Miejsce religii jest w szkole!

Wiesława Dąbrowska-Macura, sekretarz redakcji

|

GN 47/2008

publikacja 20.11.2008 11:53

Katecheza jest szkole bardzo potrzebna. Bo jest jedyną przeciwwagą dla politycznej poprawności, którą serwuje uczniom szkoła.

Miejsce religii jest w szkole! W większości szkół katecheza prowadzona jest profesjonalnie. Być może to najbardziej przeszkadza jej przeciwnikom fot. Romek Koszowski

Od paru lat początek roku szkolnego stawał się doskonałą okazją do zakwestionowania obecności katechezy w szkole. W tym roku jest nieco inaczej. Krytyka szkolnej katechezy nie schodzi z łamów dzienników i tygodników już od trzech miesięcy. Zarzuty najczęściej stawiane dotyczą kompetencji nauczycieli religii, a właściwie jej braku, oraz treści przekazywanych uczniom na katechezie, zwłaszcza podlegających ocenie moralnej zagadnień związanych z seksualnością człowieka oraz przekazywaniem życia i poszanowaniem go od poczęcia do naturalnej śmierci. Tygodnik „Polityka” poszedł dalej, twierdząc na swoich łamach, że religia szkodzi szkole.

Nie chcą, ale chodzą
Można powiedzieć, że w poprzednich latach do ataku „zachęcał” sam Kościół: a to domagając się wliczania oceny z religii do średniej, a to proponując umożliwienie zainteresowanym uczniom zdawania matury z religii. Dyskusje na ten temat jednak dawno ucichły. Przeciwnicy szkolnej katechezy postanowili więc do tematu podejść z innej strony. Na zlecenie dziennika „Polska” zbadano opinie rodziców na temat nauczania religii w szkole. Okazało się, że 50 proc. ankietowanych opowiedziało się za powrotem katechezy do parafialnych salek. A kiedy jeszcze nagłośniono pojawiające się tu i ówdzie przypadki rezygnowania przez uczniów z uczęszczania na katechezę, przeciwnicy nauczania religii w szkołach uznali, że mają wreszcie niepodważalny argument za wyrzuceniem tego przedmiotu ze szkół. Niedawno ks. Tomasz Jaklewicz pisał w „Gościu”, że praktycznie na początku każdego roku szkolnego w szkołach odbywa się referendum na temat religii w szkole. Podpisując deklaracje, w których wyrażają życzenie, by ich dziecko uczęszczało na lekcje religii, rodzice popierają szkolną katechezę. Robią to całkowicie dobrowolnie, w przypadku starszych dzieci zapewne w większości za ich zgodą. Jak wypada to referendum? Z danych Komisji Wychowania Katolickiego wynika, że 90 proc. rodziców uczniów szkół podstawowych życzy sobie, by ich dzieci uczęszczały na religię. Udział dziecka w lekcjach religii zadeklarowało też prawie 90 proc. rodziców gimnazjalistów. W katechezie zdecydowało się uczestniczyć średnio 75 proc. licealistów.

Nie ma dobrych katechetów?
Krytycy szkolnej katechezy sugerują, że religii w szkołach uczą osoby nieprzygotowane do zawodu, ale ślepo posłuszne Kościołowi. Autorka „Polityki” przytacza przykłady, delikatnie mówiąc, nierozsądnych i niedouczonych katechetów. No tak, nauczyciele innych przedmiotów to sami geniusze i świetni pedagodzy, a religii uczą sami nieudacznicy i religijni fanatycy. W wielu szkołach katecheci świetnie odnajdują się w gronie pedagogicznym, mają doskonały kontakt z dziećmi i młodzieżą oraz z rodzicami. Beata Siwiec jest katechetką od 17 lat. Pracowała w trzech szkołach, uczyła dzieci i młodzież w różnym wieku. Od września br. katechizuje gimnazjalistów w Zespole Szkół nr 1 w Jastrzębiu-Zdroju. Ma dobry kontakt z uczniami, nie ma problemu z dyscypliną na lekcjach, potrafi wytłumaczyć nawet najbardziej zawiłe zagadnienia teologiczne. Od lat przygotowuje uczniów do konkursów biblijnych i prowadzi kółko biblijne. W tych zajęciach, odbywających się po lekcjach, regularnie co tydzień uczestniczy kilkudziesięciu gimnazjalistów. A podobno – jak twierdzą przeciwnicy szkolnej katechezy – tematyka religijna młodzieży nie interesuje. Chodzą na religię, bo rodzice im każą (ci sami, którzy uważają katechezę za przedmiot zbędny?) albo żeby nie mieć kłopotów w przyszłości, kiedy przyjdą do kościoła po ślub. Z tonu ostatnich publikacji na temat szkolnej katechezy można wywnioskować, że do polskich szkół chodzą wyłącznie dzieci niewierzących rodziców, a w szkołach ponadgimnazjalnych uczy się tylko ateistyczna młodzież. Takiej opinii przeczy doświadczenie pani Beaty.

Jak to w szkole bywa
Nie tylko jej. W Szkole Podstawowej nr 1 w Rudzie Śląskiej pracują trzy katechetki. Wszystkie przygotowują uczniów do różnych konkursów o tematyce religijnej. Justyna Olszewska i Joanna Potaczek prowadzą zajęcia pozalekcyjne, na których przygotowują uczniów do konkursu biblijnego. Organizują też Szkolne Koło Caritas. Chętnych do udziału nie brakuje. W jednym z liceów w Bytomiu katecheta przez kilka lat prowadził kółko filozoficzno-teologiczne. Zajęcia cieszyły się zainteresowaniem także uczniów z innych bytomskich liceów. Takich przykładów można przytaczać wiele. Bo, wbrew opinii krytyków szkolnej katechezy, katecheci wcale nie są gorszymi nauczycielami i mniej oddanymi uczniom pedagogami niż nauczyciele innych przedmiotów. Podobnie jak nauczycielom innych przedmiotów, tak i katechetom różnie wychodzi przekazywanie wiedzy. Jedni bardziej się starają, inni mniej. To zwykła szkolna rzeczywistość. Z tego jednak nie należy wyciągać wniosków, że katechezę należy wyrzucić ze szkoły, bo jej szkodzi. Czy zły matematyk lub anglista uczący dzieci mniej szkodzi szkole? Czy z faktu, że po kilkunastu latach uczenia się w szkole języków obcych uczniowie nie potrafią w nich się porozumiewać, ktoś wyciąga wniosek, że należy zrezygnować z uczenia języka obcego w szkole?

Tak uczy Kościół. Co w tym złego?
Uczniowie Beaty Siwiec mogą na lekcjach dyskutować. Co nie znaczy, że nie powinni poznać stanowiska i argumentów Kościoła. Czy je przyjmą za swoje, to ich wybór. Mogą nie zgodzić się z nauczaniem Kościoła, ale powinni je poznać. Katecheta ma prawo, a nawet obowiązek sprawdzić, czy uczniowie opanowali wiedzę. To nic dziwnego ani niestosownego. Czy nauczyciel matematyki dyskutuje z uczniem o tym, czy zgadza się ze wzorem na objętość kuli? Nie. Oczekuje, że tę wiedzę uczeń opanuje i już. Albo historyk – czy nie odpytuje ze znajomości faktów historycznych, nawet jeśli uczeń ma inny pogląd na ich interpretację? I jakoś nikogo to nie oburza.

Krytyka nie zamach
Częste ostatnio w tzw. świeckiej prasie wytykanie mankamentów szkolnej katechezie wcale nie ma na celu jej naprawienia. Ma tylko dostarczyć argumentów za usunięciem nauczania religii ze szkół. Ale nawet nieżyczliwi krytycy mogą okazać się użyteczni. W tych niewątpliwie krzywdzących i przesadzonych opiniach jest ziarno prawdy. Bo prawdą jest, że szkolna katecheza nie jest idealna. I nie wszyscy uczący religii do tego się nadają. Programy nauczania, także te najnowsze, również nie są doskonałe. Ojciec gimnazjalistki i dwóch synów w podstawówce zauważył, że w zaproponowanym materiale brakuje jasnego powiązania wiedzy z życiem. W podręcznikach do religii dzieci nie znajdują odpowiedzi na swoje pytania. Ale znajdują odpowiedzi na pytania, których nie stawiają. Warto słuchać opinii krytycznych, zwłaszcza gdy pojawiają się w środowiskach kościelnych. Bo najczęściej wypływają z troski o poziom i skuteczność nauczania religii. Debata o poziomie i kształcie szkolnej katechezy jest bardzo potrzebna.