Miłość nie mija

Barbara Gruszka-Zych

|

GN 38/2010

publikacja 27.09.2010 13:49

- Chcę się wyspowiadać - Teresa Ferenc po długiej przerwie podeszła do wychodzącego z konfesjonału księdza. - Tak bez przygotowania? - zdziwił się. - Całe moje życie było przygotowaniem.

Poeci Teresa Ferenc i Zbigniew Jankowski są małżeństwem, ale piszą inaczej. Poeci Teresa Ferenc i Zbigniew Jankowski są małżeństwem, ale piszą inaczej.
Tadeusz Dąbrowski

To jest nasza Terenia – przedstawia mi poetkę jej mąż Zbigniew Jankowski. I jest Terenia, bo to zdrobnienie pasuje do niej jak ulał – uśmiechnięta, z łagodnością na twarzy, z ciepłymi oczami za okularami. Tylko te włosy skrępowane z tyłu głowy, widać, że przyzwyczajone do rozwiewania na wietrze. Teraz wiatr zamieniła na powietrze pokoju. Od czasu operacji onkologicznej rzadziej wychodzi na spacery, bo serce nie to i często wyrywa się do jakiegoś lotu. Ale ograniczenia nigdy nie miały wpływu na jej życie. Teraz dolegliwości narzucają swoje rygory. Zwykle z mężem, też poetą, pisali całymi przedpołudniami. – Tylko Zbyszek przed dwunastą przynosił mi mocną herbatę, a ja ją piłam z mlekiem – opowiada Terenia.

– Dziewczynki wiedziały, że jak sama ich nie poproszę, nie mogą do mnie zaglądać. Bawiły się, rozmawiając półszeptem. W trakcie pisania przebywa się poza czasem, każdy głos z zewnątrz przeszkadza. Jest tylko ciżba słów i metafor, z których trzeba wybierać. Był czas, kiedy musiałam popijać zioła na uspokojenie, żeby pomysły nie rozsadziły mi głowy – dodaje. A ich „dziewczynki” – córki: Milena Wieczorek i Anna Janko też zostały poetkami. Pod jednym dachem pracowała czwórka piszących. Nieraz tematy wierszy mamy i Mileny pokrywały się. „Chciałam ci przeczytać, właśnie pisałam o domu…” – zaczynała Milena. „Ja też” – uśmiechała się Terenia. Ten dom zapisywali na cztery ręce. To najważniejszy punkt odniesienia w poezji Tereni. Nawet kiedy jego ściany były z ognia, jak w spacyfikowanej przez Niemców rodzinnej wsi Sochy na Zamojszczyźnie.

Rozżarzone węgle
To się stało 1 czerwca 1943 r. Miała wtedy 9 lat i po wszystkim na kilka dni straciła mowę. – Nie raz siebie pytałam, dlaczego żeśmy ocaleli? – zastanawia się. – Ja, 4-letni brat Janek, 2,5-letnia Krysia? Niemcy, którzy otoczyli wieś, zobaczyli ojca, który wracał do mieszkania, bo chciał zabrać pieniądze z naszego sklepu. Nagle padł strzał i ojciec upadł. „Tata chyba nie żyje” – powiedziała mama. Mama stała obok z Krysią na rękach. Była w ciąży. Niemiec strzelił mamie w usta. Krysia wysunęła jej się z rąk. Leżałam przytulona do trawy, na niebieskim wdzianku taty, które wkładał do pracy w sklepie. Widziałam, jak Niemcy odchodzą do sąsiadów – opowiada. Wzięła za rączki siostrę i brata, żeby zaprowadzić ich do dziadków. Kiedy mijali leżącego w trawie ojca, zobaczyła, że ten przełyka ślinę.

– Widziałam, że w nowej marynarce ma dziurkę z boku. Tam musiała przejść kula – dodaje. U dziadków też drżeli, że zaraz przyjdą Niemcy. – Dziadek przykryty zielonym szynelem z I wojny leżał w sadzie pod drzewami. Wtedy ocalał, ale przeżył pacyfikację tylko o rok. Całą jego rodzinę: pięciu synów i dwie córki zamordowano. Zostały tylko maluchy, nasza trójka, trójka od stryja, dwójka od stryjenki. Minęliśmy sad i schowaliśmy się pod wóz stojący pośrodku polnej drogi. Obok leżała stryjenka, a w zbożu kobiety obstawiły się świętymi obrazami. Przyleciały sztukasy i siekły w zboże, aż kłosy gięły się do ziemi. A my leżeliśmy nietknięci na pooranej kulami drodze. Niemcy zabili prawie 300 osób – wspomina. Uratowało się dwóch mężczyzn i grupka maluchów.

W pobliskim Tereszpolu trafili do domu kuzyna ojca. – To tam na strychu z sianem usłyszałam, że mam jechać na pogrzeb rodziców do Soch – pamięta. Dziś na tamtejszym cmentarzu stoją pobielone krzyże z cementu: Ferenc Władysław 34 lata i Józefa 32. – To, co wtedy przeżyłam, nosiłam jak żarzące się węgle w siatce, która w każdej chwili mogła się przepalić. – Nie dotykała ich latami. Aż do któregoś dnia w 1978 r., kiedy jak w transie zaczęła o nich pisać wiersz po wierszu. Powstał z nich prawie cały tom „Wypalona dolina”. W młodości myślała o pisaniu prozy, ale Zbyszek poradził jej, żeby „oczyszczała” się wewnętrznie wierszami. Tamten dzień był takim oczyszczeniem. Wcześniej, przez lata milczenia, czuła się jak martwe drzewo.

Furtka w przejściu
Po wojnie Terenia mieszkała u cioci w Krasnymstawie. W 1947 r. trafiła do domu dziecka w Zamościu, potem w Międzyrzecu Podlaskim. – Ja się wychowałam w stalinowskiej szkole – mówi. – W domu dziecka nikt nie rozmawiał o Bogu. Symbolem tego, co się z nami wtedy działo, była bramka w przejściu ze szkoły do klasztornej kaplicy w Leśnej Podlaskiej. W nocy ktoś ją zamurowywał, w dzień burzył, żeby można było przejść i pomodlić się – opowiada. Ona sama przez lata raz zamurowywała, raz burzyła swoje przejścia do Boga. Nieustannie rozmawiała o Nim z mężem. – To się we mnie przerabiało, jak ciasto w dzieży – tłumaczy.

– W domu w każdą niedzielę z mamą i tatą szliśmy do Zwierzyńca, do kościółka na wodzie – wspomina. Trzymając ręce rodziców udawała ptaka i unosiła się nad ziemią. – Jak wszystkie dzieci uważałam, że Bóg to dobrotliwy dziadek z siwą brodą – opowiada. – Przygotowując się do I Komunii św. stawiałam sobie krzesełko pod osłonecznioną ścianą i czytałam katechizm. Tam było napisane, że Bóg jest w niebie, i na ziemi, i na każdym miejscu. „Też jestem miejscem, więc jest i we mnie” – myślałam. Moje zerwanie z Kościołem zaczęło się w szkole w Leśnej Podlaskiej. Zbuntowałam się, gdy kolega się żalił, że za pochówek mamy ksiądz kategorycznie zażądał opłaty. I dlatego, że zakonnicy z klasztoru, z którym sąsiadowaliśmy, nie pomagali włóczącej się po okolicy chorej umysłowo kobiecie – mówi.

Wzięli ślub kościelny ze względu na mamę Zbyszka. Była bardzo wierząca i Terenia nie chciała sprawić jej przykrości. Powiedziała o tym spowiednikowi. „Z tego co opowiadasz, to nie ma takiej siły, żeby odwrócić cię od wiary. I tak wrócisz” – stwierdził. Długi okres po ślubie nie zaglądała do kościoła. Ale dzieci posłała do Komunii świadoma, że nie chowa ich dla siebie i powinny zdecydować same.

– Myśmy się przyjaźnili z Anną Kamieńską (poetką, przyjaciółką ks. Twardowskiego) – opowiada. – Wspólnie chodziliśmy po lasku, tu, niedaleko domu w Sopocie-Brodwinie. I kiedyś ona zapytała, co z moją wiarą. „Jestem wierząca, tylko że wstępuję do kościoła, kiedy nikogo nie ma” – tłumaczyłam. A ona na to: „Tego nikt za ciebie nie zrobi, musisz to przepracować w sobie” – wspomina. Po tej rozmowie poszła prosto do kościoła. Tamtą spowiedź i wszystkie kolejne nazywa rozmowami. Siedziała naprzeciwko księdza i opowiadała o życiu. – Człowiek zostaje obdarowany wiarą – uważa. Tak też jest z poezją. „Poezja jak wzrok Boga/ pada na człowieka” – napisała. Zwykle młodzi mają czas odejścia od Boga, który ich oczyszcza. Potem wraca się bardziej gotowym.

Wiersze do herbaty
Zbyszka poznała na studenckiej zabawie w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Katowicach. Przetańczyli całą noc, a właściwie przegadali, co jakiś czas depcząc sobie po nogach. Ona miała nakaz pracy po Państwowym Liceum Pedagogicznym, on studiował polonistykę. Był starszy o trzy lata. Na początku Zbyszek wstydził się uczuć, nawet kwiaty, które jej przynosił chował w rękawie. Dziś widać, jaką czułością otacza żonę, kiedy podaje jej herbatę albo fotografuje po raz tysięczny pierwszy. Na każdym ze zdjęć – wbrew upływowi czasu – Terenia wydaje się piękniejsza. Tak też jest z ich miłością, która się nie starzeje. – To nieprawda, że miłość mija. Mając 77 lat, mogę powiedzieć, że staje się inna, pogłębiona przyjaźnią – mówi. – W młodości jest trudniej – każdy walczy o swoje. Teraz, kiedy mam pretensje, jestem w stanie się zatrzymać, przyznać rację Zbyszkowi, nie zadawać mu bólu. To czas największej życiowej harmonii. Zawsze byliśmy bardzo różni – Zbyszek mógł się obrazić nawet na trzy miesiące, ja ani na trzy godziny. Zawsze pierwsza podawałam mu rękę. To dar, dostałam tę umiejętność z góry. Tylu małżonków się rozstaje i inwestuje energię w nowe związki, a przecież w jednym małżeństwie jest tyle pracy, stale trzeba pielęgnować uczucia. I tylko to się opłaca – podkreśla.

Codziennie po lekturze Biblii do herbaty Terenia i Zbyszek czytają cudze i swoje nowe wiersze, a potem o nich rozmawiają. Teraz właśnie poetka ma chwilę przerwy na czytanie innych. Czeka na jesień. – To pora zbierania jabłek – mówi. Wznosimy winem toast za spotkanie, stukając się kryształowymi kielichami. Terenia ma w swoim kilka kropli, my ze Zbyszkiem trochę więcej. – Pijesz z kieliszka Anny Kamieńskiej, przyjeżdżała i przy tym stole czytała nam nowe wiersze – wtajemniczają mnie w historię otaczających przedmiotów. Kiedy wychodzę, Terenia się cieszy, że serce nie przeszkodziło jej w tak długiej rozmowie.
– Nie boicie się śmierci? – pytam nie całkiem stosownie. – Skądże! – uśmiechają wyrozumiale, a Zbyszek otacza ramieniem Terenię. – Stoimy już na krawędzi, stąd wszystko widać lepiej.