Rzucił mnie na głęboką wodę

Andrzej Kerner

|

GN 31/2010

publikacja 05.08.2010 13:05

To był cudowny człowiek! Dobry, prosty, często śpiewał – wspomina bł. Jana XXIII brat Alberto Andreani, od 70 lat żyjący w Stambule.

Rzucił mnie na głęboką wodę Pomnik Jana XXIII przed kościołem św. Franciszka w Istambule Henryk Przondziono /GN

Nuncjusz apostolski abp Antonio Lucibello otwiera przed nami drzwi kaplicy w tzw. starej Delegaturze Apostolskiej w Stambule przy ulicy Papa Roncalli. Tu przez 9 lat delegatem apostolskim dla Turcji i Grecji był abp Angelo Giuseppe Roncalli, przyszły papież Jan XXIII. Obecnie delegatura jest zamknięta, służy tylko od czasu do czasu gościom i nuncjuszowi, który na co dzień urzęduje w Ankarze. Monsignor Lucibello wprowadza nas do kaplicy mieszczącej się na parterze delegatury. Pokazuje klęcznik swojego poprzednika, stojący do dziś po prawej stronie kaplicy, przed ołtarzem. Zwraca uwagę na płaskorzeźby zdobiące klęcznik abp. Roncallego. Sam wymyślał ich motywy. Nad ołtarzem bocznym wisi obraz bł. Jana XXIII.

Delegat apostolski: nieformalny, ale skuteczny
- Okres pobytu w Turcji i wcześniejsze 10 lat w Bułgarii były dla niego bardzo ważne. Tu właśnie zrozumiał, że Kościół musi być dla całego świata, że nie może być zamknięty w sobie. To doprowadziło go do myśli o zwołaniu soboru. Myśl o Kościele otwartym i posłanym do całego świata Jan XXIIII powtarzał jeszcze na łożu śmierci – mówi bp Louis Pelâtre, wikariusz apostolski Stambułu i Ankary. Na ścianie w antykamerze kurii wisi obraz, na którym stojący nad brzegiem Bosforu Jan XXIII podaje Komunię św. bp. Pelâtre. Abp Roncalli przybył do Stambułu w 1935 r. i przebywał tu do końca 1944, kiedy został mianowany nuncjuszem w Paryżu. Nigdy nie skarżył się ani nie zabiegał o awans z Bułgarii czy Stambułu na bardziej prestiżową placówkę. „Nie uczynię nigdy, ani pośrednio, ani bezpośrednio, żadnego kroku, by spowodować jakąkolwiek zmianę w obecnej mej sytuacji, troszczyć się będę tylko o dzień dzisiejszy, pozwalając, by inni mówili, działali, wyprzedzali mnie, jeśli chcą. Sam o moją przyszłość zabiegać nie będę” – pisał w „Dzienniku duszy”.

Stambuł był miejscem trudnym z wielu powodów. Politycznie, bo młode państwo tureckie budowane na idei nacjonalistycznej nie uznawało prawnej osobowości Kościoła katolickiego (tak zresztą jest do dziś). A jednak abp Roncalli, przedstawiciel Stolicy Apostolskiej, zyskał sobie niesłychany szacunek i przyjaźń dyplomatów. Jeden z nich – ambasador Niemiec Franz von Papen – pomagał abp. Roncallemu w akcji ratowania Żydów z Polski, Słowacji, Węgier czy Bułgarii w czasie II wojny światowej. – Von Papen codziennie służył Roncallemu do Mszy św. Ufundował ten witraż – abp Lucibello pokazuje nam okno przy schodach prowadzących na piętro delegatury. Po wojnie abp Roncalli wstawił się za von Papenem podczas procesu norymberskiego, zaświadczając o jego pomocy w ratowaniu Żydów. Von Papen został uniewinniony. Jeszcze bardziej skomplikowane były relacje z wieloma Kościołami Wschodu, które właśnie w Turcji miały wiele swoich patriarchatów i zwierzchności. Przyszły papież swoją dobrocią, taktem, a także poczuciem humoru przełamywał bariery, przygotowując soborowy przełom ekumeniczny. Nieporozumienia – by rzecz ująć delikatnie – między chrześcijanami rozdzielonymi wiekami życia w nienawiści doprowadziły go do prostej idei, by szukać tego, co łączy, a nie tego, co dzieli.

Fra Alberto
– Nigdy nie myślałem, że on zostanie papieżem! – śmieje się brat Alberto Andreani, 95-letni kapucyn. – Roncalli był dla mnie jak ojciec. On mnie rzucił na głębokie wody. Ja byłem nieśmiałym chłopakiem, a to, co on ze mną zrobił, zmieniło mnie. O mamma mia! Ilu ja kardynałów i ambasadorów poznałem! – opowiada brat Alberto – o twarzy pociągłej, z krótko przystrzyżonym wąsikiem, co chwila wybuchający śmiechem i dowcipnie puentujący. Brat Alberto przyjechał do Stambułu w 1940 r. – Wtedy nasz klasztor był zrujnowany, ale Roncalli często tu przychodził. Miał tu swój pokój. Nie wymagał wiele dla siebie: miska z wodą do mycia mu wystarczała. To był cudowny człowiek! On był dobry, prosty, często śpiewał. Przystawał na ulicy, rozmawiał z ludźmi, czy to był ambasador, czy zwykły rybak z Yeşilköy – wspomina Alberto Andreani OFMCap. – Roncalli mi mówił: Alberto, bądź uśmiechnięty i gościnny, to jest twoje powołanie. I tego się trzymam! Często gościliśmy wielkich gości zapraszanych przez Roncallego.

Zapraszał mnie do siebie, żebyśmy razem coś zjedli. Zawsze o mnie pytał. Byłem jak jego syn. Policja, widząc to, zaczęła się z szacunkiem odnosić do mnie – opowiada brat kapucyn. – Roncalli był świętym człowiekiem. Gdy tylko mu wspomniałem o jakimś biedaku, natychmiast szliśmy razem do niego. Ilu ludzi, dyplomatów on umiał zgromadzić przy sobie. Ile spraw załatwił dzięki swoim przyjaźniom! O tym w książkach nie przeczytacie. Pewnego razu w czasie wojny pojechałem z nim na dworzec kolejowy i Roncalli na pół godziny wstrzymał „Orient Express”! Bo musiał tam przeprowadzić ważną rozmowę z ambasadorem. Ale ty jedz, jedz, musisz dużo jeść – zachęca mnie brat Alberto. – Tylko spróbujcie o mnie coś źle napisać, to nie dam wam po śmierci spokoju. Ja się urodziłem za Benedykta XV, a umrę za Benedykta XVI; pamiętajcie, jak w telewizji powiedzą, że nie żyję, to się macie za mnie pomodlić. A teraz sobie jeszcze posiedźcie, ja muszę już iść, bo mam jeszcze dużo pracy – śmieje się do nas dziarski staruszek kapucyn, bliski świadek życia Jana XXIII w Stambule.

Pociąg do Bergamo
Długo błądzimy prowadzeni sprzecznymi wskazówkami, wreszcie trafiamy do domu opieki, w którym przebywa ks. prałat Georges Marovitch. Do niedawna bardzo wpływowa postać Kościoła katolickiego w Turcji, rzecznik konferencji biskupów. Urodzony w Stambule, brat poprzedniego tutejszego biskupa Antuvana Marovitcha. Miał wiele kontaktów w sferach rządowych, jest zwolennikiem akcesji Turcji do UE. Według niego, to jedyna szansa na poszanowanie praw tutejszego Kościoła. Dziś siedzi pochylony w wózku inwalidzkim. To efekt dziwnego wypadku, któremu uległ trzy lata temu na rzymskim dworcu kolejowym. Stojąc na peronie, tuż przed wjazdem pociągu upadł na tory i został ciężko ranny. Wypadek zdarzył się dosłownie nazajutrz po wyborach w Turcji, w których zwyciężyła proeuropejska partia premiera Erdogana, co ks. Marovitch przywitał bardzo przychylnym oświadczeniem. Stoimy przy jego wózku inwalidzkim. Widzę, że o. Andrzej Madej, dyplomata należący do nuncjatury w Ankarze – ks. Marovitch był mu pomocą i wsparciem podczas trudnych lat w Turkmenistanie – jest wyraźnie wstrząśnięty stanem zdrowia człowieka, który do niedawna był szarą eminencją tutejszego Kościoła. Ks. Marovitch ledwo nawiązuje kontakt. Ożywia się tylko w jednym momencie: kiedy pada pytanie o to, czy znał Jana XXIII. – To on mnie bierzmował! – ks. Marovitch odwraca głowę w naszą stronę, jego oczy iskrzą, po raz pierwszy uśmiecha się. Feralny pociąg miał zawieźć ks. Marovitcha do Bergamo, w rodzinne strony Jana XXIII, które chciał odwiedzić.

PS. Kończąc cykl artykułów o Turcji, chcę serdecznie podziękować o. Andrzejowi Madejowi OMI, naszemu przewodnikowi po ziemi pierwotnego Kościoła, gdzie chrześcijanie są dzisiaj tak udręczeni.