Maratończycy

Barbara Gruszka-Zych

|

GN 11/2011

publikacja 20.03.2011 14:43

Krzysiek i Achim w lutym na Malcie przebiegli pełny maraton. To był symboliczny początek ich nowego życiowego biegu. Wcześniej Krzysiek był hazardzistą, a Achim pił i siedział w więzieniu.

W pełnym maratonie z Mdiny do Sliemy wzięło udział 500 biegaczy z całego świata W pełnym maratonie z Mdiny do Sliemy wzięło udział 500 biegaczy z całego świata
fot. Błażej Zych

Pełny maraton z Mdiny do Sliemy na Malcie liczy 42 km i 195 m. Achim, czyli Joachim Karwat, przebiegł go w 4 godz. i 13 min, a Krzysiek Siwiec w 4 godz. i 20 min. Achim w swoim życiowym maratonie biegł już 30 lat, Krzysiek 21. Ale zostali daleko w tyle. Teraz postanowili, że wystartują jeszcze raz. Achim przed dwoma laty i dwoma miesiącami, a Krzysiek przed pół rokiem zamieszkali w 25-osobowej Wspólnocie „Betlejem” dla bezdomnych w Jaworznie. Postanowili wziąć się w garść. Żeby nie stracić ani jednego kilometra. – Dla mnie teraz w życiu najważniejsze, żeby zmienić swoje życie – mówi Achim. Przed odlotem na Maltę rodzice Krzyśka Siwca ostrzegali syna, że zamiast biegać, powinien zarabiać na spłacenie długów.

Ale on się zaparł – ma zamiar wyjechać do pracy przy budowie winnicy we Francji, ale ten maraton miał być sprawdzianem, że dorósł, żeby zrobić coś dla innych. Bo ideą biegu, w którym wzięli udział jeszcze niedawno bezdomni Krzysiek i Achim, była pomoc Filipkowi Glinieckiemu. Dwulatkowi, którego rodzice zbierali pieniądze na skomplikowaną operację kilku wad serca. Biegacze z „Betlejem” swoje kilometry sprzedawali przez internet. Achim ze swojej renty, Krzysiek z sezonowej pracy w budowlance i przy wsparciu wujka, który mu zaufał, sfinansowali swoją podróż. Dla oszczędności zabrali z Polski prowiant. Razem z szefem „Betlejem” ks. Mirkiem Toszą i przebywającym tam na praktyce diakonem Tomkiem Płotkiem trenowali przez 4 zimowe miesiące. – Jestem z was dumny, że tak dobrze biegliście – po skończonym biegu pochwalił podopiecznych ks. Tosza. – To ja jestem dumny, że ksiądz zdecydował się nas zabrać – odpowiedział Krzysiek.

Pierwszy z „Betlejem”
Achima przyprowadziła do „Betlejem” babcia Wirginia. Nie biologiczna, ale taka od serca, jak mówi – „prawdziwa”. Kupił jej na Malcie w prezencie kulę z tamtejszego szkła. – My się spotkali w kościele, przyszedłem tam rozrabiać, kolegę goniłem, niekiedy znicze ściepłem, a ona mówi: „zatrzym się”. No i się zatrzymałem, i załatwiła mi odwyk, a potem Wspólnotę „Betlejem” – opowiada. Kiedy tam przyszedł, nie mógł utrzymać w ręku łyżki. Po częstych pobiciach miał poważne problemy neurologiczne. Wygłodzony, codziennie jakby na zapas zjadał całą wazę zupy. Rodzice zmarli na raka, jedno po drugim, kiedy miał 15 lat. – Ciężko mi było się pozbierać – przyznaje. – Mam 7 braci i 3 siostry. Jedna siedzi w więzieniu. 5 lat już odsiedziała, zostało jeszcze 5. Zabiła mojego kolegę, bo nie miała na wódkę. Jej chłopak go kopał, a ona dźgnęła nożem w głowę. Brat Adrian, starszy o 4 lata, siedzi 13 lat za próbę morderstwa. Zostało mu ostatnie pół roku. Będzie mnie szukał – przewiduje. – Ale się go najpierw spytam, czy będzie dalej rozrabiał, czy zmieni życie. Bo jak nie, to po co mi taki brat? Może i z nim bym zamieszkał, bo mi dużo pomógł, walczył w mojej obronie, ile miał sił, i nie wysyłał mnie na ulicę, żebym kradł. Z rodzeństwa nie chcę widzieć nikogo oprócz Adriana i Kariny. Reszta jest odrzucona, bo sprowadzali mnie na manowce. A zło się bierze z kontaktu ze złymi. Bardzo dużo takich spotkałem do tej pory. A teraz mam nową rodzinę – podkreśla.

Jako 15-latek wpadł w jeden długi ciąg – 13 lat picia. Przestał, przychodząc do „Betlejem”, bo taki jest warunek wspólnotowego życia. – Obiecałem panu Janowi (darczyńca i przyjaciel wspólnoty), że nie będę pił do końca mojego życia – opowiada. – Nie mogę złamać obietnicy, bo nie oszukałbym pana Jana, ale sam siebie. Z siebie jestem bardzo zadowolony, bo wreszcie mam spokój od tego nałogu. Tyle że papierosy palę… Na 3 lata trafił do więzienia za pobicie kolegi ze szkoły w Bytomiu. – Dostał ode mnie takiego mocnego byka, że karetka przyjechała, wstrząs mózgu miał – mówi. – Wiem, że mógł umrzeć.
Przesiedział 3 lata w więzieniu z godziną spacerniaka. Z tego czasu zostały mu trzy tatuaże. Jeden na przedramieniu z sercem i z imionami kolegów z więzienia. Ale teraz ma w sercu ludzi ze Wspólnoty „Betlejem”. Do których może się uśmiechać, grzecznie mówić „dzień dobry” i czuć się przez nich szanowany. Pytany o miejsce zamieszkania, podaje nowy adres: Jaworzno, Długa 16. – Tu doszedłem do siebie – mówi. – Najważniejsze, że nie mam zabójczych myśli o wybijaniu szyb, pobiciu kogoś, złamaniu mu ręki. Mam spokój – jestem wolny od pokus – podkreśla. I docenia, że może dla innych sprzątać, przygotowywać drzewo na wykonywane przez nich ikony.

Nieraz kradł razem z braćmi. Kiedyś podczas kradzieży telewizora policja zamknęła go na 48 godzin. – Policjant mi powiedział: „Ostatni raz, Karwat, tak zrobiłeś” – pamięta. – A następnego dnia znów szybę w sklepie w biały dzień wybiłem. Pojechałem na dołek, założyli mi sprawę. Sędzia powiedziała: „Ostatnią szansę masz”. Dostałem dwa lata w zawieszeniu i teraz muszę się trzymać, żeby nie zrobić nic złego.
W podstawówce już zdobył medal za wygranie biegu. Ale brat sprzedał go na wódkę. Ten zdobyty na Malcie sam zawiesił na szyi Filipka. Wierzył, że zwycięsko ukończy maraton, choć w życiu poniósł wiele klęsk. – Bieganie to dobry sport, jednego dnia zakwasów się dostaje, drugiego odpoczynek i znów, tak my dziennie biegali – opowiada. – I nogi wytrzymały, przybiegłem pierwszy z „Betlejem”, nie dla siebie, ale dla Filipka – cieszy się. Podobnie zaprawia się we własnym, lepszym życiu. Wciąż się chwali, że coś mu się udało. Podczas wyprawy kupił sobie mały krzyżyk maltański – wyrób tamtejszych rzemieślników.
– Czujesz go na piersiach? – pytam.
– Trafił mi się, to trochę cierpienia, ale trza je wytrzymać.
– Cierpienie to też uwalnianie się z nałogu?
– Pewnie, ale dam radę…
Podróżując na Maltę po raz pierwszy w życiu wsiadł do samolotu. – Samolot leci trochę szybciej, ale jak się biegnie, to też się frunie – mówi. – Nad wszystkim, co było.

Skaczący przez czas
Krzysiek nie ukrywa, że zgłosił się do udziału w maratonie, bo chciał zobaczyć, jak jest za granicą. Dopiero potem pomyślał, że pomaga Filipkowi. – Takie czasy, nie każdy ma otwarte serce – mówi. – Generalnie wszyscy zajmują się sprawami przyziemnymi – kształcenie, praca, kariera. Musiałem się przyłożyć, żeby wreszcie usłyszeć dobre słowo, ale się opłacało. Bo ja w życiu nieumiejętnie wystartowałem. Zacząłem od hazardu. – podsumowuje. W ciągu pół minuty na maszynach potrafił przegrać 100 zł. – Jak łatwo wyliczyć, całą wypłatę – 2 tys. zł traciłem w 20 minut – opowiada. – Atmosfera w pubie była taka, że się nie myślało, że coś się traci, ale wygrywa. Pracował w magazynie przy obsłudze wózków widłowych. – Wracając z pracy z tysiącem złotych w kieszeni, szedłem na maszyny i wygrywałem 3 tys. Ale chęć zysku była na tyle silna, że po kilku dniach wracałem i traciłem całą kasę. Myślałem – łatwo przyszło, łatwo poszło. I tak to się kręciło. Przestało się dla mnie liczyć całe normalne życie. Przy zarobku 2 tys. nie byłem w stanie rodzicom nic dać na życie – opowiada. Wcześniej oglądał to wszystko u swojego ojca, który w jakimś momencie wpadł w alkoholizm i uzależnienie od hazardu. – Między 10. a 18. rokiem życia uczestniczyłem w problemach rodziców – przyznaje. – Byłem ciekaw, co robi tato, wychodząc o 6 rano i wracając dopiero po 16 godzinach. Wydawało mi się, że popija z kolegami, ale kiedyś zabrał mnie na zakupy, a tak naprawdę na maszyny. Zobaczyłem i mnie wciągnęło.

Z rodzicami i siostrami mieszkali w domu dziadków. Ale ci, kiedy wyszło na jaw, co się z ojcem dzieje, postawili ultimatum, że albo przestanie, albo ma się wyprowadzić wraz z rodziną. – Tata pracował na kopalni, kiedy narobił sporych długów. Przeprowadziliśmy się do bloku – wspomina. I wtedy ojciec przestał pić, podjął się spłacania. – Liczył na moją pomoc – mówi. – Ale ja myślałem tylko, że gdybym wygrał 10 tys., to bym mu pomógł. I grałem dalej. Dzień po wypłacie miałem 2 tys. w plecy, pożyczałem od dziadka, niby na ubrania, na wyjazd. Wziąłem pożyczkę z banku, ale odtrącają duży procent. I nagle zobaczyłem, że nie daję rady.

Któregoś wieczoru siadł do poważnej rozmowy z mamą. Rodzice dali mu 3 tys. zł na spłacenie długów. Ostrzegli, że jeśli nie przestanie, musi pójść z domu. Po półtora miesiąca znów go wciągnęło. – Było mi głupio i wstyd, nie umiałem spojrzeć im w oczy, zmarnowany, całkiem pusty – opowiada. Kiedy wreszcie się zwierzył, że ma 10 tys. długów, ojciec odmówił pomocy. „Miałeś przestrogę z mojego życia, musisz sobie radzić sam” – powiedział. Było lato. Do plecaka wrzucił dokumenty, dwie koszulki i komórkę. W pubie bezmyślnie siedział przy piwie. Jeszcze zajrzał do dziadka. – Ale on miał mnie dość – pamięta. – „Jaki ojciec, taki syn” – podsumował. Sypiałem na klatkach schodowych. I przyszedł dzień, że sprzątająca tam pani zaproponowała mi wystartowanie z innej półki. Powiedziała, żebym szedł do noclegowni. Posłuchałem jej. Prędko znalazł pracę w budowlance. Kolega i mama załatwili mu rozmowę z ks. Mirkiem Toszą. – Powitał mnie uśmiechem – pamięta. – Obiecałem, że stanę na własne nogi, że własną pracą wszystko odkręcę, przeproszę rodziców. Już zacząłem coś odkładać w banku. Nie ma średniego wykształcenia, więc znalazł pracę tylko w magazynie. Planuje skończenie technikum. W „Betlejem” zaczął intensywnie uczestniczyć w Mszach św. – Bo wierzę w Boga, w Kościół, no to i w siebie – opowiada. Na wyjazd na Maltę wujek pożyczył mu 500 zł. – Wiem, że gdybym popłynął jeszcze raz, nie otrzymałbym kolejnej szansy od osoby, która mi zaufała – mówi. – A Pan Bóg ma do ciebie zaufanie? – pytam – Do każdego ma. A my uczymy się na swoich błędach. Chciałbym szybko przeskoczyć czas, który mi uciekł.