Szybciej czy pobożniej?

Ks. Mariusz Pohl

|

GN 08/2005

publikacja 22.02.2005 21:28

Czemu ksiądz tak przedłuża Mszę? Nie dałoby się jakoś tego uprościć? Słysząc takie pytania, kapłan musi się zastanowić,jak pogodzić przeżywanie liturgii w sposób podniosły i budujący wiarę, z oczekiwaniami ludzi sprowadzających swoją religijność tylko do zaliczenia obowiązku.

Szybciej czy pobożniej?

Problem używania chrzcielnicy podczas celebracji chrztu świętego, o czym niedawno pisał „Gość Niedzielny”, to ilustracja napięcia, a może wręcz konfliktu między ideałem a realiami w liturgii Kościoła.

Zachwyt pięknem liturgii
Do odkrycia Boga i głębi wiary doprowadził mnie zachwyt ikoną i pięknem chorału gregoriańskiego. Co pra­wda zawsze chodziłem do kościoła, ale bez większego przekonania i zrozumienia. Zresztą w zatłoczonym baraczku, pośród wielkiego blokowiska, gdzie co niedzielę było odprawianych dwanaście Mszy św., w ciągu niecałych 50 minut, podczas których trzeba było „upchnąć” kazanie, Komunię św. i długie ogłoszenia parafialno-budowlane, trudno było o jakiekolwiek duchowe przeżycia i liturgiczne fascynacje. Mnie, i chyba wielu innym, wszystko sprowadzało się tylko do obowiązku uczestnictwa w niedzielnej Mszy.

Za to prawdziwych wzruszeń duchowych i estetycznych doświadczałem, kontemplując albumy z ikonami, słuchając w radiu audycji „Piękno chorału gregoriańskiego” i rysując godzinami zabytkowe skle­pienia gotyckich kościołów. Wtedy też przypadkowo przeczytałem ogłoszenie o coniedzielnej Sumie w poznańskiej katedrze, odprawianej po łacinie, z towarzyszeniem gregoriańskiej scholi. Zacząłem w tych Mszach uczestniczyć, najpierw jako widz, potem jako aktywny uczestnik, wreszcie jako kleryk seminarium duchownego. Zachwyt pięknem liturgii doprowadził mnie nie tylko do Boga, ale także do odkrycia powołania kapłańskiego.

Liczyła się skuteczność
Doznania estetyczne od młodości były dla mnie prawdziwą modlitwą. One rozbudziły moją wrażliwość na Boga, który objawia się poprzez piękno. Ale od Boga piękna do Boga wiary, Biblii, Kościoła, zbawienia i sakramentów jest jeszcze daleka droga.

Piękno nie może być głównym motywem wiary: może być co najwyżej drogą, ale nie celem. To zderzenie moich idealistycznych wizji z realiami życia było dość bolesne. Wzruszenia estetyczne musiały ustąpić miejsca studiowaniu Pisma św., modlitwie, posłuszeństwu, służbie, trosce o wspólne dobro i poczuciu odpowiedzialności za Kościół. Zachwyt pięknem nikogo specjalnie nie interesował; liczyła się raczej skuteczność duszpasterska i sprawność organizacyjna. Jako ksiądz musiałem się nastawić przede wszystkim na obowiązki, dyscyplinę i umiejętność pracy w zespole. Bo co niedzielę w setkach parafii trzeba „obsłużyć” tysiące ludzi, a to wymaga wielkiej mobilizacji sił, trzeźwości umysłu, szybkości działania i psychicznej odporności. Skłonność księdza do mistycyzmu nie jest zbyt mile widziana, zwłaszcza w niedziele i święta.

To trzeba uprościć
Presja ludzkich oczekiwań jest zniewalająca: „Księże – usłyszałem kiedyś od jednego z proboszczów – musimy to odprawić szybko, bo inaczej ludzie przestaną przychodzić”. Oto, co nieraz kształtuje sposób sprawowania liturgii.

Msze na osiedlu trwały po 45 minut i gromadziły co niedzielę kilka tysięcy osób. Suma katedralna trwała półtorej godziny i poza klerykami uczestniczyło w niej zaledwie kilkadziesiąt osób, nie licząc kanoników, kleryków i chóru. Czyżby kryterium pragmatyczne przemawiało na korzyść osiedlowego baraku?

Z pretensjami, że coś trwa w kościele za długo, że „trzeba to uprościć”, albo: „czy to musi być śpiewane?”, spotykam się dziesięć razy częściej niż z żalem, że coś jest odprawiane za szybko. Dlatego wielu księży próbuje odpowiedzieć na oczekiwania, możliwości i mentalność człowieka wychowanego na telewizji i kinie szybkiej akcji.

Łatwo pozbawić liturgię tego, co najistotniejsze – poczucia sacrum. Wielu z nas chciałoby uczestniczyć w liturgii pięknej, głębokiej, nieśpiesznej i przesyconej Bożą obecnością. Ale jak to pogodzić z oczekiwaniami tych, którym szkoda czasu? Jak sprawić, by nie zaprzestali „chodzenia do kościoła”, gdy Msze trochę się wydłużą?

Nic przeciw naturze
Bóg nie lekceważy ludzkiej natury, więc i Kościół bierze ją pod uwagę. Ale celebrowanie sprawne i bez zbędnych dłużyzn, wcale nie oznacza niechlujne, ani tym bardziej z pogwałceniem zasad liturgii. W sakramencie wymowa znaku jest tak samo ważna jak działanie łaski. Trzeba uwzględnić wszystko: ludzkie uczucia, działanie zmysłów, wrażliwość estetyczną, wymowę symboli, ład i harmonię w liturgii. A ludzie są różni, mają różne oczekiwania, różną wrażliwość i wytrzymałość, różne gusta.

Rozumiem doskonale sentyment i tęsknotę za chrzcielnicą, chorałem gregoriańskim, łaciną, barokową ornamentyką, woskowymi świecami. Elementy te i wiele, wiele innych przez wieki były w Kościele czytelnymi znakami łaski oraz miały charakter dydaktyczny: w poglądowy sposób uczyły wiary. Ale musimy pamiętać, że przez wieki zmieniała się też wrażliwość estetyczna i liturgiczna ludzi, stan świadomości wiary i gotowość przeżywania misterium.

Także Kościół zaczął inaczej stawiać akcenty w liturgii. Przeniósł je z elementu „misteryjno-widowiskowego”, któremu często towarzyszy postawa uczuciowego wzruszenia i estetycznego zachwytu, na zaangażowane i świadome uczestnictwo. Na głoszenie Słowa Bożego, poczucie żywej wspólnoty, otwarcie się na działanie Ducha Świętego. Wartość Mszy św. nie leży bowiem w wymiarze ludzkim, lecz Boskim, nie w estetycznej oprawie, lecz mocy Ducha Świętego.

* Ks. Mariusz Pohl – proboszcz w Skrzebowej, małej, wiejskiej parafii w diecezji kaliskiej. Autor kazańw „Bibliotece Kaznodziejskiej”, tekstów w „Katechecie”, „Opiekunie”, „Różańcu” i w Internecie.
skrzebowa@wp.pl