Uczucia mieszane

Tomasz Gołąb

|

GN 45/2009

dodane 05.11.2009 11:55

Schody zaczynają się, gdy narzeczeni decydują, gdzie wziąć ślub: w cerkwi, czy w kościele? Ale to dopiero początek ekumenicznych problemów małżeństw mieszanych. Jak się później wspólnie modlić? Które święta obchodzić? Gdzie ochrzcić dzieci?

Uczucia mieszane Dokonanie wyboru, gdzie wziąć ślub, to dopiero początek problemów, przed jakimi stoją małżonkowie należący do różnych Kościołów fot. Tomasz Gołąb

W Siemiatyczach są dwie cerkwie i dwa kościoły katolickie. Wśród 17 tys. mieszkańców jedna trzecia to prawosławni. Więc małżeństw mieszanych wyznaniowo jest tu sporo. Miesiąc temu batiuszka błogosławił związek Doroty Koc i Krystiana Kaczmarka. Ona prawosławna, on katolik. Ona stąd, on z Poznania. Ustalili, że ślub biorą w cerkwi, a dzieci chrzcić będą w świątyni katolickiej. Ona wystąpiła o dyspensę do prawosławnego metropolity Sawy i przyjęła do wiadomości jego zobowiązanie do wychowania dzieci po katolicku. Prawo kanoniczne zezwala na ślub katolika z osobą innego wyznania pod warunkiem, że strona katolicka oświadczy, że „jest gotowa odsunąć od siebie niebezpieczeństwo utraty wiary” i złoży przyrzeczenie, że „uczyni wszystko, co w jej mocy, aby wszystkie dzieci zostały ochrzczone i wychowane w Kościele katolickim”. Strona niekatolicka powinna być powiadomiona o przyrzeczeniu.

– Bardzo irytowało mnie, że muszę podpisać, iż „przyjmuję do wiadomości”, czyli właściwie – zgadzam się na wychowanie moich dzieci w wierze męża. Wyglądało na to, że Kościół katolicki łaskawie się godzi na ślub z moim narzeczonym, pod warunkiem, że zerwę z prawosławiem – mówi mama kilkuletniego Antosia, zastrzegając anonimowość. Łudzi się, że dzieci, z którymi chodzą naprzemiennie do cerkwi i do kościoła, będą czuły się bogatsze, bo wychowane w dwóch tradycjach. Ma nadzieję, że kiedyś same zdecydują, która z nich jest im bliższa. Sama wzrastała w domu prawosławno-katolickim. Ojciec był prawosławnym teologiem, dwóch wujów – duchownymi w cerkwi. Ale mama była wyznania katolickiego. Z domu wyniosła więc szacunek do jednej i drugiej tradycji, choć ma poczucie, że wymagając deklaracji wychowania dzieci w wierze katolickiej, Kościół nadużywa pozycji „monopolisty”.

Kiedy mama Antka kładzie go do łóżka, modli się z nim i po katolicku, i po staro-cerkiewno-słowiańsku. Z mężem nie mają okazji wspólnie się modlić. Czuje, że w tej ważnej kwestii brak w ich małżeństwie jedności. – Już u samego początku takie małżeństwo przeżywa poważne „rozejście”, choć przecież z zasady ma prowadzić do jedności. Zamiast okazji do wzrastania w miłości małżeńskiej i rodzicielskiej – małżonkowie u początku swojej drogi spotykają rysę podziału – mówi bp Tadeusz Pikus, który brał udział we wspólnych pracach Komisji Teologicznej Polskiej Rady Ekumenicznej i Komisji ds. Dialogu między PRE a Episkopatem nad projektem dokumentu, który ułatwiłby życie małżonkom różnego wyznania.

Projekt deklaracji dotyczącej małżeństw osób o różnej przynależności wyznaniowej przewiduje, że rodzicom pozostawi się wolność w sprawach wyboru wiary, w jakiej będą wychowywane ich dzieci. Entuzjazm narzeczonych różnych wyznań jest jednak przedwczesny. Właśnie ten punkt wzbudza najwięcej wątpliwości.

– W projekcie dokumentu „Małżeństwo chrześcijańskie o różnej przynależności wyznaniowej” nie ma wprost odejścia od tego wymagania, ale proponuje się małżonkom, by sami w sposób odpowiedzialny dla dobra wiary i swoich dzieci podjęli tę decyzję. Tu pojawia się problem eklezjalny – wspólnota wiernych odpowiedzialna jest przecież za swoich członków. Dokument postuluje zniesienie tej odpowiedzialności – mówi bp Tadeusz Pikus, zastrzegając, że tekst deklaracji jest zaledwie projektem bez definitywnej autoryzacji ze strony Kościołów. Strony dialogu mają świadomość, że wersja ta wymagałaby w Kościele katolickim co najmniej rozpoznania Stolicy Apostolskiej. – Od tego wymagania Kościół lokalny odejść nie może – podkreśla bp Pikus, otwarcie przyznając, że na tym etapie Kościół katolicki nie widzi dobrego rozwiązania problemów małżeństw mieszanych. Gorzej – może go jeszcze długo nie być. – Rzecz w tym, by nie szukać tego, co jest łatwiejsze, ale tego, co jest lepsze, czyli bliższe prawdy.

Tagi: