Czekam, więc jestem

Jacek Dziedzina

|

GN 51/2008

publikacja 19.12.2008 01:18

O oczekiwaniu, kawie w hospicjum i jednym bucie Rembrandta z dr. Jackiem Kurkiem rozmawia Jacek Dziedzina

Jacek Kurek - doktor historii, nauczyciel akademicki Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, znawca muzyki i malarstwa, współorganizator sesji naukowych z dziejów Śląska, redaktor serii „Medium Mundi” (m.in. „Z tęsknoty za mistrzem”, „Miasto i czas”, „Śląsk – kamień drogocenny”), prowadzi audycję autorską „Noc nie bez końca” w Radiu eM 107,6 FM (niedziela 21.30)

Jacek Dziedzina: Rok 2001, podziemia kościoła pijarów w Krakowie, wieczorek z malarstwem. Grupie zastygłych słuchaczy pokazuje Pan obraz Claude’a Lorraina „Port” i mówi, że to najpiękniejsze w sztuce studium oczekiwania. To wyjątkowo bliski Panu temat.
Jacek Kurek: – Przypomniał mi pan obraz, którego nie pokazywałem od lat. Właściwie nie wiadomo, czy okręt przypływa, czy odpływa, a my nie wiemy, czy ludzie na brzegu żegnają czy raczej wypatrują, oczekują. Dziś już nie pamiętam, czy wtedy przeżywałem jakieś szczególne oczekiwanie. Myślę, że ono nieustannie nam towarzyszy.

Czekam, więc jestem...
– Dokładnie: żyję, bo czekam. Ale czekanie ma sens wyłącznie z nadzieją. Nie ma czekania bez nadziei. Bez nadziei jest tylko droga ku otchłani. Jesteśmy świeżo po reportażu w telewizji Sky, pokazującym śmierć eutanazyjną pewnego człowieka. To jest bardzo dobry przykład na to, co to znaczy nie mieć nadziei. Nie ma czekania. Nie ma siły do czekania. Nie widziałem tego filmu, ale to może dobrze, że się pojawił, bo jestem głęboko przekonany, że on wstrząśnie ludźmi. Pokaże, nawet zwolennikom eutanazji, że nie mamy tu do czynienia z żadną eutanazją, ponieważ człowiek, który podnosi do ust szklankę z trucizną, jest samobójcą. I do tego jeszcze oświetlanym kamerą. To jest śmierć, w której bliska osoba mówi: „bezpiecznej podróży”, jak widziałem w zapowiedziach. Cóż mogą w tym strasznym kontekście znaczyć te słowa? Wszystkich poruszyło doświadczenie Janusza Świtaja z Jastrzębia. Ten chłopak, kiedy powiedział, że chce umrzeć, został otoczony mnóstwem ludzi, którzy walczyli o jego życie. Dostał setki listów. Odwiedziło go wiele osób. Pojawiła się nadzieja. Zapragnął żyć. Czekać można tylko wtedy, gdy mamy nadzieję.

Właściwie całe życie spędzamy na czekaniu na coś lub kogoś. Czy to nie jest męczące na dłuższą metę? Budzę się rano i wiem o dziesiątkach spraw, które mnie czekają, których nie skończę dzisiaj, więc czekają mnie także jutro i za tydzień... Życie ciągle wybiega do przodu.
– To jest męczące, kiedy zaczyna brakować sił. Nie fizycznych, tylko gdy brakuje wiary, że w końcu przyjdą te wakacje. Albo że w końcu napiszę tę książkę. O, tu już wisi kalendarz na 2009 rok. Musi wisieć, bo ja się już na styczeń, luty, marzec umawiam, szukam swojej przestrzeni już na kolejny rok. Więc ja zakładam, że ten rok przyjdzie. Czekanie bez nadziei to jest po prostu rozpacz. Przyjście Chrystusa to jest nadzieja. Nie czekamy na Armagedon, który wszystko zmiecie, tylko czekamy na zmianę, która sprawi, że będziemy w domu.

Część pierwszych chrześcijan tak przejęła się oczekiwaniem na powrót Pana, że uznała, iż nie warto zajmować się niczym innym w życiu. Taką postawę napiętnował św. Paweł. Wzywał do czuwania. To już nie to samo co zwykłe oczekiwanie?
– Czekanie zakłada, że mamy już wyznaczony czas. Jestem na przykład umówiony z ks. Isakowiczem-Zaleskim konkretnie na 20 grudnia w Radwanowicach. Na godzinę 10. Więc ja nie czuwam w tym wypadku, ja czekam. Przygotowuję się do tego spotkania, tak jak pan i ja przygotowaliśmy się do naszej dzisiejszej rozmowy. Natomiast czuwam wtedy, kiedy nie znam daty. Mamy fantastyczny przewodnik po czuwaniu w czasie kolędy. Teoretycznie wiemy, że ksiądz zacznie od góry lub dołu, ale generalnie rzecz biorąc nie wiemy, o której on przyjdzie. I od pierwszej po południu jesteśmy przygotowani. To jest czuwanie. Ono jest w części czekaniem. Te dwa pojęcia mają dużą część wspólną. Natomiast podstawowa różnica polega właśnie na tym, że czuwanie nie zna daty. Czuwanie jest bardziej czasem napięcia. Jest czasem niezbadanym. Czuwając, odczuwamy podobną ekscytację, jak czekając, ale czekając, więcej wiemy.

Niektórzy twierdzą jednak, że oczekiwanie to bezczynność. Dopiero poszukiwanie jest pełnym życia chodzeniem po ziemi.
– Czekanie może się kojarzyć z biernością. Ale to w moim odczuciu jest fałszywa definicja. Czekać nie można biernie. Bierne czekanie oznacza rozpacz. Jeżeli ktoś w obozie koncentracyjnym nie ma nadziei na przeżycie, to już tylko biernie czeka na śmierć. Czekanie w nadziei nigdy nie jest bierne. Malujemy mieszkanie, sprzątamy, nakrywamy stół, szykujemy prezent. To wszystko robi się z miłości. Czy przyjdzie Chrystus, czy ukochana, czy przyjaciel – to są zawsze sytuacje, które powodują w nas pragnienie przygotowania się. Jakże pięknie pisał o tym w „Małym Księciu” Saint-Exupéry. Człowiek oczekujący nie przestaje szukać. Ale jednocześnie ten człowiek oczekujący już znalazł. Czeka na coś, o czym wie, że tego pragnie. Bywa, że nie wiemy, na co czekamy, czekamy na niespodziankę. Ale jednak w przypadku poszukiwania uprzedzamy czekanie albo też wywołujemy je. Poszukując, mamy nadzieję, że znajdziemy. Więc w tym sensie to też jest oczekiwanie. Ono siłą rzeczy wymaga aktywności. Ale jeżeli ja szukam, to znaczy, że chcę znaleźć. Więc czekam na znalezienie.

Oczekiwanie jest wyrazem tęsknoty?
– Myślę, że dotknął pan istoty sprawy. Dla mnie kluczowym słowem wyrażającym doświadczenie oczekiwań, a nawet czuwań, jest tęsknota. Po co czuwać, jeżeli nie tęsknię. Tęsknię za Jego przyjściem. Tęsknię, by mnie zastał w dobrym momencie. Tęsknię, żeby już był. Czuwanie i oczekiwanie rodzi się z tęsknoty. Ale z tęsknoty rodzi się też poszukiwanie. Nieustannie szukamy spełnienia, prawdy. Z tęsknoty i poszukujemy, i oczekujemy. Ten obraz Lorraina, który, jak się okazuje, zrodził naszą rozmowę przed kilku laty, budził we mnie takie uczucia. Stoją ludzie na brzegu i patrzą na okręt, o którym widz nie wie, czy przypływa, czy odpływa. Tak czy siak jest to tęsknota. Tęsknota za kimś, kogo się żegna i on już być może nigdy nie powróci, i tęsknota za kimś, na kogo czekamy. Może to być nawet ktoś nieznany nam z imienia. Ja mam zajęcia ze studentami, w których oczach widzę tęsknotę za miłością, tęsknotę za tym, by spotkać kogoś, za kim mogliby pójść. Widzę ją zarówno w wymiarze ludzkim, jak i czysto eschatologicznym. Oni tęsknią także dlatego, że są samotni. I z tej tęsknoty człowiek wychodzi na brzeg morza.

I zaczyna planować...
– No tak, ja żyję nadzieją na to, że będę mógł dotknąć spraw, za którymi tęsknię. Więc planuję. Ale natychmiast mówię sobie, że to się wcale nie musi zdarzyć. Może Pan Bóg nie chce. Dlatego nigdy nie myślę o swojej emeryturze. Po prostu nie zbieram pieniędzy na starość. Ludzi w średnim wieku zabija lęk przed tym, co będzie za 20 lat. Owszem, to myślenie musi być twórcze. Natomiast to zapewnianie sobie „pogodnej starości” wynika ze złudzenia, że pieniądze dadzą mi poczucie bezpieczeństwa. Oczywiście nie mogę się od tego uwolnić. Ale pieniądze ani mnie nie uchronią od lęku przed rozpaczą, ani przed śmiercią, ani nie sprawią, że nie zachoruję w pewnym momencie. W tym nie ma nic złego, to jest odruch ludzi, ale jednak dotkniętych jakimś rodzajem zwątpienia.

Ostatnio czytałem list człowieka, który oczekiwanie rozumie jako bezradność i samotność. Trochę inaczej niż nasze górnolotne wizje.
– Niedawno mieliśmy sesję „W przestrzeni dotyku”. Jednym z bohaterów tego przedsięwzięcia jest Alek, chłopak z nowotworem, od marca przebywający w śpiączce. Zrobiliśmy mu zdjęcia. One są poruszające. Wszystkie nazywają się rozmowami. Jego mama i znajomi rozmawiają z nim tylko przez dotyk. Gdy ja przez godzinę rozmawiałem z mamą Alka, on cały czas był trzymany przez nią za rękę. Czasem miał jakiś grymas na twarzy, czasem stęknął, przewrócił się na drugi bok, ale to wszystko było w śpiączce. Pani Barbara Kopczyńska, szefowa tego hospicjum w Chorzowie Batorym, w którym on leży, mówi, że on nie słyszy i nie widzi. Być może słyszy dźwięk, ale nie rozumie treści rozmowy. Jego matka powiedziała mi, że on jest bardzo szczęśliwy, że u niego byliśmy. Moja żona jest wolontariuszem w tym hospicjum. Mówi do mnie: Wiesz, Alek zaczął rzucać kasztany. Proszę sobie wyobrazić: był październik, Alek od marca jest w śpiączce, właściwie wydawałoby się, że nic, tylko czekać na śmierć. Tymczasem, kiedy dano mu do ręki kasztan, on go regularnie wypuszczał, jakby się bawił. Kilka tygodni temu pani Kopczyńska mówi mi: Alek już siada, myjemy go na siedząco. Uświadomiłem sobie, że nie czekamy na jego śmierć. W ogóle nie ma o tym mowy. Wie pan, ja się bałem hospicjum. Pani Kopczyńska gdy mnie pierwszy raz zapraszała, mówiła: Niech pan przyjdzie na kawę. Pomyślałem sobie, że chyba żartuje – kawę będę pił, a tam ludzie umierają. Dopiero kiedy wszedłem do miejsca, w którym jest tak normalnie, zwyczajnie, w którym pije się kawę, je czekoladki i śmieje się, zrozumiałem, że tam nikt nie czeka na śmierć! Dlaczego? No bo tam jest światło. Nadzieja. Tam się żyje i umiera. To do mnie dotarło. Ja o ósmej rano idę tam na Mszę z ludźmi, których za tydzień być może już nie będzie. Ale nigdy jeszcze, kiedy tam byłem, nie dotknęło mnie przygnębienie. Chociaż słyszę też, jak oni płaczą. Ale tam się nie czeka na śmierć. Czasem mówi się, że hospicjum to taka poczekalnia. Nie, tam się nie mówi o umieraniu. Tam się wyłącznie odchodzi. Wszyscy robią swoje. Obcinają im paznokcie, myją im włosy, rozmawiają, chodzą na spacer. To jest postawa oczekiwania, w której nie widzę bierności.

Niektórzy jednak nie tyle oczekują, co próbują przeczekać pewien etap życia. Bywa, że to choroba studentów.
– Moi studenci mają piętnaście wykładów takich, jak pan miał wtedy u pijarów. To jest potężna dawka emocji. Omawiałem kiedyś obraz, na którym starzec żegna się przed śmiercią. Pokazałem to w dniu, w którym umarła babcia jednej ze studentek, o czym nie wiedziałem. Dowiaduję się o tym pół roku później,
bo na zaliczenie przychodzi studentka i mówi: Znienawidziłam pana na pierwszych zajęciach (na szczęście nie mówiła tego dosłownie). I tak zaczyna się nasza rozmowa. Oni się ujawniają, odkrywają. Dla mnie studenci to są ludzie poszukujący i oczekujący. Jeżeli obudzi się w nich wiarę, że jest na co czekać i jest czego szukać, owocuje to ich niebywałą aktywnością. Moi studenci wydali w tym roku drugi tom swoich prac. Pomimo że nie ma pieniędzy, nie ma warunków, oni zamiast się nad tym rozczulać, zebrali się, założyli sekcję koła naukowego w Rybniku, potem stowarzyszenie i ciągle szukają. To się zrodziło w ich głowie, z ich pragnienia. Oni pragną szukać i pragną czekać, pragną mieć sens.

Pan też prowadzi bardzo aktywne życie. Ale nie zdarza się Panu, że chciałby wejść do poczekalni i przeczekać, wyłączyć się?
– Nie. Jeżeli przychodzi jakaś ciemna chwila, to wolałbym zasnąć. Ja nie lubię poczekalni. Najchętniej bym gdzieś wyszedł. Łatwiej jest z dworcami kolejowymi, bo można wyjść do miast, natomiast gorzej z lotniskami, bo jesteśmy jakby w klatce. To jest miejsce napięcia, wzrasta we mnie lęk. Poczekalnia, czy to jest u lekarza, kiedy siedzą koło ciebie ludzie chorzy i opowiadają o swoich chorobach, czy to właśnie jest ta chwila przed wejściem do samolotu, sprawia, że napięcie rośnie. Tak jak w obrazie „Powrót syna marnotrawnego” Rembrandta. Ten klęczący przed ojcem, ogolony, poszarpany człowiek ma jeden but zdjęty, a jeden na nodze. Co to znaczy? Wyobraźmy sobie, że przychodzę do kogoś bliskiego i ściągam jeden but, drugi mam na nodze. Wtedy wykonuję taką dziwną figurę, skacząc na nodze, bo albo wkładam but, albo próbuję utrzymać równowagę. Dlatego Rembrandt tak to namalował. To jest ten moment, że do środka wejść nie możesz, no bo w jednym bucie to bez sensu. I nie możesz już też wyjść na zewnątrz, no bo... w jednym bucie to też bez sensu. Musisz albo zdjąć jeden but i wejść, albo ubrać drugi i wyjść. To nie może trwać długo. To nas spotyka – bycie na granicy. I to wymaga podjęcia decyzji. Może dlatego przebywanie w poczekalni jest trudne do wytrzymania. Albo chcesz już wyjść, albo chcesz wreszcie wejść. Obojętnie, czy to jest sala sądowa, czy to jest gabinet lekarski – nie możesz tam długo wytrzymać. Dlatego człowiek musi przekroczyć tę granicę. Poszukiwanie musi zaowocować przekroczeniem progu nadziei. Co to znaczy, że znalazłem? To znaczy, że przekroczyłem próg nadziei.