Nawet diabły tańczą dla Maryi

Marcin Jakimowicz

|

GN 31/2005

publikacja 05.08.2005 15:34

Indianie w Boliwii modlą się cztery tysiące metrów nad poziomem morza. To prawdziwa „chwałana wysokości”. Ich biskupem zostanie Polak: ks. Krzysztof Białasik. Nic dziwnego,spędził tam połowę życia.

Ks. Krzysztof Białasik Ks. Krzysztof Białasik
pokochał boliwijskich Indian. We wrześniu zostanie ich biskupem.
Józef Wolny

Wysoko. Na polskie Rysy można spoglądać z góry. Powietrze rozrzedzone. Jak reaguje nieprzyzwyczajony organizm? Serce wariuje. Bije tak mocno, jakby miało wyskoczyć z piersi; człowiek często wpada w panikę. Po wyjściu z samolotu ma się wrażenie, że nogi są z waty. Łatwo zemdleć. Nocą często brak powietrza powoduje duszności. Niewielu kapłanów decyduje się na pracę w Boliwii. Ksiądz Krzysztof Białasik, polski werbista, pojechał tam przed dwudziestu laty. Oruro to jego dom. We wrześniu przyjmie święcenia biskupie. Będzie pasterzem Indian.

Pan Bogu świeczkę, a diabłu cygaro
Boliwijski Kościół ma olbrzymie poparcie społeczne, sięgające aż 85 proc. To fenomen. Biskupa nie może zabraknąć na najważniejszych uroczystościach. – Gdyby Krzysiek nie pojawił się na karnawale, wszystkie gazety opisałyby to na pierwszych stronach – śmieją się koledzy biskupa nominata. Bo karnawał to dla Boliwijczyków świętość. Tańczą dla Matki Boskiej, której wizerunki są dosłownie wszędzie. Często poprzebierani są w demoniczne maski. – Tu nawet diabły tańczą dla Maryi – śmieje się ks. Krzysztof.

Wierzenia indiańskie są tak ściśle wymieszane z katechizmem Kościoła, że misjonarze często nie próbują nawet tego prostować. By nie rozzłościć złych duchów, na wszelki wypadek Indianie składają im dary. W usta figurki, zwanej popularnie „wujkiem” (el tío), wkładają liście koki, cygara, papierosy. To popularna między Odrą a Bugiem zasada: Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, tyle że bardziej spektakularna – śmieją się werbiści. Matka­-ziemia (Pachamama) ma dla nich wymiar sakralny, przypisują jej charakter osobowy. Ziemia jest „kimś”, a nie „czymś”.

Podlewają alkoholem ziemniaki
Niełatwo mówi się Boliwijczykom o Bogu miłosiernym – opowiada ks. Białasik. I choć nie ma właściwie kościoła, w którym nie byłoby obrazu „Jezu, ufam Tobie”, a Koronka do Miłosierdzia Bożego jest jedną z najpopularniejszych modlitw, Indianie często są przekonani, że Bóg karci za zło. Tak nauczyli ich przed wiekami misjonarze, którzy dotarli do Ameryki Południowej.

Boliwijczycy są twardzi, z trudem wyrywają skalistej ziemi jej owoce. To ludzie ogromnie ciężkiej pracy. Na wysokości 4000 metrów nic nie rośnie, rolnictwo na Altiplano jest przedsięwzięciem trudnym i mało intratnym. Jednym z największych świąt jest sadzenie ziemniaków. Indianie Ajmara stroją wtedy swe kapelusze w kwiaty.

– Praca na roli jest poprzedzona bardzo często dniem postu i intensywnej modlitwy – opowiada ks. Tomasz Szyszka, który w Boliwii spędził kilka lat. – Rozpoczęcie prac jest zawsze w życiu rodziny momentem przełomowym. W modlitwach uczestniczą też dzieci, ponieważ Ajmarowie wierzą, że dzieci, jako osoby niewinne, są w stanie szybciej uprosić potrzebne błogosławieństwo. Indianie, przychodząc na poletka, które mają zamiar obrabiać, zdejmują kapelusze, robią znak krzyża i modlą się przez dłuższą chwilę. Następnie obchodzą cały obszar przeznaczony np. pod sadzenie ziemniaków i kropią go alkoholem. Kobiety przygotowujące sadzeniaki przemawiają do nich, proszą je, aby dobrze, zdrowo rosły. Mężczyźni dokonują „otwarcia” ziemi: robią pierwszą bruzdę w polu. Składa się w niej w ofierze specjalnie udekorowany ziemniak, obficie zroszony alkoholem. Rodzina przygotowuje też inne dary dla „Pachamama”: liście koki, kopalu, czerwone wino i alkohol.

Wyobrażam sobie polskich rolników, którzy ruszając na sadzenie ziemniaków, berety stroją różami i oblewają pole alkoholem. Nie, u nas to nie przejdzie. Jednak, co kraj to obyczaj… Jedno jest podobne: młodzi coraz częściej uciekają do miast. Pracują tam w kopalniach, a często, by wytrzymać niesłychanie trudne warunki pracy i skrajne ubóstwo, żują liście koki. Wielu ucieka za granicę. W samej Argentynie pracuje 2 miliony Boliwijczyków. Zaledwie 5 proc. Boliwijczyków żyje w dobrych warunkach – opowiada biskup nominat – dlatego często wychodzą na uliczne demonstracje. Najczęściej akcje wybuchają w Oruro, skąd ludzie idą przez kilka dni do La Paz.

– Pójdzie ksiądz z nimi? – pytam. – Pójdę. Przede wszystkim po to, by być mediatorem. Już nieraz występowałem w tej roli. Robotnicy bardzo liczą się ze zdaniem Kościoła, bo on w całej historii Boliwii nigdy ich nie zawiódł – opowiada ks. Krzysztof. Kościół zawsze stawał po stronie najuboższych. Sam nie jest bogaty – straciłby wówczas swą wiarygodność. Biskupi mieszkają bardzo, bardzo skromnie.

Po co ten Jezus zmartwychwstał?
Indianie są często nieufni. Łatwo nie wpuszczą cię do domu. Rozmawiają w drzwiach. Ks. Krzysztofa wpuścili dopiero po kilku latach. – Zdobyłem ich zaufanie, zaprzyjaźniliśmy się. Ale po kolędzie się nie chodzi. To zbyt intymne – śmieje się misjonarz.

Boliwijczycy bardzo płakali po śmierci Jana Pawła II. Pamiętali jego wizytę w 1988 roku w Oruro, gdzie spotkał się z najbiedniejszymi. Ogłoszono trzydniową żałobę, a ludzie reagowali bardzo spontanicznie. Kościoły otwarte były dzień i noc.

Czego biskup Indian nauczył się od nich? – Prostego tłumaczenia spraw Bożych i podejścia do życia i śmierci – opowiada ks. Krzysztof. Na śmierć patrzy się zupełnie inaczej niż w rozhisteryzowanej Europie. Jest szczęśliwym końcem, odejściem do krainy przodków. – Ja tam przestałem bać się nieboszczyków! Musiałem nawet… jeść z nimi kolację – śmieje się. Bo zmarły to świętość. Indianie tłumnie przychodzili na uroczystości Wielkiego Piątku, ale na Wielkanoc kościół świecił pustkami. „Po co ten Jezus zmartwychwstał? Po co wracał na ten pełen cierpienia i problemów świat? Przecież dołączył już do przodków, do Ojca” – dziwili się Boliwijczycy. Wytłumaczyliśmy im. W tym roku na Rezurekcji było tyle osób ile w Wielki Piątek. Zrozumieli, że na śmierci się nic nie kończy. Dopiero potem jest życie.