Jezus nad Sekwaną

Joanna Bątkiewicz-Brożek, współpracownica GN

|

GN 49/2010

dodane 13.12.2010 13:01

W Paryżu trwa jubileusz wieczystej adoracji w bazylice Sacré-Coeur. Od 125 lat, dzień i noc, ktoś czuwa i modli się tu za tętniące życiem i tonące w odmętach laicyzmu miasto.

Jezus w  absydzie rozkłada ręce, jakby chciał przytulić przekraczających próg kościoła. Jezus w absydzie rozkłada ręce, jakby chciał przytulić przekraczających próg kościoła.
Henryk Przondziono

Wzgórze Montmartre. Najwyższe wzniesienie w Paryżu. Z jego szczytu dominuje potężna bryła bazyliki Najświętszego Serca Jezusa. Biel bizantyjskich kopuł i romańskiej wieży zaskakuje oko każdego wjeżdżającego do miasta przybysza – to pierwsza perła architektoniczna na trasie szybkiej kolejki RER z obu lotnisk Paryża. U stóp wzgórza rozciąga się dzielnica lekkich obyczajów, plac Pigalle z symbolicznym Moulin Rouge, agencje prostytutek epatujące wulgarnymi zdjęciami nagich kobiet. Można tu trafić na obcokrajowca z nożem. Nędza, tandetne sklepy.

Trzeba pokonać blisko pół tysiąca schodów, by wyrwać się z tej „Sodomy i Gomory” i stanąć u wrót kościoła. Nad monumentalnym portykiem wita kamienny posąg Chrystusa z wyeksponowanym Najświętszym Sercem. Obok transparenty: „Przyjdźcie oddać cześć Panu”, „Pan czeka tu na Ciebie”.
We wnętrzu panuje półmrok. Ciszę zakłóca szmer przewracanych kartek przewodników, błysk fleszy oraz okrzyki służb porządkowych – bo tu fotografować nie wolno. Tłum posuwa się wokół nawy głównej. Niektórzy dyskutują. Czasem ktoś spojrzy na Jezusa patrzącego z absydy nad ołtarzem. Pantokrator odziany w białą szatę ma potężne ręce. Rozkłada je, jakby chciał przytulić przekraczających próg bazyliki. Uwagę przyciąga otoczone cierniami złote serce i przeszywające spojrzenie Jezusa. Wydaje się, że patrzy na każdego z osobna.

Garstka ludzi siedzi lub klęczy w ławkach. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest się tu świadkiem inscenizacji Ewangelii. Cisi, kalecy, samotni, Francuzi lub imigranci, ronią tu łzy, wpatrują się w tajemniczo ukrytą twarz Jezusa w Hostii. Jego obecność jest wyczuwalna, niemal namacalna. Modlących zalewa fala spokoju – znak niemej pociechy. „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni jesteście, a ja Was pocieszę” (Mt 11,28) – głosi napis. Bezdomna Murzynka wlecze więc za sobą cały dobytek: obdarty worek z kocem, postrzępione gazety (do spania), puszki i plastikowe kubki z MacDonalda (naczynia do posiłków). Podchodzi blisko Jezusa. Do postawionego na marmurowej posadzce koszyka wrzuca kartkę z intencjami i kilka euro.

W pierwszej ławce siada mama z kilkuletnią córeczką. Tłumaczy jej coś. Dziewczynka – ubrana w granatowy płaszczyk i czerwony berecik – wskazuje pytająco palcem na Najświętszy Sakrament. Kobieta przytakuje. Dziewczynka każe wyjąć mamie karteczkę i dyktuje. Potem biegnie do koszyczka i wrzuca swoją intencję. Przyklęka wpatrzona w Hostię. Obok siada młody mężczyzna – krawat, płaszcz z kaszmiru, jedwabny fular. Zdejmuje okulary i płacze. Za kilka chwil usiądzie tu też starszy paryżanin. Nie bardzo wie, jak się zachować w kościele – przyszedł po pogrzebie znajomej. Zmarła, 99-letnia mieszkanka Montmartre’u, chodziła tu na spotkanie z „Tym, który może wszystko”, tu nabierała sił do życia. On dowiedział się o tym dopiero na pogrzebie, od księdza. Przedtem nigdy tu nie zaglądał. Zostanie dłuższą chwilę: ręce w kieszeniach, ale wzrok wbity w Hostię.

Jak jaskółka pod dachem
Rok 1870. Trwa wojna francusko-pruska. Ojczyzna Napoleona III jest na przegranej pozycji. Paryż przeżywa czteromiesięczne oblężenie (z głodu ludzie jedzą nawet szczury). Przez kraj przetacza się fala zniechęcenia, rezygnacji. Francuscy katolicy chcą zamanifestować przywiązanie do Kościoła i wyprosić ocalenie Francji. Dwóch mężczyzn, Alexandre Legentil i Hubert Rohault de Fleury – ojcowie wielodzietnych rodzin, członkowie konferencji św. Wincentego à Paulo, którzy opiekują się bezdomnymi – twierdzi, że to nie wystarczy. Trzeba wybudować świątynię jako wotum, Francja ma oddać cześć Sercu Jezusa.
Władze Kościoła podchwytują pomysł. Kard. Guibert, arcybiskup Paryża, długo się zastanawia nad wyborem miejsca. Mężczyźni nalegają, by był to Montmartre.

Na Mons Martyrum (Wzgórze Męczeństwa) niegdyś wznosiło się opactwo, które wyrosło wokół niewielkiego romańskiego kościoła pod wezwaniem św. Piotra. Mury tego najstarszego w Paryżu obiektu sakralnego pamiętają uniesienia Tomasza z Akwinu, Joanny d’Arc, Ignacego z Loyoli (razem z Franciszkiem Ksawerym w 1534 r. założyli tu Towarzystwo Jezusowe), Franciszka Salezego czy Wincentego à Paulo. Metropolita nie jest przekonany. Pewnego październikowego ranka 1871 r. gęsta mgła zakrywa miasto. Abp Guibert przechadza się zamyślony. Nagle przez mgłę przebija się snop promieni słonecznych i rozświetla Montmartre. Duchowny nie ma już wątpliwości. Kilka miesięcy później gotowy jest tekst poświęcenia Francji Sercu Jezusa. W zamian za oddalenie nieszczęść wojny, Francuzi zobowiązują się do budowy sanktuarium i „do miłości do Kościoła i Ojczyzny”.

Po 33 latach Francja podpisze rozdział Kościoła od państwa i zatwierdzi jego laicki status. A budowa Sacré-Coeur będzie ostatnią, którą wesprze finansowo państwo. Przedsięwzięcie jest gigantyczne: fundamenty bazyliki muszą trzymać się na 83 palach wbitych na głębokość 33 metrów. Setki ton kamieni przywożone są z północy Francji. Pochłania to wszystkie finanse przekazane przez Zgromadzenie Narodowe. Kościół powstaje więc z datków wiernych. Ostateczne poświęcenie – kilkakrotnie wstrzymywane m.in. przez George’a Clemenceau i antyklerykałów po 1905 r. oraz przez wojnę – ma miejsce w 1919 roku. – Cały jednak czas od chwili wzniesienia fundamentów trwa tu wieczysta adoracja. Na początku w podziemiach – mówi ks. Jean Laverton, obecny rektor bazyliki.

Ks. Laverton z dumą opowiada, że w surowej scenerii podziemnej kaplicy modliła się św. Teresa od Dzieciątka Jezus (stąd, mając 14 lat, zaczynała jedyną w swoim życiu pielgrzymkę – do Santiago de Compostela i do Rzymu – by błagać papieża o pozwolenie na wstąpienie do Karmelu). – Tereska – ciągnie rektor – po nieudanej misji do Rzymu, wysłała na adres bazyliki złotą bransoletkę, jedyne, co miała. „Dar na budowę Kościoła” – napisała. Bransoletkę tę umieszczono w największej monstrancji, której używamy z okazji uroczystości. Tu Jan XXIII jako nuncjusz apostolski w Paryżu przychodził – jak żartobliwie twierdził – „schronić się jak jaskółeczka pod dachem potężnej bazyliki”. 1 czerwca 1980 r. na Montmartre podjechała limuzyna, z której wysiadł Jan Paweł II. Była 12 w nocy. Polski papież przyjechał do bazyliki poza programem – bo bez spotkania z Jezusem w Sacré-Coeur nie wyobrażał sobie opuszczenia Paryża. Wychodząc, powiedział: „Wizyta ta jest momentem szczególnej łaski dla mnie i dla całego mojego życia”.

Światło
Rektor opowiada pielgrzymom o tych wizytach świętych. Robi to z taką pasją, że kilkudziesięciu skautów, którzy przyjechali na nocne czuwanie, otwierające tegoroczny Adwent, chce nocować w podziemiach. Rezygnują z miejsca w przylegającym do kościoła domu pielgrzyma. Mówią: – Przyjechaliśmy modlić się w odpowiedzi na apel Benedykta XVI w intencji życia. Chcemy ponieść jakąś ofiarę i rezygnujemy z poduszki i ciepłej kołdry. Skauci mieszają się z tłumem. Czuwanie rozpoczyna procesja światła do bramy głównej bazyliki. Otwierają się mosiężne drzwi. Jak na dłoni błyszczy cały Paryż. Ks. Laverton tłumaczy symbolikę tego gestu: – Wtedy widać, że Serce Jezusa zwrócone jest do mieszkańców metropolii. Jezus patrzy na dachy, pod którymi dzieje się tak wiele: od radości do rozpaczy. Ale miłość Chrystusa pochyla się nad tym wszystkim. W odpowiedzi co noc od 125 lat ktoś zawsze tu czuwa.

Bywa, że paryżanie przychodzą po pracy. Niektórzy na seminaria, np. z zakresu bioetyki, nauki społecznej Kościoła, o Biblii. Inni dostają pokój i zapisują się na konkretną godzinę czuwania. Rano wracają do pracy.
Ks. Jean opowiada, jak pewnej nocy, w czasie II wojny światowej, w pobliżu Sacré-Coeur spadły bomby. W kościele modliło się kilkadziesiąt osób. Siła wybuchu była tak wielka, że wysadziła wszystkie okna i witraże w bazylice. Nikt nie ruszył się z miejsca. Trwali na modlitwie. – Jeśli Bóg tu jest, czegóż się bać – mówi. Stolica Francji jest dziś wielokulturową metropolią, gdzie niewyobrażalne bogactwo i tzw. wielki świat przeplatają się z nędzą, przestępczością. Nad Sekwaną coraz mniej jest miejsca dla transcendentnych odniesień człowieka – natarczywy kult materializmu zagłusza potrzebę obcowania z Bogiem. Ale Sacré-Coeur jest nadzieją. Szczyt bazyliki całą noc oświetla intensywne światło. Zdarzyło się, że z powodu awarii zgasło. Wtedy telefon w bazylice się urywał. – Co się stało? Ks. Laverton: – To znak, że ludzie są przywiązani do Chrystusa, nawet jeśli nie zawsze i nie wszyscy Go odwiedzają. Światło to jest znakiem, że ktoś zawsze czuwa. Że Bóg tu cały czas czeka.

Tagi: