Ciało, które jednoczy

GN 10/2011

publikacja 13.03.2011 21:09

Wielki Post 2011 O człowieczeństwie, odwadze i pobożności Jana Pawła II z abp. Piero Marinim, byłym Mistrzem Papieskich Ceremonii Liturgicznych, rozmawia ks. Tomasz Jaklewicz

Ciało, które jednoczy – Jego bezpośredniość powodowała, że człowiek od razu wchodził z nim w relacje– mówi abp Marini fot. Józef Wolny

Abp Piero Marini - Ma 69 lat, był jednym z najbliższych współpracowników Jana Pawła II. Od 1987 do 2007 kierował Urzędem Ceremonii Papieskich, który sam zorganizował. Aktualnie jest przewodniczącym Papieskiego Komitetu ds. Międzynarodowych Kongresów Eucharystycznych.

Ks. Tomasz Jaklewicz: Kiedy patrzę na Księdza Arcybiskupa, to obok cały czas widzę Jana Pawła II…
Abp Piero Marini: – Tak, wielu ludzi mnie rozpoznaje i pozdrawia. Kiedy jeszcze żył Jan Paweł II, przychodzili czasem, aby uściskać moją dłoń, bo mówili, że przeze mnie ściskają rękę papieża.

Czego Ksiądz Arcybiskup nauczył się od Jana Pawła II, będąc przez tyle lat u jego boku i służąc mu?
– Nauczyłem się prostoty. Jego bezpośredniość powodowała, że człowiek od razu wchodził z nim w relacje i nie bał się, że zostanie źle zrozumiany. Jego człowieczeństwo miało w sobie prostotę i otwartość na innych. Na tym budowała się jego świętość. W 1973 roku byłem po raz pierwszy w Polsce, na uroczystości ku czci św. Stanisława. Koncelebrowałem też Mszę św. w Nowej Hucie. Widziałem wtedy po raz pierwszy, jak biskup Wojtyła potrafi spotykać się z ludźmi. Po Mszy św. zatrzymywał się z nimi, rozmawiał i cieszył się. Pasterz blisko ludzi, żyjący ich problemami, który wie, że od niego zależy życie powierzonego mu ludu. Takie było moje wrażenie. Ten styl przeniósł potem do Kościoła powszechnego. Kiedy jako pielgrzym celebrował Msze św. na całym świecie, starał się być Meksykaninem z Meksykanami, Afrykaninem z Afrykanami, Azjatą z Azjatami itd. Miał wielki szacunek dla lokalnych kultur i starał się to okazywać. Zależało mu na tym, żeby ludzie zobaczyli w liturgii elementy swojej kultury, żeby przeżywali Mszę św. jako coś bliskiego, własnego.

Czy kiedy Ksiądz Arcybiskup patrzył na biskupa krakowskiego, przypuszczał, że może on być papieżem?
– Słuchając w 1973 roku jego homilii, uderzył mnie jego entuzjazm. Był w nim duch soborowego aggiornamento, którym żył Kościół. Z ówczesnych polskich biskupów, których poznałem, wydawał mi się najbardziej otwarty na soborową odnowę.

„Piękny Człowiek” – tak zatytułowaliśmy cykl tekstów poświęconych Janowi Pawłowi II. Czy, zdaniem Księdza Arcybiskupa, to dobry klucz do jego osoby?
– Myślę, że tak. Filozofia powiada, że to, co dobre, jest jednocześnie piękne. Dla nas, chrześcijan, piękno nie leży w formie, ale ostatecznie w miłości. Kiedy kontemplujemy umęczone ciało Jezusa Chrystusa, odmawiamy słowa psalmu: „najpiękniejszy jesteś spośród synów ludzkich”. Jest to oblicze kogoś, kto kocha. Dlatego jest piękne. Jeśli tak rozumiemy określenie „piękny człowiek”, to w odniesieniu do Jana Pawła II jest ono całkowicie adekwatne. Jan Paweł II powtarzał: „Nie lękajcie się”. Czy Ksiądz Arcybiskup przypomina sobie taką sytuację, w której widać było odwagę papieża?
– Jest mnóstwo przykładów jego odwagi. Jan Paweł był z jednej strony człowiekiem bardzo ciepłym, serdecznym, łagodnym, przyjacielskim. Ale gdy chodzi o zasady, był nieugięty. Pamiętam jego wystąpienie w obronie życia podczas pielgrzymki do Polski, kiedy zaczął wręcz krzyczeć. Sam się przeraziłem, słysząc ten krzyk papieża, tę jego siłę. Pamiętam wystąpienie w Agrigento na Sycylii przeciwko mafii. Odwaga papieża nie objawiała się tylko w jego sile, ale także w słabości. Kiedy byliśmy w Sarajewie, papież cały drżał z zimna i z powodu parkinsona. Myśleliśmy, że będzie musiał wrócić do zakrystii, bo nie potrafił już kontrolować swojego ciała. Widziałem wtedy jego odwagę. Kard. Dziwisz pocierał jego dłonie, żeby je ogrzać. Papież wytrwał do końca. Kiedy wybuchła wojna w Iraku, większość przywódców państw ją popierała, a on samotnie mówił jej stanowcze „nie”. Nigdy nie płynął z prądem.

Także w Watykanie, kiedy był do czegoś przekonany, to uderzał nieraz pięścią w stół. Jak papież przygotowywał się do Mszy św.?
– Przez skupienie i modlitwę. W zakrystii papieskiej w Rzymie i wszędzie, gdzie odprawiał, zawsze przed i po Mszy św. klękał i trwał przez dłuższą chwilę na modlitwie, także wtedy, gdy byliśmy spóźnieni. Nie chciał, żeby mu przeszkadzano. W zakrystii przygotowywał się do odśpiewania prefacji po łacinie. Kochał śpiewać. Więc najpierw ja śpiewałem, potem on, i potem wspólnie. Wiele razy przed Mszą św. urządzaliśmy w zakrystii Bazyliki św. Piotra takie koncerty w duecie. Śpiewał nie tylko wtedy, kiedy miał jeszcze dobry głos, ale także wtedy, gdy brakowało mu już sił.

Które z papieskich celebracji utkwiły Księdzu Arcybiskupowi najmocniej w pamięci?
– Pamiętam Mszę w klinice Gemelli, kiedy był chory. Koncelebrowaliśmy w trójkę: papież w łóżku, don Stanislao i ja. Człowiek tak ważny, tak wielki, położony w łóżku. Myślałem wtedy właśnie o jego człowieczeństwie, o jego kruchości. Pamiętam też wiele innych trudnych Mszy św. W Miami musieliśmy przerwać Eucharystię i dokończyć ją w przyczepie kempingowej. Pogoda nagle się pogorszyła. Widziałem z daleka trąby powietrzne, które zbliżały się w naszą stronę. Powietrze było całe naelektryzowane. Władze cywilne domagały się przerwania celebracji. Ktoś zapytał mnie: „Ale kto ma odwagę podejść do tego nieugiętego człowieka i powiedzieć mu, że ma przerwać celebrę?”. Podszedłem, powiedziałem, że zbliża się huragan i władze proszą, by przerwać. Jan Paweł na to: „Jeśli biskup miejscowy zdecyduje, przerywamy”. Biskup tylko na to czekał, wziął mikrofon i zawołał: „Wszyscy do domów”. A my poszliśmy do zakrystii w wielkiej przyczepie kampingowej. Byliśmy przemoknięci, kardynałowie, biskupi zostali tylko w podkoszulkach. Stanisław wyprosił dziennikarzy, zamknął drzwi na klucz i tak dokończyliśmy celebrację… (śmiech). Ale najbardziej trudny moment miał miejsce w Santiago de Chile w 1987 r. Podczas Mszy św. o pojednanie wybuchły zamieszki. Podpalono opony, przewrócono zwyżkę dla dziennikarzy. Ludzie skandowali: „Wolność, wolność”. Policja użyła armatek wodnych. Pod ołtarzem biegali ludzie z noszami, wynosząc rannych. Do ołtarza sięgnęły opary gazu łzawiącego. Nie wiedzieliśmy, czym to się skończy. Po Mszy św. okazało się, że nie możemy odjechać, bo nie ma eskorty policji. Powiedziałem papieżowi, że musimy poczekać. Ojciec Święty wziął mikrofon i wołał „Miłość jest silniejsza”. Czy Ksiądz Arcybiskup nie miał wrażenia, że Ojciec Święty czerpał siłę ze spotkań z ludźmi?
– Była niezwykła więź między nim a zgromadzeniem. Kiedy ks. Karol Wojtyła przyjmował święcenia biskupie w katedrze w Krakowie, poprosił o to, by podczas liturgii odczytać komentarze do obrzędów w języku polskim. To był 1958 rok, wszystko po łacinie. Biskup konsekrator nie zgodził się, więc Wojtyła przy pomocy swoich przyjaciół zorganizował tłumaczenie tekstów, które powielono i rozdano ludziom w kościele. To była jego postawa. Soborowa idea czynnego uczestnictwa wiernych była mu bliska jeszcze przed soborem. On kochał też gesty i znaki. Kiedy całował krzyż, nie robił tego na niby, ale naprawdę. Nie wstydził się gestów człowieka modlitwy. Uczył, że ciało jest ważne. W radości, w modlitwie, w chorobie, w cierpieniu… Jego ciało nie tylko podczas podróży apostolskich, ale także w chorobie i po śmierci było znakiem komunii dla Kościoła powszechnego. Ta rzeka ludzi, którzy po śmierci szli zobaczyć ciało papieża… Nawet wtedy było ono znakiem wspólnoty Kościoła. W tych dniach cały Kościół czuł się tak bardzo zjednoczony, w tym samym Duchu i w wierze w zmartwychwstanie.

Święci mają być dla nas wzorem. W czym możemy naśladować Jana Pawła II?
– Nigdy nie widziałem żadnego cudu uczynionego przez Jana Pawła II. Jedynym wielkim cudem, jaki widziałem, była wierność powołaniu. Został powołany, aby być pasterzem i był nim według wizji nakreślonej przez sobór. Wzór dla księży: kapłani stają się świętymi, pełniąc swoją misję, czyli odprawiając Mszę św., sprawując sakramenty, głosząc słowo Boże. To jest duchowość kapłańska, której uczył nas Wojtyła. A dla świeckich: żyć swoim chrztem, czyli uczestniczyć w Eucharystii, a potem żyć tym, w czym uczestniczyli. Jeśli nasze celebracje nie przynoszą owoców w postaci głębszej jedności, przebaczenia itd., to stają się pustymi rytami. Są dwie części Mszy św. Ta druga zaczyna się po słowach: „Idźcie w pokoju Chrystusa”, czyli zwyczajne życie. Liturgia i życie – to musi być jedność. Tego uczył nas Jan Paweł II. To jest ideał. W tym mamy go naśladować, choć łatwiej to powiedzieć, niż zrobić.

Tłumaczenie: Danuta Piekarz

Wywiad przeprowadzono dzięki uprzejmości salwatoriańskiego Centrum Formacji Duchowej w Krakowie.