Misjonarka

O wyjeździe na misje do Tanzanii z Moniką Drążyk rozmawia ks. Tomasz Jaklewicz

|

GN 08/2005

publikacja 16.02.2005 20:02

Moniko, spędziłaś już pół roku na misjach w Tanzanii. Wróciłaś, żeby obronić doktorat z teologii. Za dwa dni wracasz do Afryki. Skąd taki pomysł?

Misjonarka

Monika Drążyk: – Ten pomysł dojrzewał we mnie od 10. roku życia. Idąc na teologię, na KUL, myślałam raczej o katechezie lub o pracy w jakiejś katolickiej redakcji. Po studiach byłam rok katechetką w szkole zawodowej w Pionkach, potem 4 lata w liceum w Bydgoszczy. Miałam także zajęcia ze studentami w sekcji Wydziału Teologii Uniwersytetu Poznańskiego. Byłam zadowolona z tej pracy, ale niespełniona. Myśl o misjach intensywnie powracała. Przedziwne rzeczy się działy. W ręce trafiały mi ciągle jakieś materiały misyjne, gazetki. Ja tego nie szukałam. Włączałam telewizor i pojawiał się jakiś program o misjach. Bałam się podjąć decyzję. No i w końcu przyszedł moment, że trzeba było coś z tym zrobić. Albo zniszczyć, albo pomóc się temu rozwijać. Wykonałam pierwszy krok. Zgłosiłam się do swojego biskupa po skierowanie na misje. Potem wszystko potoczyło się łatwiej i szybko.

Jak bliscy przyjęli Twoją decyzję?
– Na początku był szok, zwłaszcza dla mamy. Widziałam jednak, że rodzice dojrzewają do akceptacji tej decyzji. Pomagała im wiara. Teraz, po moim pierwszym pobycie w Tanzanii, mama stała się ekspertem od Afryki. Kiedy myślę o rozstaniu, nie ukrywam, że w gardle mnie ściska. Ale tylko z czysto ludzkiej perspektywy nie da się na to patrzeć.

Czy od początku chciałaś jechać do Afryki?
– Tak, mam sentyment do Afryki. Podczas przygotowań w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie poprosiłam o kraj afrykański z językiem angielskim. Powiedzieli Tanzania, no dobrze, niech będzie Tanzania. Spojrzałam na mapę, gdzie to dokładnie jest. Morogoro, tam masz pracować. Dobrze. Przyjęłam taką zasadę. W momencie kiedy zdecydowałam się na misje, nie chcę stawiać żadnych wymagań, nie mam żadnych oczekiwań. Gdzie mnie wyślą, co mi każą robić, ja to przyjmuję.

Młoda dziewczyna jedzie do środka Afryki uczyć teologii. To dość trudne do wyobrażenia…
– Dla mnie też! W Polsce chyba żadna kobieta nie uczy teologii w seminarium. Ja zostałam posłana do Salwatoriańskiego Instytutu Filozofii i Teologii w Morogoro, aby wykładać teologię. W kulturze afrykańskiej kobieta nie za bardzo się liczy, tym bardziej biała. Moi studenci, klerycy z różnych krajów Afryki, byli w lekkim, a może więcej niż w lekkim szoku, kiedy się dowiedzieli, że w II semestrze przyjedzie do nich biała kobieta z Polski i będzie ich uczyć teologii dogmatycznej. Nie byli zachwyceni, jak się potem dowiedziałam. Było to dla nich nie do przeskoczenia. Mam nadzieję, że po kilku miesiącach współpracy udało się pokonać niechęć. Gdybym chciała patrzeć na tę moją pracę od strony czysto ludzkiej, to nie powinnam tam pojechać. Nie jestem przygotowana na sto procent. Wiedziałam, że muszę zaufać Panu Bogu, żeby wytrzymać. Zdarzało się, że zasypiałam ze łzami w oczach. Ale bywały i takie trudne sytuacje, które w moim odczuciu były cudem.

Na przykład...
– Nie chciałam, żeby wykłady były nudne. Angielski nie jest ani moim językiem, ani ich. Więc starałam się ożywić te zajęcia. Ktoś nagle zadaje pytanie. Zbieram myśli, jak odpowiedzieć. Pascal z pierwszej ławki podnosi rękę i odpowiada. Dokładnie tak, jak ja chciałam odpowiedzieć. Oni mi pomagali. Wcześniej myślałam sobie, że ja, misjonarka, jadę przykazywać wiarę, nauczać, ewangelizować. Tymczasem miałam wrażenie, że to oni mnie więcej nauczyli. Nie da się tego zmierzyć, ale otrzymałam bardzo wiele.

Czy Twoja praca na misjach będzie polegała tylko na wykładaniu teologii?
– Nie tylko. Będę też katechizować, prowadzić pogadanki teologiczne z siostrami w wiosce Siuyu na północy Tanzanii. Jest tam szkoła średnia dla dziewcząt, dom sióstr pallotynek. Na razie nie mogę robić nic innego. Uczę się dopiero języka suahili. To jest niezbędne w pracy z dziećmi. Znajomość języka sprawia, że mieszkańcy uznają misjonarza za swojego.

Czego już nauczyła Cię Afryka?
– Afrykanie uczyli mnie otwartości. Są bardzo bezpośredni, mają zawsze czas dla siebie, witają się pół godziny. Im się nigdzie nie śpieszy. Europejczycy mają zegarki, a Afrykanie czas. To takie oklepane hasło, ale tak naprawdę jest. Nie spotkałam się z żadną przykrością z ich strony. Potrzebna jest cierpliwość, ponieważ jest to kultura tak różna od naszej, że człowiek musi się cały czas uczyć. Ja na przykład lubię porządek, tam to wszystko bierze w łeb. W punkcie wyjścia trzeba polubić, uszanować ich kulturę. Jesteśmy tam gośćmi. Może nam się wydawać, że przyjeżdżamy z Europy, tacy cywilizowani, i tak dalej. Kiedy byłam w tej małej wiosce Siuyu, zrozumiałam, że tam, w buszu, to oni są w lepszej sytuacji od nas. My jesteśmy od nich zależni. Oni wiedzą, jak wyjść z różnych trudnych sytuacji. W Polsce dzieci, a nieraz i dorośli pokazują palcem czarnoskórego człowieka: o, Murzyn! Kiedy przyjechałam do pewnej wioski, obskoczyły nas dzieci i wołały: mzungu, mzungu, czyli biały, obcy. Afryka i praca na misjach uczą pokory.

Obrazki z kalendarzy misyjnych pokazują dość naiwny obraz Afryki. Czytając „Heban” Kapuścińskiego, zobaczyłem dramat tego kontynentu, który wydał mi się miejscem tragicznym, pozbawionym nadziei.
– Mam znajomą świecką misjonarkę z naszej diecezji pracującą, w Zambii. Na 10 jej pacjentów 9 jest zarażonych wirusem HIV. Byłam kiedyś w sierocińcu niedaleko Morogoro. Widziałam dziecko leżące na ziemi – wybrudzone, obłocone, obsikane, z palcem w buzi, na nim muchy. Tego obrazu nie mogę zapomnieć. Te dzieci dostają raz dziennie coś do jedzenia: miskę przemielonej fasoli z jakimś dodatkiem lub ugarii, czyli mąkę kukurydzianą z wodą. Mam wyrzuty sumienia, że ja jem trzy razy dziennie i to rzeczy, których te dzieci nie mają. To może człowieka zdołować. To pierwsze spotkanie w sierocińcu odchorowałam, potem jeździłam tam wielokrotnie i jak wrócę do Morogoro, nadal będę to robić. Niewiele tam mogę zdziałać, bo nie znam jeszcze ich języka. Ale z dziećmi można się bawić bez znajomości języka.

Czy jest nadzieja dla Afryki?
– Pytam siebie, co ja mogę zrobić? Jeden z moich studentów, diakon Asumpto Pambo, powiedział mi na koniec semestru, że ważniejsze niż wykłady było dla nich to, że modliłam się z nimi na nieszporach. To nie było moim obowiązkiem. Mogłam się z nimi spotykać tylko na wykładach, ale stwierdziłam, że to jest bez sensu, więc chodziłam do ich kaplicy na nieszpory. Modlili się w języku suahili, nic nie rozumiałam, ale to nieistotne. Przychodziłam systematycznie. Nie wiedziałam, że to takie ważne. I to jest może odpowiedź na pytanie, jak dawać nadzieję. Jestem z nimi, modlę się, uczę tak, jak potrafię, staram się przekazać moje doświadczenie wiary. Oni uczą mnie, ja ich. Tak jak w Kościele – wzajemnie się ubogacamy.

Co było najważniejsze dla Ciebie przy podejmowaniu decyzji?
– Zaufanie Panu Bogu. Kiedy się człowiek zgodzi z Panem Bogiem, potem jest już łatwiej. Ktoś pytał mnie, po co tak daleko jedziesz, czy w Polsce nie ma wielu możliwości pracy w Kościele. Myślę, że nie warto się licytować, gdzie kto pracuje i co robi. Trzeba tylko odnaleźć swoje miejsce, i ja je znalazłam.