Tęsknota

ks. Jerzy Szymik, teolog, poeta, profesor Wydziału Teologii Uniwersytetu Śląskiego

|

GN 49/2008

publikacja 07.12.2008 18:54

Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie, Dwie tylko: poezja i dobroć... i więcej nic... C. K. Norwid

Tęsknota

Dzisiaj o tęsknocie, koniecznej w niezbędniku teologów i poetów. Bo jeśli o niej nie teraz, w apogeum Adwentu, to kiedy? Najpierw wiersz Marty Tatrzańskiej. Powstał on w Jiretinie pod Jedlovou, a dotarł do mnie z piękną fotografią Frasobliwego. Wiersz nie ma tytułu, ale ma w sobie potężną dawkę tęsknoty. Dotyczy ona (chyba, jak rozumiem) w równej mierze zarówno człowieka, jak Boga; ona, przemożna: kiedy nas dopada pod Jedlovou, o siódmej rano, gdziekolwiek zresztą, kiedykolwiek. Posłuchajmy:
 

Sprawdziłam to jeszcze raz
o siódmej rano.
Na wzgórzu nie było nikogo
prócz mnie i spłoszonej sarny.
Opuszkami palców rozpoznawałam
Twoje oczy, rysunek brwi,
kształt policzków i linie warg.
Ponad dwieście lat wcześniej, zanim poczęli Cię twoi Rodzice,
kamienny Chrystus
zafrasował się Tobą
i usiadł na skraju majowego zagajnika
tuż obok Drogi Krzyżowej.


Teraz wiersz Tuwima („Pokaż się z daleka”), ukończony na krótko przed śmiercią poety. Nie jest to zapewne poetyckie arcydzieło (Tuwim bywał artystycznie znakomity, bez wątpienia, cokolwiek byśmy sądzili o politycznej stronie tworzonych przez niego tekstów), ale nasycenie tych niedopracowanych strof tęsknotą – niebywałe. I to u kogo… I owo przejmujące „dopełznę” – z krętą linią życia za sobą, linią znaczoną strużką krwi:
 

Pokaż się z daleka
Choćby z najdalszego
(Choćby o sto kroków)
Jakoś się dowlokę
Widmo i kaleka
Do witania twego.
Pokaż się. Dopełznę.
Przez ten bezmiar ziemi,
Trawy się czepiając
Wiatru i kamieni.
Dale wy bezbrzeżne!
Dale niedosiężne!
Krzyczeć będę z trwogi.
Modlić się śród drogi.
Konać – a dopełznę!

Tak dopełza żołnierz
Do figury świętej...
Za żołnierzem – ciurkiem
Krwawy strumyk kręty...
Blisko już – bliziutko.
Zaraz koniec męce:
Już Madonna Polna
Wyciągnęła ręce.

I mój wiersz („Kyrie”), z jubileuszowego 2000 roku, wiersz księdza w pewnym wieku. To znaczy księdza, który już pozbył się wielu złudzeń (na swój temat), ale – szczęśliwym trafem – nie przestał tęsknić. A może nawet robi to z większym natężeniem pragnienia i bezradności (pokory?) niż kiedyś…
 

Panie,
jest inaczej
niż być miało
ani góry,
ani morwy
nie rzucają się w morze na moje słowo
nieustannie idzie na burzę,
nieustannie czerwieni się zasępione niebo,
fale zalewają łódź, a wichry i jezioro nigdy nie są mi posłuszne
mam kilka ryb,
siedem chlebów
i nieskończoną wielość głodnych do wykarmienia
dotykałem tylekroć
Twojego płaszcza,
a nie jestem zdrowy
Ojciec Niebieski
ma coraz mniej pracy
z liczeniem moich włosów
a jestem w gorszym
położeniu niż Jair,
bo nie mam córki
mam oczy, a nie widzę,
mam uszy, a nie słyszę;
często też wpadam w ogień i w wodę
moje oczy wilgotnieją nieraz,
ale nie od Twojej śliny,
stąd też widzę niewyraźnie
ani odcięta prawica,
ani wyłupione oko
nie uczyniły mnie lepszym
tęsknię za Tobą.
Ulituj się nade mną.
Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić.


W którąś z majowych niedziel tego roku znalazłem się na rzymskim lotnisku Fiumicino – potwornie zmęczony, z perspektywą wielu godzin czekania na lot, z trudnymi doświadczeniami ostatnich dni. Gorycz sprzyja depresyjnym myślom – któż z nas tego nie zna? I oto dotarłem do lotniskowej kaplicy, nad drzwiami której wyryto po łacinie Mt 11,28: „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. Ach, cóż to była za radość, co za perspektywa. Tu spędzę piękną godzinę przed tabernakulum… Więc przekroczyłem fotokomórkowy próg kaplicy, z nadzieją na pokrzepienie. Ale wyrzucono mnie (prawie dosłownie) po 60 sekundach (sprzątamy, zamykamy, było już wystarczająco długo otwarte etc.). Jeszcze moje łzy nie obeschły (znów dosłownie), a Bóg już chciał, bym opuścił Jego przytulność, by łzy wysychały w biegu, w drodze ku ludziom. Oto co znaczy moje powołanie, myślałem: doznawać pocieszenia po to, by pocieszać innych. Pomagać Bogu pocieszać. Przecież nie tylko ja tęsknię.
Puenta, jak na Adwent przystało, jest prosta, ale dlatego też wspaniała. Niech ją wyrazi dwuwiersz poetki z Zabrza, Eli Buczkowskiej:
 

Wybrał sobie żłób na miejsce urodzenia
nie wzgardzi stajnią mego serca.


To był 57.- odcinek „Poezji i teologii”. Co znaczy prawie 5 lat comiesięcznej obecności tej rubryki w GN. Teraz wybieram się na roczny naukowy urlop. Czyli: do zobaczenia (a właściwie „do przeczytania”) w styczniu 2010 roku. Jeśli Bóg pozwoli, dodajmy skromnie, ale z ufnością.