Bóg tej walki nie chce

Franciszek Kucharczak

|

GN 26/2005

publikacja 22.06.2005 20:26

Ludzie zamknęli probostwo i pilnują go dzień i noc. Nie wpuszczają nowo mianowanych duszpasterzy. „Ksiądz Grzegorz jest nasz” – napisali na transparencie. Mylą się. Ksiądz należy do Kościoła.

Bóg tej walki nie chce Miasteczka Śląskiego pilnują, aby plebanii nie opuścił odwołany przez biskupa administrator parafii. PAP/Andrzej Grygiel

Czerwiec, Miasteczko Śląskie. Przy furtce i na schodach probostwa czuwają kobiety i mężczyźni, głównie w starszym wieku. Wewnątrz przebywa od wielu dni ksiądz Grzegorz. Biskup kazał mu opuścić parafię, ale on nie posłuchał. Został więc ukarany suspensą, czyli zawieszeniem w prawie wykonywania funkcji kapłańskich.

Wejścia nie ma
Na płocie wiszą transparenty. Na jednym z nich napis: „Gdzie jest słowo biskupa?”. Wśród zebranych wrze. – Biskup powiedział, że ksiądz Grzegorz tu zostanie, a potem wydał dekret, że ma się wyprowadzić! – wyrzuca z siebie ciemnowłosa starsza kobieta. Wtórują jej inne. Dołączają się mężczyźni. Tłum pod plebanią gęstnieje.

Wszystko wzięło się z nieprawdziwej informacji podanej w „Gazecie Wyborczej”, jakoby biskup gliwicki wycofał się z decyzji przeniesienia księdza administratora. Prawda jest taka, że biskup się z niczego nie wycofywał, ale dziennikarz „Wyborczej” w ogóle go o to nie pytał. Do swojej informacji wykorzystał za to „wieść gminną” i podał ją wielkimi literami we wstępie. Ponieważ po pewnym czasie okazało się, że ksiądz Grzegorz jednak z parafii odchodzi, parafianie z Miasteczka poczuli się oszukani.

To kamień obrazy. Dlatego zablokowali wejście na probostwo i nie wpuszczają mianowanych na miejsce poprzednika księży. Chcą przywrócenia księdzu Grzegorzowi rzekomo odebranego mu dobrego imienia i pozostawienia go na miejscu w charakterze proboszcza. – Wszystko tu zrobił! Wyremontował, naprawił, długu nie zostawił! – zebrani pokazują palcami zabudowania przykościelne. – To, co mu zrobili, to jest gorzej niż z Popiełuszką! – emocjonuje się siwy mężczyzna.

Mit księdza rośnie. W Miasteczku zaczyna kursować opo-wieść, jak to były już administrator podarował kiedyś nerkę choremu dziecku. – No i nic dziwnego, że z jedną nerką musi się piwa napić – litują się parafianie. Ksiądz rzeczywiście nie ma nerki. Była chora. Gdyby mu jej nie wycięto, nie żyłby już. Podobnych nieprawd w parafii funkcjonuje wiele. To zwykłe zjawisko, gdy miejsce rozwagi zajmują emocje.

Ktoś powołuje się na Jana Pawła II. – Ale właśnie on powołał waszego biskupa – zwracam uwagę. – I to był jego największy błąd! – krzyczy jeden z mężczyzn.

– Niezależnie od tego, co o tym sądzicie, biskup ma prawo przenosić księdza – przekonuję. Takie słowa budzą tylko większą agresję. Widzę nad sobą coraz więcej gniewnych twarzy. Miesiąc wcześniej ci sami ludzie na pewno przyjęliby dziennikarza „Gościa” z sympatią. Teraz jestem dla nich wrogiem, choć przecież nic się we mnie nie zmieniło.

– Nie godejcie z nim, to ni mo sensu! – wołają. – Jak pan coś przekręci z tego, co tu mówimy, to ja pana znajdę – grozi mi starsza pani z nienawistnym błyskiem w oku – A co to, nie wolno nam protestować? – woła ktoś z tłumu. Nie przekonuje ich stwierdzenie, że przetrzymywanie księdza i blokowanie probostwa wykraczają poza ramy dopuszczalnego protestu. Gniew nie potrzebuje argumentów.

Jednak nie wszyscy
Po ulicy opodal kościoła chodzą zwykli ludzie, przeważnie też z Miasteczka. – My się nie zgadzamy z tym, co oni robią – mówią dwie nastolatki. Jasnowłosa kobieta z wózkiem zatrzymuje się na chwilę. – Ja uważam, że biskup dobrze zrobił. Ksiądz ślubował, że się podporządkuje biskupowi i tak powinno być – rzuca na odchodnym. Podobnego zdania jest jeszcze kilkoro napotkanych młodszych ludzi. Te głosy jednak nie docierają do placu kościelnego. Tam panuje zupełnie inny duch. Padają słowa pełne agresji i nienawiści. A to wszystko odbywa się tuż obok drzwi kościoła. Pewnie nikt już z obecnych nie zwraca uwagi na wyrzeźbiony na nich łaciński napis. Oznacza on: „Domowi Bożemu przystoi świętość”.

I coście zrobili
Wśród protestujących często padają słowa: „Nasz ksiądz Christoph”. Ze swojego dawnego proboszcza uczynili sztandar. Nic dziwnego – jest dumą Miasteczka Śląskiego. Gdy zmarł przed z górą stu laty, pozostała po nim opinia świętości. Autentyczna pobożność kolejnych pokoleń parafian to w dużej mierze owoc jego pokornego życia. Zapytani teraz, czy ksiądz Christoph pochwaliłby to, co się dzieje opodal jego grobu, milkną. – Podobno mieli go beatyfikować, ale wie pan, pieniądze – mówi zażywny mężczyzna, robiąc oko.

Parafianie z Miasteczka nie wiedzą, że w ubiegły piątek sprawa beatyfikacji ich dawnego proboszcza miała stanąć na Konferencji Episkopatu. Nie stanęła – z powodu zajść w parafii. Pięć lat starań, przygotowane materiały – to wszystko zostało odłożone na czas nieokreślony. Biskup pomocniczy Gerard Kusz z Gliwic nie kryje żalu. – To chichot szatana, że następca księdza Christopha wywraca jego dzieło – komentuje krótko.

Została blizna
Wiele miejsc w Polsce nosi ślady po parafialnych konfliktach. Gdzieś nie chcieli proboszcza, a gdzie indziej właśnie chcieli. Prawie identyczna sytuacja jak Miasteczku wydarzyła się pół wieku temu we wsi Bolesław pod Olkuszem. Też poszło o odwołanego proboszcza. Ludzie chcieli go zatrzymać i doszło do rozłamu.

W przedsionku tamtejszego kościoła spotykam pana w średnim wieku. Maluje lamperię w wymyślne wzorki. – Wie pan, może lepiej o tym nie mówić – zastanawia się. Gdy mówię o Miasteczku, ożywia się. – A tak, słyszałem! Nawet powiedziałem w domu, że na drugi Bolesław się zanosi – mówi z gorzkim uśmiechem. Przyznaje, że z tamtej sprawy nic dobrego nie wynikło. Przyjęło się, żeby o tym nie mówić – opowiada. Nic dziwnego. Rana była głęboka, bo ludzie wówczas nawet za widły i siekiery chwycili. – Nie z czynów, ale ze słów dochodzi do najgorszych nieporozumień. A tu padły niewłaściwe słowa – kiwa głową mój rozmówca.

Ciekawa rzecz, że dziś każdy zagadnięty mieszkaniec wsi zaczyna podobnie: „O tym się nie mówi”. Tak jakby ceną osiągniętego spokoju było milczenie. Cisza pokrywa bolesne wypadki i to, że ludzie dziś wierzą w Tego samego, ale nie tak samo.

Na ławce przed odrapanym blokiem w Bolesławiu siedzi staruszka w chustce na głowie. – Wtedy, wie pan, to się u nas nawet gromnicami bili – szepcze wstydliwie. Potem ze schyloną głową i już jakby do siebie mówi: – Takiej walki Bóg nie przyjmuje. Trzeba jeden drugiemu rękę podać.

"Nie tędy droga" - komentarz

Biskup ma prawo przenosić podległych mu kapłanów. Każdy kapłan przyrzeka przecież przy święceniach cześć i posłuszeństwo swojemu biskupowi i jego następcom. Płynąca z tego dyspozycyjność duchowieństwa stanowi siłę Kościoła. Nikt nie musi uznawać tej praktyki za właściwą, podobnie jak nikt nie musi być katolikiem. Kto jednak do Kościoła katolickiego się przyznaje, ma obowiązek uznać panujące w nim reguły.

Mieszkańcy Miasteczka Śląskiego są ludźmi religijnymi. W innym przypadku nie interesowałoby ich nawet, kto będzie ich duszpasterzem. Zaangażowanie części z nich jednak nie zakończyło się na przedstawieniu opinii, lecz przerodziło się w próbę wymuszenia na biskupie decyzji zgodnej z ich oczekiwaniami. Została przekroczona granica, której katolikowi przekraczać nie wolno. Niezawodnym znakiem, że to niewłaściwa droga, jest wzrastająca nienawiść i rysujący się podział. Modlitwa przestaje tam być aktem uwielbienia Boga, a staje się demonstracją wrogości.

Historia pokazuje, że podobne przypadki nigdy nie przynosiły dobrych owoców, niezależnie od racji, którymi kierowali się zaangażowani w nie ludzie. Głębokie przekonanie o własnej racji nie jest wystarczającym powodem do złamania fundamentalnej w Kościele zasady posłuszeństwa. Władza biskupa nie bierze się bowiem z osobistych zalet piastującego ją człowieka, lecz z woli Boga. Przyjęcie decyzji biskupa jest zatem aktem wiary. Wiary tym większej, im decyzja jest do przyjęcia trudniejsza.
Skoro Chrystus okazał się „posłuszny aż do śmierci”, wypadałoby, żeby chrześcijanie byli posłuszni przynajmniej do rezygnacji z własnych upodobań.