Lepsze niż in vitro

rozmowa z dr. Philipem Boylem

|

GN 50/2010

publikacja 17.12.2010 12:15

O zaletach naprotechnologii i argumentach przeciw in vitro z dr. Philipem Boylem rozmawia Jarosław Dudała

Lepsze niż in vitro fot. Remigiusz Sikora

Dr Philip Boyle Najbardziej znany europejski lekarz, stosujący naprotechnologię. Jest prezesem europejskich centrów FertilityCare. Pracuje w irlandzkim mieście Galway.

Jarosław Dudała: Słyszałem, że skutecznie pomógł Pan w poczęciu dziecka u 30 proc. par, które wcześniej bez rezultatu starały się o to metodą in vitro.
Philip Boyle: – Według danych z ostatnich 6 lat, w grupie pacjentek do 37 lat i po dwóch nieudanych próbach in vitro skuteczność naprotechnologii, czyli odsetek urodzeń żywych, wyniósł prawie 40 proc. To całkiem niezły wynik, lepszy niż się spodziewaliśmy. Zamierzam opublikować te dane w 2011 roku.

Jak zaczyna się leczenie naprotechnologiczne?
– Gdy para skarży się nam na niepłodność, często okazuje się, że mamy do czynienia z ogólnymi problemami ze zdrowiem: złym samopoczuciem, zmęczeniem, przykrymi objawami zespołu napięcia przedmiesiączkowego, trwającymi 7–10 dni. Mówimy wtedy: Zaraz, zaraz! Tu nie chodzi o samą niepłodność, musimy poprawić ogólny stan zdrowia. Często rozpoznajemy lekkie, ale przewlekłe infekcje. Dopiero potem myślimy o terapii hormonalnej czy interwencji chirurgicznej.

Twórca naprotechnologii prof. Hilgers uważa, że rewolucyjne są jej osiągnięcia w chirurgii.
– To m.in. zasługa tzw. laparoskopii bliskiego kontaktu. W Irlandii, Wielkiej Brytanii i w USA obserwujemy ogromną różnicę w standardach rozpoznawania i leczenia np. endometriozy. Amerykańscy ginekolodzy rozpoznają ją u 7 proc. pacjentek. Tymczasem prof. Hilgers rozpoznaje ją aż u 70 proc. pacjentek. To 10 razy więcej!

To znaczy, że endometrioza jest główną przyczyną niepłodności u kobiet?
– Na pewno jest to problem masowy. I często niezdiagnozowany.

Na czym on polega?
– To zaburzenie funkcjonowania układu odpornościowego. Z czasem ten problem staje się coraz poważniejszy. Gdy się ma nieco ponad 20 lat, można urodzić dziecko, mając endometriozę. Ale doprowadzenie do tego po trzydziestce wymaga już intensywnych starań. Tymczasem w świecie zachodnim odkładamy na później decyzję o założeniu rodziny i urodzeniu dziecka. Poza tym niekorzystny wpływ na układ odpornościowy ma stres, zła dieta oraz to, że mało przybywamy na słońcu. Jak to się leczy?
– To leczenie farmakologiczne niskimi dawkami naltreksonu, leczenie chirurgiczne (laparoskopia bliskiego kontaktu), do tego dieta i suplementy.

Specjaliści od in vitro mówią wam: „Nie macie nic na męską niepłodność”.
– To prawda, że skuteczność naprotechnologii w tej grupie jest o połowę niższa niż w grupie, w której męski czynnik niepłodności nie występuje. Ale mogę zaprezentować przykłady zakończonego sukcesem leczenia naprotechnologicznego w przypadkach męskiej niepłodności, z którą bezskutecznie próbowano sobie radzić metodą ICSI (stosowane w programie in vitro wstrzyknięcie główki plemnika do wnętrza komórki jajowej – przyp. J.D.).

Jak się to Panu udało?
– Jedną z najlepszych rzeczy, jakie można zrobić, jest podniesienie płodności kobiety dla zrekompensowania męskiego czynnika niepłodności. Czasem odkrywamy wtedy, że w danym przypadku istnieje także niezdiagnozowany i nieleczony czynnik żeński, podczas gdy leczenie skupiało się dotąd na czynniku męskim. Można też stosować u mężczyzn antybiotyki, suplementy, dietę i interwencje chirurgiczne. Nie jest więc tak, że nic nie da się zrobić. Mieliśmy przypadki sukcesów, gdy liczba
plemników w mililitrze wynosiła 0,5–1 mln na mililitr (dolna granica normy to 20 mln – przyp. J.D.).

A czynnik psychiczny?
– Dawniej, gdy wszystko wydawało się medycznie w porządku, mówiono pacjentom: „Musicie próbować, próbować, próbować…”. To rodziło presję i stres. My mówimy takim pacjentom: „Przestańcie starać się o dziecko. Zacznijcie się po prostu kochać. Dziecko jest owocem miłości, a nie ciężkiej pracy”. To nieraz działa. Z medycznego punktu widzenia jest to zjawisko trudno mierzalne, ale bardzo ważne.

Zwolennicy in vitro twierdzą, że naprotechnologia nie wniosła do leczenia niepłodności niczego nowego. Z drugiej strony zarzucają jej, że jest nienaukowa, bo w recenzowanych czasopismach naukowych nie ma prac na jej temat. Czyli nie ma o czym rozmawiać.
– Jeśli poszuka pan w nich prac zawierających termin „naprotechnologia”, to rzeczywiście znajdzie pan tylko jedną. Jednak prac naukowych, na których opiera się naprotechnologia, jest mnóstwo. Podręcznik naprotechnologii odwołuje się do 200 takich prac. Dlatego można powiedzieć, że jest to medycyna oparta na dowodach. Ale ma pan rację – rozwój naprotechnologii powinien iść w kierunku publikacji prac na jej temat w recenzowanych czasopismach naukowych. Chodzi o zyskanie wiarygodności i przekonanie zdroworozsądkowo myślących lekarzy do wypróbowania tej metody. Uważa Pan, że naprotechnologia daje lekarzom i pacjentom coś więcej niż metody stosowane powszechnie?
– Miałem pacjentów, którzy leczyli się w najlepszych centrach leczenia niepłodności w Europie i przychodzili do mnie z diagnozą: niepłodność, przyczyna nieznana. Tymczasem karta obserwacji cyklu kobiety, sporządzona według stosowanego w naprotechnologii modelu Creightona, wykazywała nieprawidłowe krwawienia, ograniczone wydzielanie śluzu i nieprawidłowy poziom hormonów. Ta karta dosłownie krzyczała, co jest problemem, podczas gdy inni mówili, że problemu nie ma.

Te karty są aż tak ważne?
– Dzięki nim, a także dzięki dokładniejszym niż rutynowe badaniom USG oraz celowym badaniom hormonalnym, wiemy np. jakie stosować dawki clomidu (popularny także w Polsce lek hormonalny, znany również jako clomifen – przyp. J.D.). Lekarze, którzy nie mają tych informacji, stosują go tak, jakby bawili się w przyczepienie osłu ogona z zawiązanymi oczami. Naprotechnologia to zdjęcie z oczu zasłony.

A jacy są pacjenci, którzy wcześniej próbowali in vitro?
– Pamiętam parę, która dwa razy bezskutecznie próbowała. Tam był problem przedwczesnego wygaszenia czynności jajników, czyli przedwczesnej menopauzy. W 2006 r. przeszli in vitro – udało się uzyskać jedną komórkę jajową. W 2007 r. – ani jednej. Ta kobieta myślała już o skorzystaniu z jaja innej kobiety. Przyszła do mnie w 2008 r. i po leczeniu zaszła w ciążę. Skoro jest pan z gazety katolickiej, to opiszę to słowami Ewangelii: „jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga nie ma bowiem nic niemożliwego”.

Czy pacjenci, którzy próbowali in vitro, różnią się od pozostałych?
– W pewnym sensie są łatwiejsi w prowadzeniu. Wiedzą, że próbowali już wszystkiego i nic to nie dało. Są trochę zrezygnowani. Mówią: „Cokolwiek zaproponujecie, przyjmiemy to”. Tymczasem ci, którzy nie przeszli przez traumę in vitro, zastanawiają się: „Do licha, czas biegnie, może jednak lepiej spróbować in vitro?”. Mówimy im: „Spokojnie, skuteczność naprotechnologii jest znacznie większa niż in vitro”. A przecież nasze sukcesy w leczeniu tych, którzy próbowali in vitro, miały miejsce, gdy pacjentki były starsze niż w chwili, gdy próbowały in vitro. Ten upływ czasu nie jest bez znaczenia. Mówi się, że szanse in vitro mocno maleją w wieku ponad 35 lat. Tymczasem my leczymy pacjentki w wieku np. 42 lat i mamy w tej grupie więcej sukcesów niż in vitro u pacjentek w wieku 35 lat. Jest coś, co łączy Pana z lekarzami stosującymi in vitro?
– Łączy nas współczucie wobec niepłodnych par, podejście do nich na zasadzie: „my naprawdę chcemy wam pomóc”. Różni nas to, że my nie chcemy przekraczać pewnych granic. Nie chcemy rozwiązywać problemów pacjentów kosztem ich zdrowia. Z mojego doświadczenia wynika też, że in vitro często dzieli małżonków, a naprotechnologia ich jednoczy.

Dlaczego?
– In vitro jest dehumanizujące. Człowiek ma prawo, by być poczętym z miłości, a nie wyprodukowanym w laboratorium, klasyfikowanym i selekcjonowanym. Nasza filozofia jest radykalnie różna od filozofii in vitro. Ludzie, którzy przechodzą przez procedury związane z in vitro, czują, że to jest dehumanizujące, choć czasem nie potrafią tego wyrazić. To tak, jakby moje dziecko miało urodziny, a ja powiedziałbym mojej sekretarce: „Mam mnóstwo roboty. Idź na te urodziny, daj mu prezent i powiedz: – Happy birthday!”. Skoro nie można wysłać sekretarki na urodziny swego dziecka, to tym bardziej nie można delegować do prokreacji kogoś innego. Albo gdyby zaprosił pan żonę na kolację, to chciałby pan, żeby byli tam też wasi znajomi? Nie, bo tu chodzi o pana osobistą relację z żoną. Myślę, że takie spojrzenie powinno przekonać ludzi do sprzeciwu wobec in vitro, nawet gdyby nie oznaczało ono niszczenia ludzkiego życia.

Już słyszę głosy, że to typowo katolickie podejście do in vitro…
– Znam lekarkę, która podziela ten punkt widzenia, a jest buddystką. Piękno naprotechnologii polega na tym, że ona leczy całego człowieka. Ci, którzy przeszli program in vitro, dostrzegają to bardzo szybko i mówią: „Naprotechnologia jest dużo lepsza niż to, czego próbowaliśmy do tej pory.”

Co to jest naprotechnologia?
To metoda leczenia niepłodności i całościowej troski o zdrowie kobiety. Jej twórcą jest amerykański ginekolog i chirurg prof. Thomas W. Hilgers z Omaha. Jego metoda opiera się na bardzo dokładnej obserwacji cyklu kobiety (model Creightona) – dokładniejszej niż to jest w przypadku znanych dobrze metod naturalnego planowania rodziny. Do tego dochodzi nowoczesna diagnostyka, leczenie farmakologiczne, a także chirurgiczne, które wykorzystuje laparoskopię bliskiego kontaktu i metody, zapobiegające powstawaniu zrostów. Naprotechnologia nie jest kontrowersyjna moralnie. Nie stosuje się w niej zapłodnienia in vitro. W Polsce działa już kilka poradni naprotechnologicznych, m.in. w Lublinie i w Białymstoku. Człowiek ma prawo, by być poczętym z miłości, a nie wyprodukowanym w laboratorium, klasyfikowanym i selekcjonowanym.