Stuhr w Wenecji

rozmawia Barbara Gruszka-Zych

|

GN 38/2005

publikacja 13.09.2005 23:56

O miejscu wiary w filmie z Jerzym Stuhrem, laureatem katolickiej nagrody im. Roberta Bressona przyznanej na tegoroczny Festiwalu Filmowym w Wenecji, rozmawia Barbara Gruszka-Zych

Stuhr w Wenecji Piotr Luszkiewcz/Super Express

Barbara Gruszka-Zych: Nagroda im. Bressona to wyraz wielkiego uznania Włochów dla Pańskiej pracy reżyserskiej. W Polsce jeszcze częściej mówi się o Jerzym Stuhrze – aktorze.
Jerzy Stuhr: – Odczuwam to bardzo podobnie, choć nie narzekam. Najważniejsze, że w Polsce mogę robić filmy, nie mam trudności ze znalezieniem producenta, dystrybutora, nigdy nikt na mnie dużo nie stracił, mam stałą, liczącą około 300 tys. publiczność. Natomiast rzeczywiście istnieje ogromna dysproporcja między postrzeganiem mnie za granicą a w kraju. Za granicą przez ostatnie dziesięć lat, odkąd zacząłem robić filmy, wryłem się w pamięć jako jeden z polskich reżyserów, który zajmuje się w filmie opisem człowieka współczesnego. Ale na tę popularność złożyła się moja katorżnicza praca nie tylko artystyczna, ale i promocyjna. Ile ja się musiałem najeździć po świecie... Na ilu festiwalach musiałem być, ilu wywiadów udzielić, ile przeglądów moich filmów „obsłużyć”. To gigantyczna robota. Zmieniła moje życie, wyrzuciła mnie z teatru...

...ale warto było.
– Oczywiście, to wielkie szczęście, że moimi myślami, bo filmy to moje przemyślenia na temat życia, mogę dzielić się z publicznością na całym świecie. Już 20 lat pracuję za granicą i cieszy mnie, że udało mi się znaleźć język, który dla odbiorców światowych jest zrozumiały. Wielkimi mistrzami w tym względzie byli dla mnie Krzysztof Kieślowski i Tadeusz Kantor.

Adam Zagajewski powiedział mi kiedyś, że świat fascynuje poezja Europy Wschodniej, bo jest w niej coś serio. Czy tym „serio” w filmach, które Pan robi, jest duchowość?
– Wydaje mi się, że uważają mnie za reżysera, który penetruje zakamarki natury ludzkiej, jej kompleksy, słabości, ale zawsze robi to z miłością do człowieka, z nadzieją, że ten może się zmienić, być lepszy.

Nagroda im. Bressona została Panu przyznana za „świadectwo drogi poszukiwania duchowego sensu” w Pana autorskich przecież filmach.
– Wie pani, jaki jest największy trud przy robieniu takich filmów? Nie ma się porównań z innymi dziełami. Jak się robi filmy policyjne, to można je porównać z innymi z tego gatunku. Albo filmy historyczne czy science fiction. W filmie autorskim kryteria tworzysz sobie sam. Dlatego przy pisaniu scenariusza nie kieruję się żadnymi regułami. Choć znam reżysera, nawet się z nim przyjaźnię, który ma podręcznik i mówi, że na przykład pierwszy pocałunek musi być na 30. stronie. Bo tak jest zalecane i cześć. A ja zawsze staję przed białą, niezapisaną kartą. I to jest trudne, to powoduje, że jesteś samotny, niepewny. Ale jeśli ci się uda, że z tym twoim, czasem koślawym, myśleniem dotrzesz do drugiego, a on poczuje się jakoś dotknięty, odnajdzie z tobą więź, to jest twój sukces! Odczuwam satysfakcję, że chodząc po swoich ulicach – w Warszawie czy Krakowie – i opowiadając o nich w filmach, udaje mi się sprawić, że ich problemy są zrozumiałe i ważne dla widzów na całym świecie, nie tylko w Polsce.

A czy nagroda katolicka jakoś nie szufladkuje Pana twórczości?
– W żadnym wypadku. Natomiast zdziwiło mnie, że w uzasadnieniu przyznania nagrody, którą zaakceptowała Papieska Rada do spraw Kultury, pominięto fakt, że w każdym filmie dyskutuję z instytucją Kościoła.A ona, jak powiedział kard. Scola, może mieć też swoje defekty. Przecież z grzechu, ze słabości też się można wiele nauczyć. Uważam, że jako człowiek wierzący mam prawo dyskutować z instytucją mojego Kościoła, natomiast nigdy z religią, z wiarą.

We włoskim dzienniku „La Republicca” recenzentka, omawiając pokazany w Wenecji film Krzysztofa Zanussiego, stwierdziła: „Dla wierzących nie ma miejsca w świecie filmu”.
– To jej opinia, ale my, zajmujący się filmem, przeczuwamy, w którą stronę idzie kino. Aktualnie mam w rękach dwa scenariusze młodych włoskich reżyserów, dotyczące właśnie poszukiwania wiary. Jeden, w którym zagram jedną z głównych ról, opisuje życie chłopców wstępujących do nowicjatu. Jedyną rolą mówioną jest właśnie moja, gram ojca nauczyciela. Ci młodzi zmagają się z wypracowaniem postawy posłuszeństwa wobec przełożonych, walczą z młodą naturą i wreszcie znajdują wiarę, albo jej nie znajdują, i uciekają. Piękny scenariusz... Zdjęcia zaczniemy wiosną przyszłego roku.

Co to znaczy być reżyserem?
– Być reżyserem to wymyślać świat, a aktorem – to go przeżyć.

Powtarza Pan, że Wenecja to Pana miasto magiczne.
– Aż dziwne, ale to się nawet wczoraj potwierdziło. Od dwóch miesięcy ekipa włoskich dokumentalistów kręci duży film o moim życiu. I właśnie wczoraj producent zdecydował, żeby premiera odbyła się właśnie w Wenecji, w marcu przyszłego roku. Będą jej towarzyszyć dwa filmy Krzysztofa Kieślowskiego, w których gram główną rolę. Wenecja to pierwsze miasto, do którego wyjechałem zza żelaznej kurtyny jako stypendysta, student krakowskiej szkoły teatralnej. Tu zaczęła się moja międzynarodowa kariera filmowa – na Festiwalu Weneckim w 1997 r. Tu ciągle powracam, tak jak w 1999 r. z drugim moim filmem. Tu wczoraj dostałem nagrodę. Ta przygoda nigdy się nie kończy. Gdzie bym przypuszczał, że zwiążę się z tym miastem, którego właściwie nie ma, niepowtarzalnym, od początku wymyślonym, tak jak moje filmy...

Co jest dla Pana najważniejsze?
– Utrzymanie tej samej, intensywnej siły kontaktu z ludźmi, bo widzę, że przychodzi mi to coraz trudniej. Trochę tak jak w filmie „Persona non grata” Krzysztofa Zanussiego. Jego bohater dostrzega, że świat rządzi się już innymi prawami. On już nie chce w tym wszystkim uczestniczyć. Ja jeszcze chcę. Nadal próbuję znaleźć sposób na współżycie ze światem i opisanie go.

Jerzy Stuhr
jest jednym z najbardziej wszechstronnych aktorów polskiego filmu i teatru. Wyreżyserował też kilka filmów, za które zdobywał nagrody w kraju i za granicą. Jest członkiem Europejskiej Akademii Filmowej. W 2002 r. po raz drugi został rektorem krakowskiej PWST. 7 września w Wenecji otrzymał katolicką nagrodę im. R. Bressona, przyznawaną przez kilkanaście katolickich instytucji, w tym Papieską Radę ds. Kultury.