Pan Bóg ustrzegł

Agnieszka Rostocka

|

GN 30/2008

publikacja 31.07.2008 18:26

Pan Bóg strzegł, abym nie przerwała ciąży i każdego dnia dziękuję Mu za to.

Rok po ślubie urodziłam dziecko i wtedy mąż kupił trzy malutkie krzesełka i stoliczek. „Po co aż trzy krzesełka?!” – zdziwiłam się. Mąż uśmiechnął się z zakłopotaniem: „No, nie wiem, może się jeszcze przydadzą...” – odpowiedział niejasno. Nie wyobrażałam sobie następnych dzieci – z pierwszym było tyle roboty! Czułam się fatalnie. I ten okropny poród! Jednak po trzech latach zrobiło mi się żal, że mój syn nie będzie miał rodzeństwa. No i udało się, urodziła się córeczka. Mimo radości historia się powtórzyła: ciężki poród, tragicznie dużo zajęć. Powiedziałam sobie: nigdy więcej! Ale za rok znów byłam w ciąży. Byłam przestraszona – tyle dzieci! Kto to widział! Sąsiadki miały po jednym, najwyżej dwoje. Na szczęście w bliskiej rodzinie było już troje dzieci. Urodziłam trzecie.

Tragedia pojawiła się przy czwartym, ponieważ nikt w okolicy tylu nie miał. Nasze babcie i ciotki pukały się w czoło, jedna z nich powiedziała: „Znowu jesteś w ciąży?! Nie możesz usunąć?”. Wspomógł mnie chyba Duch Święty i powiedziałam wtedy, trochę wbrew sobie: „Co mam usunąć? Dziecko?!”. Byłam jednak przerażona. Mąż zostawił decyzję w moich rękach. Nie mogłam spać, dzieci doprowadzały mnie do furii, a dodatkowo zaproponowano mi bardzo atrakcyjną pracę (najmłodsze mogło już pójść do przedszkola). Stałam się kłębkiem nerwów. Pewnego dnia powiedziałam mężowi, żebyśmy pojechali na zabieg do lekarza. Wsiedliśmy do samochodu. W połowie drogi poprosiłam go, aby się zatrzymał. Wysiadłam i zaczęłam spacerować. Przypomniałam sobie słowa naszego księdza, żeby nigdy nie usuwać ciąży. Byłam w wielkiej rozterce, ale zdałam sobie sprawę, że ja po prostu będę matką czwórki dzieci i już! Pogłaskałam się po brzuchu i powiedziałam do mojego nienarodzonego maleństwa: „No już, nie bój się, nic ci nie grozi, będziesz żyć!

Nie da się opisać, jaką poczułam ulgę! Mimo to okropnie znosiłam ciążę, przede wszystkim z powodów psychicznych: te spojrzenia i komentarze („A pani znowu w ciąży” – z ironicznym uśmiechem) sąsiadek, znajomych, dalszej rodziny, którym w głowie się nie mieściło, jaka jestem nieodpowiedzialna. Zaczęłam jednak przyzwyczajać się do myśli, że moja rodzina jest wielodzietna. Jakby nie dość tego, za kilka lat znów trafiła się „wpadka”. Długo nie mogłam uwierzyć, że to prawda. Jeszcze raz przymierzyłam się do usunięcia. Ale Pan Bóg mnie ustrzegł. Urodziło się piąte.

Kilka lat potem szłam z moimi dziećmi przez bazarek, zajmując sporą część chodnika. Zatrzymała mnie jakaś starsza kobieta, która z oburzeniem stwierdziła: „Kto to widział mieć tyle dzieci!”. Już nie pamiętam, jakich słów użyła, ale po prostu zmieszała mnie z błotem. I wtedy znowu Duch Święty pomógł mi wypowiedzieć takie słowa: „A co pani zrobiła z dziećmi, których pani nie ma?”. Oczekiwałam, że rzuci czymś we mnie, w najlepszym razie jakimś przekleństwem, ale nie odezwała się więcej. Spuściła głowę i odeszła. Dziś patrzę na to wszystko zupełnie inaczej. Gdybym mogła jeszcze raz wybierać, na pewno jeszcze raz urodziłabym pięcioro dzieci albo więcej. Na pewno nie mniej.