Moskwa w Legnicy

Rozmowa Edwarda Kabiesza z Waldemarem Krzystkiem, reżyserem „Małej Moskwy”.

|

GN 47/2008

publikacja 24.11.2008 11:30

Edward Kabiesz: Pana film nie był faworytem tegorocznego festiwalu w Gdyni. Przyznanie „Małej Moskwie” głównej nagrody spotkało się z krytyką części środowiska filmowego. „Toż to wstydu trzeba nie mieć, koledzy!” – napisała o festiwalowych jurorach Agnieszka Holland.

Moskwa w Legnicy

Waldemar Krzystek: – Mój film nie mógł być faworytem, bo z wyjątkiem uczestników jednego pokazu w Legnicy nikt go wcześniej nie widział. Nie wypada mi komentować wygłaszanych na temat filmu opinii. Mieszkam na stałe we Wrocławiu i jestem dosyć daleko od środowiskowych sporów. Kiedy w 1992 roku w San Sebastian mój film „Zwolnieni z życia” otrzymał trzy nagrody, w tym Nagrodę Specjalną Jury i nagrodę FIPRESCI, nikt na festiwalu w Gdyni nawet o tym nie wspomniał.

Akcja „Małej Moskwy” rozgrywa się w Legnicy. Czym jest dla Pana Legnica?
– W Legnicy mieszkałem prawie przez dwadzieścia lat od trzeciego miesiąca życia. Tam chodziłem do liceum. Wychowałem się dwieście metrów od zamkniętej dzielnicy zajmowanej przez radzieckich żołnierzy i ich rodziny. Widziałem Rosjan w mundurach, niektórych poznałem. Mam tam wielu znajomych, słuchałem ich opowieści. Wiele z nich to znakomity materiał na scenariusz. Bohaterka „Małej Moskwy” ma swój rzeczywisty pierwowzór. Naprawdę nazywała się Lidia. Jej grób do dzisiaj znajduje się w Legnicy. Również wątek potajemnego chrztu dziecka ormiańskiego małżeństwa zainspirowany jest autentycznymi wydarzeniami. Sam byłem świadkiem takiego chrztu w kościele Świętej Trójcy. Podobnie autentyczna jest scena przekuwania gwiazdy na krzyż prawosławny w jednym z grobów.

„Mała Moskwa” to nie tylko melodramat, ale także film o relacjach polsko-rosyjskich.
– Najczęściej oglądamy filmy, w których Rosjanie są członkami mafii czy innymi czarnymi bohaterami. W moim filmie starałem się pokazać, jak wyglądały naprawdę relacje między Polakami i Rosjanami w tych czasach. Próbuję też opisać różnice w polskiej i rosyjskiej mentalności. Jest w filmie scena, kiedy oficer KGB mówi, że Rosjanie nie powinni czytać grubych książek. Dlaczego? Bo budzą one niezdrowe myśli i odrywają radzieckich ludzi od socjalistycznych obowiązków. To zadziwiające, że sprawa obecności rosyjskiej armii w Polsce po roku 1945 do tej pory nie pojawiła się w żadnym innym filmie czy książce.

Nad czym pracuje Pan obecnie?
– Chciałbym zrobić film o sensacyjnej akcji wrocławskiej „Solidarności” z 1981 roku. Jej działaczom udało się kilka dni przed wprowadzeniem stanu wojennego wyprowadzić z banku 80 milionów złotych, czyli cały budżet związku.