Szkoła to nie wojsko

rozmowa z kardynałem Zenonem Grocholewskim

|

GN 48/2006

dodane 22.11.2006 13:09

O przyjaznych szkołach katolickich, wymagającej miłości i niezastąpionych rodzicach z kardynałem Zenonem Grocholewskim rozmawia Szymon Babuchowski

Szkoła to nie wojsko Henryk Przondziono

Kardynał Zenon Grocholewski prefekt Kongregacji ds. Wychowania Katolickiego, wielki kanclerz Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego, wybitny znawca prawa kanonicznego

Szymon Babuchowski: Księże Kardynale, co to właściwie znaczy „szkoła katolicka”?

Kardynał Zenon Grocholewski: – Trzeba powiedzieć bardzo wyraźnie, że nie wystarczy, by była to szkoła prowadzona przez katolików lub szkoła, w której pracują katolicy. To ma być szkoła, która jest uformowana według mentalności katolickiej i chce przekazywać wartości katolickie, wychowywać całościowo człowieka w duchu tych wartości. Chodzi o to, by młodzieży przekazać nie tylko wiedzę, ale także pewną postawę.

A zatem uczniowie nie muszą być katolikami?
– Do wielu szkół katolickich chodzą także niekatolicy, z tym, że to nie może naruszyć tożsamości szkoły. Niekatoliccy rodzice, decydując się na wysłanie dziecka do szkoły katolickiej, muszą zdawać sobie sprawę, jakie wartości są tam przekazywane. Będąc na Tajwanie, odwiedziłem uniwersytet buddyjski o bardzo wysokim poziomie nauczania. Interesowało mnie, co uniwersytet robi dla buddyzmu. Pani rektor odpowiedziała, że wszyscy studenci, niezależnie od religii i tego, co studiują, są zobowiązani do 2 godzin zajęć z buddyzmu tygodniowo. To jest bardzo dużo. Ale wydaje mi się, że to jest uczciwe. Oni mówią: „my jesteśmy buddystami, to jest wartość dla nas i chcemy się nią dzielić z innymi”. Nikt nie jest zmuszony do tego, żeby stać się buddystą. Tak samo jeśli ktoś zgłasza się do szkoły katolickiej, nie musi być katolikiem, ale musi być świadomy, jaki jest profil szkoły.

Czy szkoły katolickie na świecie są zorganizowane w jakąś strukturę?
– Jedna z sekcji Kongregacji ds. Wychowania Katolickiego, której jestem prefektem, zajmuje się problemem szkół katolickich. Jesteśmy zorientowani w legislacjach różnych krajów – o tym informują nas nuncjusze. Istnieje bardzo dużo organizacji międzynarodowych szkolnictwa katolickiego, takich jak np. Biuro Katolickiej Edukacji Międzynarodowej (OIEC). Mamy też kontakty z licznymi organizacjami rządowymi. Szkół katolickich na świecie jest ok. 200 tysięcy. Uczęszcza do nich ok. 45 milionów dzieci. Odwiedzając różne kraje, spotykam się z dyrektorami tych szkół. W tym roku byłem np. w Tajlandii. Proszę sobie wyobrazić, że tam wszystkich katolików jest niecałe 300 tysięcy, czyli 0,5 proc. społeczeństwa. Natomiast do szkół katolickich uczęszcza 465 tysięcy dzieci!

To chyba świadczy o dużym prestiżu tych szkół.
– Tak. Nie spotykamy się z żadną wrogością, wręcz przeciwnie. W jednej z tajlandzkich publikacji rządowych znalazłem zaledwie pół strony na temat Kościoła katolickiego, ale w tej notce była mowa o tym, że Kościół ma najlepsze szkoły i najlepsze szpitale. Na Tajwanie – podobnie – prezydent dziękował mi za szkoły katolickie. A byłem tam zaproszony przez rząd, w którym nie ma ani jednego katolika! W Rumunii katolików jest 7 proc., prawosławnych 85 proc., ale my mamy więcej szkół niż prawosławni.
Oczywiście są też kraje, w których szkoła katolicka nie może mówić o Chrystusie. W krajach północnej Afryki te szkoły są poważane, cenione, ale „nawracać” nie wolno, bo religia muzułmańska na to nie pozwala. Ktoś może zapytać, czy wtedy ma sens szkoła katolicka. My uważamy, że ma sens. W końcu uczniowie wiedzą, że jest to szkoła prowadzona przez katolików, nawiązują się sympatie, przyjaźnie, rodzi się okazja do dyskusji w życzliwej atmosferze. Nigdy nie słyszałem, żeby którykolwiek z ambasadorów krytykował szkołę katolicką, natomiast bardzo często słyszę duże pochwały. To nie znaczy, że jesteśmy w euforii, bo widzimy też problemy. W Belgii, gdzie szkoły katolickie są opłacane przez państwo, uczęszcza do nich ok. 60 proc. dzieci. Można by więc tam spodziewać się jakiegoś wielkiego rozkwitu wiary, a tego nie ma. Są to zapewne dobre szkoły, ale… mało katolickie.

W jakich częściach świata szkoły katolickie najlepiej się rozwijają, a gdzie napotykają największe problemy?
– Świetnie rozwijają się w Ameryce Łacińskiej, Afryce i Azji. W Ameryce Północnej było ich bardzo dużo, ale, niestety, teraz wiele szkół jest zamykanych ze względów finansowych. Okazuje się, że w Stanach Zjednoczonych nie ma pełnej wolności. Nauczyciele muszą być opłacani przez rodziców, przez co ich pensje są niższe i szkoły upadają. Ale powstają też nowe.

Bardzo nas cieszy rozwój szkół katolickich w krajach postkomunistycznych: w Polsce, na Słowacji, Węgrzech, w Rumunii. Z kolei na terenach misyjnych szkoły stają się napędem rozwoju. Tu też jednak napotykamy problemy: swego czasu w jednym z afrykańskich krajów szkoły katolickie nam „skonfiskowano”. Przejęło je państwo, ale po kilku latach zwróciło się z powrotem do Kościoła z prośbą o ich prowadzenie.

W Europie we wszystkich krajach szkoły są w jakimś stopniu opłacane przez państwo, z wyjątkiem Włoch i Grecji. To duże utrudnienie dla szkół w tych dwóch państwach. W wyniku tego pojawiają się oskarżenia, że są to placówki tylko dla bogatych, ale przecież z czegoś te koszty trzeba pokryć. Oczywiście szkoły katolickie przyjmują też biednych, jednak liczba miejsc dla nich czy możliwości przyznania stypendiów są ograniczone.

Czy można zaobserwować jakiś wyraźny wpływ szkół katolickich na życie społeczne w poszczególnych krajach? Czy absolwenci tych szkół uczestniczą w rządzeniu państwem, tworzą elitę intelektualną?
– Bardzo mocną. Organizacje zrzeszające eks-uczniów szkół katolickich działają bardzo prężnie. Uczestniczyłem we Włoszech w światowym kongresie takiej organizacji, w którym wzięli udział m.in. przedstawiciele UNESCO, osoby, które broniły szkół katolickich w Parlamencie Europejskim – ludzie o wielkiej kulturze. W zeszłym roku byłem z kolei w Libanie na zjeździe OMAEC – to jest taka unia tych organizacji istniejących w różnych krajach. Bardzo często ich członkowie, działając w lokalnych władzach, wspomagają te szkoły.

Co szkoły katolickie mają do zaoferowania w dziedzinie wychowania?
– Wychowanie musi być integralne, obejmować całą osobę. W naszych dokumentach mówimy o czterech elementach. Najpierw chodzi po prostu o wychowanie człowieka – żeby uczeń stał się kimś, na kogo można liczyć, był uczciwy, szlachetny, zdolny do poświęcenia. Drugim elementem jest wychowanie duchowe. Żeby człowiek był w pełni człowiekiem, musi być w kontakcie z Bogiem. I naszym zadaniem jest pomóc wychowankowi wejść w ten kontakt, żeby z tego Źródła mógł czerpać siłę. Trzeci element to przekazywanie wiedzy, przy czym ważne jest, by jednocześnie młody człowiek uczył się myśleć, wybierać w sposób wolny wartości. Dopiero czwartym elementem jest przygotowanie do zawodu. Dzisiaj, niestety, mamy w świecie do czynienia z taką tendencją, że ten element przesłania wszystkie inne. A przecież sama wiedza, pozbawiona pierwiastka duchowego, może zostać użyta także do złych celów – wojen, aktów terroryzmu. Nam zależy na tym, by wychować człowieka, który wykorzysta tę wiedzę dla dobra narodu, Kościoła, ludzkości.

Ale jak wprowadzać do wychowania te elementy duchowe, religijne, by nie stały się one częścią budzącego zniechęcenie „przymusu szkolnego”? Czy nie ma tutaj niebezpieczeństwa, że w sprawy wiary wkradnie się jakiś formalizm?
– Byłoby bardzo źle, gdyby tak się stało. Dlatego w dokumentach Kongregacji bardzo mocno zwracamy uwagę na atmosferę w szkole. To nie ma być wojsko, gdzie robi się coś na rozkaz. Uczeń powinien widzieć w nauczycielu przyjaciela, który chce dla niego dobra. Ideał nauczyciela to człowiek, który dostrzega w swoim zawodzie powołanie.

A co z dyscypliną, o której tyle ostatnio mówi się w Polsce? Jak postrzega się jej rolę w szkolnictwie katolickim?
– Oczywiście, że musi być pewna dyscyplina. W naszych szkołach jest ona nawet większa niż w szkołach państwowych. Ale to nie powinno być coś narzuconego wyłącznie z zewnątrz, tylko musi się opierać na współpracy z uczniami. Oni muszą wiedzieć, że od nich się wymaga, bo ich się kocha. Święty Jan Bosko mówił, że nie wystarczy kochać uczniów, ale trzeba, żeby oni czuli się przez nas kochanymi.

Kto jest najważniejszym wychowawcą? Szkoła? Rodzice? A może państwo?
– Podstawowe prawo i jednocześnie obowiązek wychowania mają rodzice. Oni mają pierwszeństwo w stosunku do wszystkich innych, także w stosunku do Kościoła, i nie mogą się tego pozbyć. Natomiast udział Kościoła i państwa dokonuje się na zasadzie pomocniczości. Dlatego szkoła powinna angażować rodziców – w katolickich placówkach kładziemy na to bardzo wielki nacisk. Wychowanie traci sens, jeśli w domu dziecko widzi inne wartości niż w szkole. Oczywiście dzisiaj rodzicom trudniej wykonywać swoje obowiązki wobec pociech – często oboje pracują, brakuje im czasu nawet na rozmowę z dziećmi. Jednak szkoła katolicka musi być w stałym kontakcie z rodzicami, prosić także ich o radę czy sugestie. Ważne, by rodzice czuli się odpowiedzialni za wychowanie, wiedzieli, że my jesteśmy pomocą dla nich, by mogli swój obowiązek wypełnić.

Tagi: