowanej przez siły międzynarodowe, zawisła w próżni. Dziś widać, że jeśli buntownicy nie otrzymają pomocy z zewnątrz, to ich los będzie marny. Choć pewnie nie stanie się to prędko, bo tereny, na których toczą się walki, to takie libijskie Termopile – wąski przesmyk, w którym dość długo można się bronić. Tak właśnie było na tych ziemiach podczas II wojny światowej, za czasów ulubionego wodza Muammara Kaddafiego, czyli feldmarszałka Erwina Rommla.

Ponadto powstańcy wykazują słabość nie tylko militarną, ale i polityczną. Chyba po prostu sami nie wiedzą, czego chcą. Ich bunt był spontaniczny. Powstańcza Narodowa Rada Libijska to zlepek nielicznych i słabych opozycjonistów oraz dawnych ludzi władzy. Na jej czele stoi były minister sprawiedliwości Mustafa Muhammad Abd ad-Dżalil. Rada obwołała się tymczasowym powstańczym rządem libijskim. Uznała go nawet Francja. Rada nie jest jednak tak oczywiście popieraną siłą opozycyjną, jaką na przykład w Polsce w latach 80. była „Solidarność”. To ludzie, którzy próbują wykorzystać powstańczy ruch do wypłynięcia na szczyty władzy. Nie są jednak inicjatorami ruchu. W dodatku są dość kiepsko zorganizowani. Gdyby było inaczej, to nie mieliby problemu z pokonaniem libijskiej armii, która jest słabiutka, skoro nie udało jej się pokonać nawet biednego Czadu.

Wyjście honorowe
Nie bez znaczenia jest i to, że Muammar Kaddafi wielokrotnie dowiódł, że jest politykiem zręcznym, elastycznym. Wbrew temu, co pisze o nim prasa zachodnia, nie jest szaleńcem. A jeśli nawet, to w tym szaleństwie jest metoda. – Wariat nie rządziłby Libią przez ponad 40 lat – mówi nasz rozmówca. Dodaje, że wprawdzie pułkownik ekstrawagancko się ubiera i wygłasza dziwne przemówienia, ale potrafi zachowywać się bardzo pragmatycznie. Rzec by można, że polityczne zwroty to jego specjalność. I tak np. Kaddafi toczył długą wojnę z Czadem, ale gdy ją przegrał, potrafił zaakceptować niekorzystną dla Libii granicę południową. Kolejny przykład: to ludzie Kaddafiego podłożyli bombę w amerykańskim samolocie, który wybuchł nad szkockim Lockerbie. W konsekwencji Libia była na arenie międzynarodowej uważana za państwo terrorystyczne. Była trędowatym, któremu nie wolno podawać ręki. Nie minęło jednak wiele lat, a pułkownik dogadał się z Zachodem. Został ważnym dostawcą ropy dla Włoch, Hiszpanii, Francji i Niemiec. Symbolem jego politycznego zwycięstwa stał się osławiony pocałunek, złożony na dłoni libijskiego dyktatora przez premiera Włoch Silvia Berlusconiego. Niewykluczone więc, że Kaddafi zapanuje nad sytuacją albo na dogodnych dla siebie warunkach dogada się z rebeliantami. Bo Arabowie są elastyczni. Potrafią przyjąć nawet trudne dla siebie rozwiązanie, byleby tylko było to wyjście honorowe.