Meditatio. Co Bóg mówi do mnie?

ks. Tomasz Jaklewicz

|

GN 48/2010

publikacja 01.12.2010 21:02

Adwent 2010 Uważna lektura (lectio) prowadzi do odczytania Słowa na poziomie mojego życia. Sednem medytacji jest pokorne odkrywanie, jak widzi mnie Bóg, czyli prawdy o mnie.

Meditatio. Co Bóg mówi do mnie? Józef Wolny

W naszym adwentowym cyklu idziemy drogą lectio divina, modlitewnego czytania Biblii, wypracowanego w monastycznej tradycji Kościoła. Po etapie lectio, czyli uważnego czytania, w którym szukaliśmy obiektywnego sensu tekstu, przychodzi czas na kolejny krok – meditatio. Idziemy w głąb. Stawiamy sobie pytanie: Co Bóg przez te słowa mówi do mnie? Akcent pada tu na „do mnie”, czyli na bardzo osobiste odniesienie słów Bożej prawdy do mojego życia.

Zjedz tę księgę!
Biblijnym wzorem postawy medytacji jest Maryja. Po słowach anioła w scenie zwiastowania „rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie” (Łk 1,29). W Apokalipsie św. Jana głos z nieba wydaje polecenie: „Idź, weź księgę otwartą w ręce anioła (…). Weź i połknij ją” (10,8-9). Obraz spożywania Słowa oddaje to, o co chodzi w czasie medytacji. Słowo Boga ma przeniknąć moje życie, mam je przetrawić na duchowy pokarm. O ile w lectio konieczna jest praca umysłu, o tyle w meditatio Słowo powinno być czytane, smakowane sercem. Przy czym przez „serce” rozumiemy nie tyle siedlisko uczuć, co raczej duchowe centrum człowieka, miejsce podejmowania decyzji, doświadczenia wolności i odpowiedzialności. Przejście od umysłu do serca to bardzo istotny krok. Umysł ma tendencję do bycia autonomicznym, potrafi „produkować” wzniosłe refleksje całkowicie oderwane od życia, a nawet dorabiać teorię do złego postępowania. Dlatego Słowo musi koniecznie dotrzeć do serca.

Mrówka i pszczoła
Medytacja składa się z trzech części, pierwszą fazę porównać można do pracy mrówki. Chodzi o mozolne zbieranie poszczególnych słów, zdań. To trochę jak układanie puzzli lub kamyczków mozaiki. Można pomagać sobie kluczowym słowem danego tekstu, które odnaleźliśmy w lectio. Warto to czynić samodzielnie, czyli odłożyć już w tym momencie komentarze czy odkrycia innych osób. Bóg mówi teraz do mnie! Kto stawia pierwsze kroki w medytacji, temu będzie trudniej. Potrzebna tu jest ogromna pokora i cierpliwość. Nieraz jakieś jedno słowo wywoła poruszenie, trąci jakąś strunę w moim wnętrzu, dotknie czegoś we mnie, jakiejś starej historii, jakiejś rany. Takie momenty są bezcenne, ale nie da się ich wymusić. Trzeba trwać w postawie: „mów Panie, bo sługa Twój słucha”.

Drugi etap meditatio jest porównywany do pracy pszczoły. Aby powstał miód, pszczoła musi zebrać pyłek z kwiatów, a potem poddać go działaniu własnych enzymów. Słowo zebrane w pierwszej fazie medytacji musi zostać przetrawione przez moje „enzymy”, czyli moje życie (smutki, lęki, zmęczenie, miłość, radość itd.). Słowo świętego Boga przychodzi do słabego człowieka uwikłanego w grzech, rozproszonego, chwiejnego, chorego. Dlatego nie ma się co dziwić, że nie przeżywamy ekstazy, że chce nam się bardziej spać, niż lewitować. Jest w nas wiele złych słów, które nas dotknęły, podcięły skrzydła, zraniły. Krążą w nas także złe słowa czy myśli, które kierujemy ku innym. Mnisi zalecali, aby powtarzać jakieś jedno Słowo z Biblii wielokrotnie, np. „Pokój wam”, „Nie bój się” itd. W ten sposób słowo Boga oczyszcza nasz umysł i serce ze złych słów.

Słowo wywołuje kryzys
W ostatniej fazie medytacji dochodzi do konfrontacji Słowa z życiem. Z moim życiem! Dochodzi do zderzenia Bożego pokoju z moim niepokojem, Bożej świętości z moją grzesznością, Bożego światła z moimi ciemnościami. Bóg będzie stawiał znaki zapytania w wielu konkretnych punktach mojego życia. Będzie mnie pytał: „A po co ci to?”, „Czemu to dla ciebie takie ważne, dla mnie to nie ma znaczenia” lub odwrotnie: „Dlaczego lekceważysz coś, co jest dla Mnie najważniejsze?”. W tym momencie pojawiają się dobre natchnienia do podjęcia jakichś decyzji, rośnie pragnienie głębszego życia.

Oczywiście nie wszystko w naszym życiu Bóg musi kwestionować, przeciwnie, nieraz powie: „Dobrze wybrałeś, trwaj w tym, nie poddawaj się, nie trać ducha!”. Nasze uczucia są sygnałami z naszego najgłębszego „ja”. Nie powinniśmy ich tłumić, ale raczej zastanowić się, dlaczego takie czy inne emocje pojawiają się pod wpływem Słowa. „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?” (Łk 24,32) – pytali uczniowie, którzy nie rozpoznali Jezusa przez całą drogę do Emaus. U końca medytacji nasze serce powinno zapłonąć pragnieniem: „Panie, zostań z nami, ma się ku wieczorowi”. Droga do Emaus bywa długa i trudna.

Medytacja w chrześcijaństwie nigdy nie jest jakimś mechanicznym ćwiczeniem ciała czy świadomości. Jest raczej pokornym siadaniem u stóp Pana na wzór ewangelicznej Marii. Z nadzieją na dar głębokiego spotkania. Łaska Boga jest pierwsza. Zawsze. Do nas należy być otwartym na jej przyjęcie, wyciągać pokornie ręce. Trzy powyższe wskazówki są tylko pewną podpowiedzią pokazującą właściwy kierunek. Ale każdy z nas ma swój styl. Ważne, by wytrwać. Łaska działa nawet wtedy, kiedy wydaje się nam, żeśmy przesiedzieli nad otwartą Biblią bez najmniejszego poruszenia i żadnej wzniosłej myśli.