Chce wyprowadzić nas z pustyni

Teresa Sienkiewicz-Miś, ks. Zbigniew Zalewski i Andrzej Kerner

|

GN 19/2005

publikacja 04.05.2005 16:41

Z arcybiskupem Alfonsem Nossolem o kardynale Josephie Ratzingerze.

Kard. Joseph Ratzingeri abp Alfons Nossol Kard. Joseph Ratzingeri abp Alfons Nossol
podczas inauguracji roku akademickiego na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Opolskiegow roku 2000.
Krzysztof Świderski

Teresa Sienkiewicz-Miś, ks. Zbigniew Zalewski i Andrzej Kerner: Ksiądz Arcybiskup poznał Benedykta XVI jeszcze gdy był profesorem teologii …
ABP ALFONS NOSSOL: – Znamy się od ponad 30 lat. Spotykaliśmy się na Międzynarodowych
Europejskich Zjazdach Teologów Systematycznych. Kiedy temu stowarzyszeniu przewodniczył prof. Ratzinger, poprosił mnie o referat na sympozjum poświęconym roli Ducha Świętego w historii zbawienia. Mówiłem wówczas na temat: „Duch Święty jako obecność Jezusa Chrystusa dzisiaj”. Korzystałem z najnowocześniejszej literatury, a on dziwił się, jak do niej dotarłem, bo niektóre pozycje były bardzo świeżutkie. A my, docenci na KUL-u, mieliśmy łatwy dostęp do najnowszej literatury teologicznej. Już wtedy go prosiłem, aby przyjechał do nas z wykładem. Przyjechał już jako arcybiskup München-Freising. Cztery lub pięć razy gościł w Opolu. Wtedy też pokazywałem mu naszą diecezję. Interesowały go parafie wiejskie i miejskie. Odwiedziliśmy na przykład Krowiarki i Chorulę, gdzie kard. Ratzinger poświęcił kamień węgielny pod budujący się tam kościół. Kościółek w Choruli stoi naprzeciw cementowni, i on, patrząc na ten zakład, wtedy najnowocześniejszy w Polsce, wiązał to benedyktyńskie „ora et labora”. Kościół jako miejsce modlitwy i cementownia – miejsce pracy. A mówił to tak prościutkim językiem, że rozumiały go nawet dzieci, których było tam wiele, co go bardzo ucieszyło. Najważniejszy jego pobyt u nas miał miejsce 26 czerwca 1983 r. na pielgrzymce mężczyzn na Górę Świętej Anny. Wtedy prosił, aby odłożyć ją na następny rok, bo pięć dni po wizycie Ojca Świętego nikt nie przyjdzie. A przybyło ponad sto tysięcy mężczyzn. Kard. Ratzinger był wtedy głównym celebransem i wygłosił wspaniałe kazanie o drogowskazach wiary.

Czy zdarzyło się Księdzu Arcybiskupowi jako profesorowi teologii polemizować z prof. Ratzingerem?
– Oczywiście, zwłaszcza w kwestiach ekumenicznych różniliśmy się w poglądach teologicznych. Polemizował bardzo inteligentnie, nikogo nie obrażając. To u niego zawsze podziwiałem. To, co mówił, można było bez poprawek przenosić na papier i drukować. I tak jest do dziś. Druga umiejętność to znajomość łaciny. Po łacinie mówi tak jak po niemiecku. Pierwsze kazanie do kardynałów wygłosił po łacinie, akcentując tym samym powszechność Kościoła.

Jakim teologiem i człowiekiem jest Joseph Ratzinger?
– On jest integrystą i chce być integrystą w zakresie wiary. Ale też jest progresistą w sprawie miłości, i radykalnym optymistą w nadziei. Jego integryzm to nie skostniały tradycjonalizm, ale integralne ujęcie prawdy. Nie możemy Kościoła traktować jako samoobsługowego supermarketu, z którego wybieramy tylko to, co nam odpowiada. Prawdę musimy traktować integralnie, całościowo. To jest jeden z największych teologów katolickich. A z drugiej strony nie tylko człowiek głębokiej i szerokiej wiedzy, ale też niezwykłej mądrości życiowej. Wiedza u niego jest ściśle scalona z mądrością. To jest wszystko zawarte w Słowie Bożym, które jest zakorzenione w całej historii zbawienia. I do tego Słowa Bożego, które stało się Ciałem, on wciąż wraca. Uderza mnie to, jak często podkreśla, że Ewangelia jest radosną nowiną i to, że Bóg jest nie tylko prawdą, nie tylko dobrem, ale i pięknem. Dla zrozumienia jego osobowości trzeba pamiętać, że Benedykt XVI jest muzykiem. Znamienne, że pierwszą rzeczą, jaką polecił przewieźć ze swojego mieszkania do apartamentów papieskich jest fortepian. Słuchałem nieraz, jak grał. Mówił, że gra, gdy jest zmęczony, gdy szuka natchnienia, gdy chce się wyciszyć. Najchętniej muzykę klasyczną, szczególnie Bacha. Wrażliwość na piękno jest ważnym elementem jego osobowości: muza pocałowała go w samo serce. To pomaga też lepiej zrozumieć jego bliskość z Janem Pawłem II, który przecież był poetą.

Wielu komentatorów zauważa, że ze strażnika ortodoksji kard. Ratzinger zmienia się w pasterza Benedykta XVI. Czy Ksiądz Arcybiskup, znając Josepha Ratzingera jako teologa i jako człowieka od lat, dostrzega taką przemianę?
– Taka zmiana jest wprost nieodzowna! On sobie z tego zdaje sprawę. Do tej pory był stróżem wiary, a teraz musi być jej przekazicielem. Dotąd był obrońcą prawdy, a teraz musi być jej nosicielem. Dlatego musi znaleźć drogi, którymi prawda Boża do serc i dusz współczesnych ludzi może dotrzeć. Drzemią w nim potężne możliwości ze względu na jego głęboką wiedzę teologiczną, a także mądrość i doświadczenie życiowe. Dlatego jestem przekonany, że znajdzie sposoby dotarcia do ludzi współczesnych, zwłaszcza mieszkańców Zachodu. Jan Paweł II zabiegał o to, by chrześcijaństwo oddychało obydwoma płucami: tradycji Wschodu i Zachodu. Płuco Wschodu za Jana Pawła II zostało mocno zdynamizowane, ale płuco świata Zachodu, zsekularyzowanego, zeświecczonego, reagowało słabo. Zdynamizowanie tego obszaru chrześcijaństwa jest zadaniem dla Benedykta XVI.

Czy pontyfikat Benedykta XVI może mieć znaczenie w procesie pojednania polsko-niemieckiego?
– Gdy na KUL-u kard. Ra-tzinger otrzymywał pierwszy w Polsce doktorat honoris causa, wygłosiłem laudację, w której powiedziałem, że nieprzypadkowo Jan Paweł II, pierwszy papież z rodu Lechitów, za najbliższego współpracownika obrał sobie kogoś z rodu teutońskiego. Mówiłem wtedy, że w tym jest jakieś przesłanie. A teraz można powiedzieć, że bez Jana Pawła II nie mielibyśmy Benedykta XVI. Myślę, że to jest wyjątkowe zamierzenie Bożej Opatrzności. W przeddzień inauguracji pontyfikatu, na spotkaniu ekumenicznym w Moguncji, powiedziałem Niemcom o tym, jak Polacy radośnie przyjęli wybór najbliższego współpracownika Jana Pawła II. Mówiłem też, że po wyborze nowego papieża możemy jednoznacznie stwierdzić, że teraz naprawdę II wojna światowa się skończyła.

Podczas inauguracji pontyfikatu Ojciec Święty, mówiąc o pustyni, podkreślił, że ludzkość znajduje się „w tak mizernej sytuacji”. Czy to oznacza, że Benedykt XVI pesymistycznie ocenia kondycję świata i Kościoła?
– Tak, Kościół jest na wirażu i Ojciec Święty zdaje sobie z tego sprawę. To jest trudna sytuacja dla Kościoła, ale z drugiej strony, przecież sytuacji dobrej dla Kościoła nigdy nie było. W centrum Kościoła jest Krzyż. Bez pójścia za Chrystusem ukrzyżowanym nie ma Zmartwychwstania. Tak zawsze było i będzie. Dziś młodzi ludzie boją się cierpienia, ofiary i stąd też mamy kryzys powołań kapłańskich. On sobie z tego zdaje sprawę, ale mimo wszystko patrzy w przyszłość Kościoła optymistycznie. Jesteśmy na tej pustyni, ale jego zadaniem jest – bo to mu Chrystus nakazuje – z tej pustyni nie tylko ludzi młodych, ale i starszych wyciągać, żeby sami nie zamykali się w granicach, które ich humanistyczne możliwości paraliżują. Te możliwości w ludziach tkwią, tylko trzeba się wyzwolić z „pustynnego” zacieśnienia.

Czy tak mocny akcent po-łożony przez Benedykta XVIw pierwszych przemówieniach na sprawę jedności chrześcijan, ekumenizmu można wiązać w jakiś sposób z zarzutami, które pojawiały się, że deklaracja „Dominus Iesus” zahamowała dialog ekumeniczny?
– „Dominus Iesus” musimy rozumieć w kontekście jego ówczesnej sytuacji jako prefekta Kongregacji Doktryny Wiary. On chciał podkreślić naukę Soboru Watykańskiego II, że pełnia Kościoła Chrystusowego trwa w Kościele katolickim. Ale gdy się zna jego wcześniejsze prace, to widać jego wielką ekumeniczną otwartość, i to długo przed encykliką „Ut unum sint”. Szczerze mówiąc, zbyt szczęśliwie sformułowana „Dominus Iesus” nie była. Były tam przypomniane sformułowania soborowe, ale nieco powyrywane z kontekstu, zwłaszcza dla wielu protestantów były one bolesne. Niektórzy katoliccy teologowie uważali, że „Dominus Iesus” byłby wspaniałym dokumentem, gdyby nie rozdział o ekumenizmie, który był bardzo krótki. O ekumenizmie nie da się tak krótko powiedzieć. Dlatego to wyszło tak „staccato”, tak ostro. Z homilii inauguracyjnej Benedykta XVI wynikało, że bez ekumenizmu nie sposób zrozumieć jego posługi. Musi nastać jedna Owczarnia i jeden Pasterz. Nie chodziło mu o to, że papież ma być tym Pasterzem, ale Jezus Chrystus. On – papież – ma pasterskie obowiązki, musi gonić za tymi owcami, szukać zabłąkanych, brać je na ramiona, przyprowadzać do owczarni.
Chciałoby się też powiedzieć: to nie jest ten Ratzinger. On uchodził za typ samotnika, człowieka cichego, niektórzy nawet mówili, że on przyjaciół nie potrzebuje, sam sobie wystarcza, a tu się okazała jego wyjątkowa otwartość. Zaskoczył wszystkich, wielu podkreślało, że to nie jest ten sam dawny Ratzinger, ale jeśli ktoś znał jego dawną teologię, to zauważa, że to jest właśnie ten sam Ratzinger! U niego to wszystko drzemało, a teraz musiał to tylko odpowiednio ukierunkować.