Nie stawiajcie krzyżyka na Rosjanach

rozmowa z Siergiejem Adamowiczem Kowaliowem

|

GN 45/2009

dodane 09.11.2009 10:16

Z Siergiejem Adamowiczem Kowaliowem o wolności w łagrze, Armii Czerwonej i niepodawaniu ręki rozmawia Barbara Gruszka-Zych

Nie stawiajcie krzyżyka na Rosjanach fot. Henryk Przondziono

Siergiej Kowaliow - wiceprezes Stowarzyszenia „Memoriał”. Członek Grupy Inicjatywnej dla Obrony Praw Człowieka w ZSRR, a także radzieckiego oddziału Amnesty International. Aresztowany w 1974 i skazany za „agitację antysowiecką” na 7 lat łagru o zaostrzonym reżimie i trzy lata zsyłki. Współtworzył Deklarację Praw Człowieka i Obywatela. Przeciwstawiał się zaangażowaniu militarnemu Rosji w Czeczenii.

Barbara Gruszka-Zych: Przez 10 lat siedział Pan w sowieckich łagrach. Dało się tam żyć?
Siergiej Kowaliow: – Obóz to obóz, siedzisz w jednym pokoju i nie możesz wyjść. Prawo dzieliło sowieckich aresztowanych na kryminalistów i zbrodniarzy o wadze państwowej. Należeliśmy do tej drugiej grupy i siedzieliśmy razem. Świat pozostały za drutem kolczastym nazywaliśmy dużym obozem. Wewnątrz niego był nasz mały obóz, elita wolnych ludzi w zniewolonym kraju. Nuciliśmy czasem piosenkę rosyjskiego barda Julija Kima: „Żyjemy jak w obłokach, jest łaźnia i wychodek, a cały świat niech siedzi za drutem kolczastym”.

Co pozwalało Panu przetrwać te lata?
– Wewnętrzna wolność. Trafiłem do obozu, walcząc o prawo do szacunku do siebie, do człowieka w ogóle. Chciałem być wolnym w zniewolonym kraju, a było to możliwe tylko wtedy, kiedy sam czułem się wewnętrznie niezależny.

Co to jest wolność?
– To nie tylko kwestia swobody poruszania się, że jadę, gdzie chcę, i spotykam, kogo chcę. Sami znacie różne zakresy ograniczania tej wolności. Na przykład w Polsce można było jechać z Warszawy do Krakowa, ale już nie z Warszawy do Nowego Jorku. Można było w domu czytać wiersze Miłosza, ale nie dało się ich znaleźć w gazecie. Jak można być wolnym w obozie? To proste. W obozie nie musiałem zwracać uwagi na to, kto mnie usłyszy i na mnie doniesie. Każdemu mogłem mówić to, co myślę. Choć za tę obozową wolność też trzeba było czasem płacić, na przykład siedząc w karcerze.

Ile razy?
– Wiele... Jednak żyjąc w Moskwie, stale musiałem się kontrolować, żeby nie powiedzieć czegoś nieodpowiedniego w obecności osób trzecich. Do obozu trafiłem z powodu „Kroniki Wydarzeń Bieżących”, którą wydawaliśmy nielegalnie. Spotykaliśmy się konspiracyjnie w mieszkaniach przyjaciół, którzy gdzieś wyjechali, i tam pisaliśmy i redagowaliśmy teksty. Zachowywaliśmy wszystkie środki ostrożności, żeby sąsiedzi nas nie usłyszeli – światło było zgaszone, okna zasłonięte, nawet w toalecie nie używaliśmy spłuczki, ale laliśmy wodę z wiadra.

Niedawno właśnie za działania na rzecz wolności myśli stowarzyszenie „Memoriał”, w którym Pan działa, otrzymało nagrodę im. Andrieja Sacharowa. Gratuluję.
– To nagroda dla wszystkich, którzy je w 1989 stworzyli – Jurija Samodurowa, Arsienija Rogińskiego, Lwa Ponomariowa, Wiaczesława Igrunowa i oczywiście Andrieja Sacharowa. W odróżnieniu od naszych profesorów piszących o historii, „Memoriał” nigdy nie kłamie. Nie tylko profesjonalnie zajmujemy się dokumentacją stalinowskiego terroru i działaniami na rzecz obrony praw człowieka, ale też monitorujemy miejsca, gdzie się je łamie. Sam podczas misji „Memoriału” w Czeczenii byłem zakładnikiem Basajewa podczas jego akcji terrorystycznej. Udało nam się wtedy uratować ponad 1000 zakładników.

Kiedy w Rosji pojawiły się pierwsze sygnały, że jakiekolwiek reformy są możliwe?
– Już Chruszczow miał pewne plany reform, potem wrócił do nich premier Kosygin. W tych wczesnych propozycjach nie było mowy o transformacji politycznej, ale wyłącznie o zmianach ekonomicznych. Jednak nikt nie wierzył w ich powodzenie. W końcu marca 1985 r., kiedy Gorbaczow objął władzę, elity intelektualne z niedowierzaniem przyjęły jego plany. W tym czasie przebywałem na zesłaniu administracyjnym w Kalininie, dzisiejszym Twerze. Znalazłem się tam po łagrze w obwodzie permskim, a potem na Kołymie. Pracowałem jako stróż nocny. Nie mogłem wrócić do Moskwy, gdzie mieszkała moja rodzina. W tym czasie mój syn siedział w obozie tam gdzie ja, a jego żona w Mordowii.

Zamknięto całą Pana rodzinę?
– Nie, moja żona i córki nie siedziały (śmiech). W Twerze przyjaźniłem się z Wiaczesławem Bachminem, którego, tak samo jak mnie, pilnowało KGB. Też wrócił z obozu i przyjechał tu do swoich krewnych. Choć nie pił, podstawili mu jakiegoś pijaczka, a podczas libacji nagle przyjechała milicja, zabrała Bachmina i oskarżyła go, że ukradł tamtemu pijakowi… czapkę. Skazali go za to na trzy lata i osadzili w więzieniu, gdzie miał czekać na wysyłkę do obozu karnego. Przypomniałem to życie w Twerze, żeby pokazać, że nie było przesłanek, że coś się zmieni. A jednak coś zaczęło się dziać. Pojawiły się trzy jaskółki zwiastujące przemiany. Po pierwsze wspomniany przeze mnie Bachmin już miał jechać do obozu, ale jego sprawa ponownie wróciła na wokandę i dawny wyrok zamieniono na 12 miesięcy robót publicznych w Twerze, z koniecznością odprowadzania na rzecz państwa 20 proc. zarobków. Po drugie w kinach pojawiła się „Pokuta” Tengiza Abuładze. Po trzecie w grudniu 1986 r. usłyszałem w zagranicznej rozgłośni, że Gorbaczow zadzwonił do Sacharowa. Andriej przebywał wtedy w areszcie domowym w miejscowości Gorki. Po raz pierwszy od lat dali mu telefon i po rozmowie z Gorbaczowem zadzwonił właśnie do mnie. Z początkiem 1987 r. zaczęli wypuszczać więźniów politycznych. W tych okolicznościach łatwiej było założyć „Memoriał”.

Właśnie „Memoriał” zajmuje się sprawą polskich oficerów pomordowanych w Katyniu.
– Mówi się o tym, żeby ofiary katyńskie zostały prawnie zrehabilitowane, aby powstały możliwości dochodzenia zadośćuczynienia. To nie jest jednak istota sprawy. Ważne, żeby wrócić do początków i publicznie powiedzieć, że podczas procesu w Norymberdze jeden ludożerca osądził drugiego ludożercę. I to za co? Za kanibalizm… W Norymberdze padły słowa, że Niemcy są winni zbrodni na polskich oficerach. Kat żądał kary dla innego kata za własną zbrodnię. Wiem, że zwycięstwo Sowietów i wielka ilość ofiar zmusiły aliantów do akceptacji takiego zachowania.

Polityka uprawiana w sposób tradycyjny nie pozwalała wykreślić Związku Sowieckiego ze składu sędziowskiego. A przecież sowiecka strategia wojskowa była perfidna. Polegała na tym, żeby wyzwalane narody zalać własną krwią i zasypać ciałami własnych obywateli. Wszyscy nasi generałowie wystawiali mięso armatnie na ubój. Czy jest gdzieś na świecie kraj, gdzie w wojsku istniałyby jednostki osłonowe, przygotowane, żeby strzelać do swoich żołnierzy na wypadek gdyby chcieli zdezerterować? A podczas II wojny taka była powszechna praktyka w Armii Czerwonej. Oprócz tego istniały specjalne jednostki „Smiersz” z niebywałymi uprawnieniami do rozstrzeliwania żołnierzy bez zbędnych formalności i tzw. oddziały „zbierania łupów”, zajmujące się rabowaniem na froncie z przydziału.

Ludzie starają się o tym nie pamiętać.
– Jeśli odetniemy się od nieprzyjemnych wspomnień, to będziemy mieć świat, jaki mamy. Mam żal, że reprezentanci waszego państwa odwiedzają i ściskają ręce naszym władzom, tak jakby wybrano je w wolnych wyborach. Jakby się pani czuła, podchodząc do złodzieja i składając mu gratulacje, że tak ją uszczęśliwił? Powszechna na świecie tzw. polityka realna sprowadza się do tego, żeby udawać, że złodziej nie jest złodziejem, a kat katem, i wchodzić z nim w dobre relacje. Można powiedzieć, że polityczna poprawność to mniej więcej to samo co suwerenna demokracja. U nas ten termin wymyślił polityczny ideolog Kremla – Władysław Surkow. A przecież słowo „demokracja” nie znosi epitetów. Jeśli jakieś się pojawiają, to nie ma to nic wspólnego z demokracją.

Uważa Pan, że powinniśmy wywierać presję na naszych polityków?
– Trzeba im powiedzieć wprost, że albo będą zachowywać się jak porządni ludzie, albo ich nie wybierzecie. Przecież nie przez przypadek właśnie w Polsce powstała „Solidarność”, a kilka lat później podczas obrad Okrągłego Stołu powiedzieliście komunistom prawdę. To nie takie straszne powiedzieć politykom „nie kłamcie”. Dlaczego Polska nadal boi się Rosji?

Z powodu przeszłości, a z drugiej strony ostre stawianie sprawy może wywołać konflikt. Lepiej zbliżać się do wyjaśnienia prawdy, opierając się na przebaczeniu…
– Myślę, że boicie się Rosji, bo nie ufacie zachodnim sojusznikom. Jeżeli nie wierzycie sobie, to dlaczego jesteście razem? Jaka jest ta wspólna Europa?

Gdyby ludzie nie bali się mówić prawdy, świat wyglądałby inaczej?
– Tak, ja zawsze mówię prawdę. Nie mogę powiedzieć, że moja prawda zmieniła cały świat, ale wygląda on troszkę lepiej.

Kiedy w Rosji zacznie się coś poważnie zmieniać?
– Katolicy mówią, że grzechem jest rezygnacja, dlatego wierzę w zmiany. Mój przyjaciel Andriej Sacharow w starym parlamencie założył Międzyregionalną Grupę Polityczną nakłaniającą do powszechnego strajku. I właśnie w takim pierwszym ogólnorosyjskim strajku widzę początek większych zmian. Wasza „Solidarność” została poważną siłą polityczną, kiedy do żądań ekonomicznych dopisała polityczne. Potrzebny nam jest taki rosyjski KOR.

Ważne, żeby nie stawiać krzyżyka na Rosjanach. Na całym świecie ludzie są jednakowi. Wszędzie mogą nastąpić nieoczekiwane zmiany układu politycznego i sytuacji. Przykładem tego mogą być Stany Zjednoczone. Barack Obama w latach 60. musiałby jeździć w autobusie na specjalnych miejscach, a dziś jest prezydentem. To sukces Ameryki, ale Nagroda Nobla dla prezydenta to jej wielka hańba. Gdyby prezydent Obama jej nie przyjął i powiedział, co o tym myśli, zyskałby w oczach świata. I tak znów wracamy do celowości mówienia prawdy. Prawdziwie życzę Panu, żeby w Rosji każdy, niezależnie od okoliczności, mógł wypowiadać swoją prawdę.

Tagi: