Zbrodnia i pocieszenie

Marcin Cielecki, poeta, eseista

|

GN 47/2010

publikacja 26.11.2010 08:52

Pytanie o przyczynę czytania kryminałów pozostaje zagadką nie większą niż ta, którą stawiają przed czytelnikiem ich autorzy. Skąd bierze się popularność tej literatury?

Marek Krajewski jest jednym z najpopularniejszych autorów kryminałów. Marek Krajewski jest jednym z najpopularniejszych autorów kryminałów.
AGENCJA GAZETA/BARTOSZ BOBKOWSKI

Odpowiedzi jest tak wiele, jak liczne są poszlaki w dobrze skonstruowanej intrydze. Niektórzy wskazują na względnie bezpieczne czasy, w jakich przyszło nam żyć – stąd potrzeba mrocznej rozrywki. Inni dowodzą, że jedynie ta literatura, nazywana nieraz „użytkową”, odpowiada możliwościom czytelniczym: czas podróży do pracy, weekendowe popołudnia, czytanie ze skupieniem, ale bez wysiłku. Coraz częściej zauważa się też, że kryminał to pełnoprawna współczesna powieść realistyczna. Być może gdyby Bolesław Prus pisał „Lalkę” dzisiaj, nadałby jej kostium powieści detektywistycznej? A czym byłyby arcydzieła Fiodora Dostojewskiego bez wątku kryminalnego? Jakkolwiek by patrzeć, wszyscy są zgodni: jest to rozrywka wyższych lotów. Jeśli kryminały mówią nam najpełniej o nas samych, to powinny też dostarczać odpowiedzi na drążące nas pytania. Wśród nich na pewno te najważniejsze: o zło, o Boga, o człowieka. Kto miałby więcej do powiedzenia o przyczynach zła niż lustrzane odbicie spowiednika – detektyw? Jak zachować się wobec zła, jak stykając się z nim niemal codziennie nie ulec znieczuleniu? Przyjrzyjmy się detektywom dobrze znanym polskiemu czytelnikowi.
Miasto zbrodni

Każdy detektyw posiada swoje miasto, którego broni. Marek Krajewski osadził cykl powieściowy z radcą kryminalnym Eberhardem Mockiem w przedwojennym Wrocławiu. Na kartach powieści ożywają nazwiska przywołane z dawnych książek telefonicznych, niemieckojęzyczne nazwy ulic, ociekająca piwem kuchnia z niegdysiejszych spelunek. Każdy kryminał z Mockiem zaczyna się tak samo: od opisu zbrodni. Za każdym razem zostajemy przyciągnięci i zwyczajnie przykuci uwagą do opisu ludzkich zwłok. Znaleziona kość, ząb – to jedynie wabik, aby podążyć dalej.

Zło balansuje tutaj na pograniczu świata duchowego i realnego. Morderca jest nieuchwytny, zdaje się posiadać nadzwyczajne umiejętności. Cykl kryminałów Krajewskiego czerpie pełnymi garściami z gatunków pokrewnych, jak horror, powieść psychologiczna i thriller. Zło przeznaczone dla Mocka (i dla Ciebie, Czytelniku) ma zadrę metafizyczną. Pomimo tego Mock nie udziela nam żadnych wskazówek religijnych. Mało tego: zło, które tak fascynowało na początku, w zakończeniu powieści wydaje się trywialne. Mistyk-arystokrata to w końcu trzęsący się staruszek, tajne bractwo można przechytrzyć i złapać jego członków, maniakalny zabójca wpada w zastawioną zasadzkę. I być może to jest jedyna odpowiedź, której dostarcza nam Eberhard Mock: zło, mieniące się różnymi twarzami i przejawiające swą obecność niezliczoną ilość razy, definitywnie okazuje się złem skończonym. Nie absolutnym, lecz możliwym do zamknięcia lub powstrzymania.

W poszukiwaniu siebie
Świat czytelników oszalał na punkcie szwedzkiego komisarza Kurta Wallandera, stworzonego przez Henninga Mankella Fascynacja Wallanderem to jedna z największych zagadek. Detektyw ten bowiem jest niczym nie wyróżniającym się policjantem, akcja snuje się powoli, brakuje błyskotliwych sentencji. A jednak Polacy pokochali komisarza po przejściach (rozwód, skomplikowane relacje z nastoletnią córką). Postać stworzoną przez Mankella spotykamy aż w ośmiu wydanych w Polsce powieściach – jest to zatem bohater rozwijający się, zmieniający swoje patrzenie na świat pod wpływem spotkanego zła. Wallander zmienia się bardzo wolno. Oczywiście spotykają go różne trudności w życiu osobistym, jednak dopiero w kolejnych powieściach zdradza swoje niepokoje religijne. W powieści „O krok”, siódmej części przygód, dzieli się skrywanym sekretem łączącym go ze zmarłymi. Nocami śnią mu się osoby, których spraw nie rozwiązał, twarze ofiar, których mordercy pozostali bezkarni. Te sny to jedyna łączność Wallandera ze światem duchowym.

Zło, z którym przychodzi zmierzyć się detektywowi z Ystad, to w rzeczywistości tylko człowiek, bez pierwiastków nadludzkich. W trakcie jednego z dochodzeń Wallander podsumowuje swoje doświadczenie w wieloletnim tropieniu przestępców: „Nigdy nie wierzyłem w zło. Źli ludzie nie istnieją, nikt nie rodzi się okrutny. Zło wynika z okoliczności”. Przygody obu detektywów – Mocka i Wallandera – dowodzą jednego: zło, choć bardzo krzykliwe, choć zastraszające nas swoim okrucieństwem, jest działaniem człowieka. Niewielka to pociecha, zwłaszcza gdy przyjrzymy się dotykającym detektywów konsekwencjom stykania się ze złem.

Detektyw jak kaznodzieja
Czy to w wyniku stykania się ze światem przestępczym, czy też z powodu własnych, pilnie strzeżonych, mrocznych sekretów, detektyw często nie różni się od złoczyńcy. Choć to stróż prawa, w wielu przypadkach bardziej przypomina mściciela. Zemsta i kodeks prawa karnego to jedna z wielu linii granicznych, na których balansuje detektyw. Rudolf Heinz, bohater stworzony przez Mariusza Czubaja, jest świetnym karateką, i gdy w grę wchodzi ukaranie sprawców pobicia jego syna, nie odwołuje się do policji. Razem ze swym mistrzem sztuk walk idą sprać winowajców na kwaśne jabłko. Paddy Meehan, dziennikarka-detektyw, wykreowana przez Denise Minę, do tego stopnia infiltruje świat przestępczy, że – jak pokazuje zakończenie „Martwej godziny” – sama zaczyna powoli weń wnikać.

Kryminałami żywo interesują się antropolodzy, jednak dla teologów to wciąż przestrzeń nieznana. A przecież wydawałoby się, że takie koronne tematy każdej powieści detektywistycznej, jak zbrodnia, sprawiedliwość, ocalenie, morderca – mają swoje aż nadto czytelne odzwierciedlenie na kartach Biblii: grzech, sąd, zbawienie, przeciwnik Boga. Wreszcie być może najważniejsze: nawrócenie i pokuta. Tematy teologiczne w powieściach kryminalnych przemycał już w pierwszej połowie XX wieku Gilbert K. Chesterton w swoim cyklu przygód księdza-detektywa Browna. Tamta próba zakończyła się sukcesem. Czego zatem szukamy we współczesnych powieściach kryminalnych?

Banalność zła
Kryminały czytamy nie tylko dla wyrafinowanej rozrywki intelektualnej. Również dla tego uczucia ulgi, uspokojenia, jakie mamy wraz z zamknięciem prowadzonej wspólnie z bohaterem sprawy kryminalnej. Czyż nie tego w tym brutalnym świecie oczekiwaliśmy: zło zostało ukarane, zbrodnicze motywy wyciągnięte na światło dzienne, sprawiedliwości (na ogół) stało się zadość. Kryminały dają pocieszenie w czasie naszej bezsilności. Chcemy wierzyć, choćby w świecie wyobraźni, że jest ktoś taki jak Eberhard Mock czy Kurt Wallander, kto stawi czoła złu podchodzącemu pod nasz dom. Ich szorstkość, ironiczne poczucie humoru, także ich nieudane relacje z najbliższymi – to wypisz wymaluj my sami. Bo jeśli cenimy bohaterów-detektywów, to nie za ich brutalność, zaglądanie do kieliszka, ale za tę twardą regularność upadania i powstawania. Ich literacka walka jest odpowiednikiem naszej codziennej walki duchowej.

Zbrodnia w powieściach kryminalnych, pomimo cech demonicznych, pozostaje zawsze i wyłącznie dziełem człowieka. Najtrafniej ujął to Mariusz Czubaj, pisząc w przywoływanej już książce, że zło nie ma w sobie niczego ze sztuki. To prymitywny i banalny czyn, dokonany najczęściej za pomocą wideł, siekiery, łopaty czy noża. Pod koniec lektury oddychamy z ulgą, bo zło, które jawiło się jako sprytniejsze i niebezpiecznie fascynujące, ostatecznie pokazało swoją tępą i banalną gębę. Zakończenie lektury i zakończenie śledztwa to chwila duchowej ulgi – zbrodnia została wykryta, zło osądzone. Na moment świat wrócił na swoje miejsce. Dopiero zamykając książkę, rozpoczynamy najważniejsze śledztwo własnego życia.