Prawda to nie plastelina

O sumieniu prawnika z dr. Radosławem Pacudem, radcą prawnym, rozmawia Jarosław Dudała

|

GN 09/2007

publikacja 01.03.2007 14:29

WIELKI POST 2007 - KATECHEZA III Jarosław Dudała: Czy zdarzyło się Panu skłamać w sądzie?

Prawda to nie plastelina Marek Piekara

Radosław Pacud: – W sposób zaplanowany nigdy nie mówiłem nieprawdy. Być może podczas rozprawy powiedziałem w ferworze coś, czego nie byłem pewny, a strona nie wyjawiła mi wcześniej wszystkich szczegółów. Tego jednak staram się unikać. Dotrzymanie prawdy jest szczególnie trudne, gdy prawda sądowa rozmija się ze sprawiedliwością. Zdarzało mi się, że decydowałem się nie przedstawić w sądzie wszystkich znanych mi okoliczności, wiedząc, że wtedy mój klient przegrałby sprawę, chociaż miał rację. Natomiast nigdy nie zdarzyło mi się sfałszować dokumentu albo powiedzieć świadkowi, żeby zeznał nieprawdę.

Zapłacił Pan jakąś cenę za postępowanie zgodne z sumieniem?
– Miałem wypadek samochodowy. Zgodnie z prawdą podyktowałem do protokołu przebieg zdarzeń. Gdybym skłamał, dostałbym odszkodowanie, bo wiedziałem, co „powinno” znaleźć się w protokole. A tak „straciłem” 13 tys. zł. Kiedy raz przejdzie się już taką próbę, to potem jest łatwiej.

W sytuacjach zawodowych?
– Zdarza mi się ze względów etycznych nie przyjąć sprawy z dobrym wynagrodzeniem. Na przykład klient chciał, żebym napisał apelację. Otrzymałbym za tę sprawę około 5 tys. zł. Odmówiłem, mimo że straciłem czas na zapoznanie się z tą sprawą. Odmówiłem, uświadamiając go, że przez apelację może być dalej w grze, ale sprawy ostatecznie nie wygra. To konkretna sytuacja z zeszłego tygodnia.

A może dlatego tak łatwo było Panu odmówić, bo nie był Pan w sytuacji, w której te „trefne” 5 tys. zł zostało położone na biurko, gdy miał Pan na przykład pilny dług do spłacenia?
– Rzeczywiście, nigdy nie byłem w sytuacji takiej próby. Zastanawiam się, dlaczego. Odpowiadam sobie, że zawsze solidnie pracowałem i miałem dość wyobraźni, żeby nie wpakować się w trudne sytuacje. Jest to także kwestia opieki Bożej. Myślę też, że ja i pracujący ze mną podobnie myślący koledzy jesteśmy tu, w kancelarii, jak u Pana Boga za piecem. Nikomu nie podlegamy, wzajemnie się wspieramy. To wielka łaska.

A miał Pan kiedyś pokusę, żeby użyć kłamstwa nie dla pieniędzy, ale po to, żeby zabłysnąć, sprawić, żeby w środowisku mówiło się: „Dr Pacud to dobry, skuteczny prawnik”?
– Nigdy nie miałem takiej pokusy. Nie przyszło mi to do głowy. Są jednak sytuacje, kiedy powiedzenie całej prawdy byłoby pogrzebaniem klienta albo zgodzeniem się na niesprawiedliwość. Na ile można, trzeba powstrzymać się od mówienia pewnych rzeczy, a w wyższej konieczności można użyć słów, które nie oddają całej prawdy. Ale czy można mówić wbrew prawdzie... Istotne jest to, kto ma moralnie rację, ale trzeba też umieć przyjąć niesprawiedliwość w imię prawdy. Cóż, dojście do prawdy nie zawsze jest proste.

To brzmi jak pytanie Piłata: cóż to jest prawda?
– Tak. Prawda absolutna jest tylko w Bogu. My znamy tylko prawdy selektywne – na tyle, na ile możemy je ogarnąć. Myślę jednak, że osoba mająca profesjonalną wiedzę i żyjąca Ewangelią, żyjąca w łasce, ma szerszy wgląd, widzi sercem, i to ono nieraz pierwsze podpowiada, jak postąpić.

Tracąc w odruchu sumienia honorarium albo prestiżowego klienta – co Pan zyskuje?
– Zyskuję jedną rzecz, a raczej jej nie tracę: pokój serca.

Może to luksus...
– Jeśli chrześcijaninowi potrzebny jest jakiś luksus, to jest to pokój serca, który Pan Jezus obiecał nam już tu, na ziemi.
Jak to napisał Mickiewicz o ojczyźnie? „Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił”. Tak samo jest z życiem w stanie łaski. Mam silne odczucie życia w łasce, bycia winoroślą zakrzewioną w Chrystusie. To doświadczenie ma charakter trudny do zdefiniowania. Gdy rezygnujesz z drogi przykazań, to tracisz życie w łasce. A ktoś, kto zaczął już tak żyć, widzi, że inne sprawy to marność.

To stąd bierze Pan siłę do oporu wobec prawniczych pokus?
– To kwestia pewnej formacji: najpierw w ruchu oazowym, potem wyjazdy na spotkania Taizé, pielgrzymki. Od trzech lat jestem członkiem Przymierza Rodzin Mamre. Ta wspólnota daje mi świadectwa różnych ludzi, którzy trudzą się bardzo, żeby żyć zgodnie z sumieniem. Niektórzy nawet rezygnują z pracy, bo cały czas mają na przykład polecenia wypisywania faktur na usługi, których nie było.

Jak Pańska postawa jest postrzegana w środowisku prawniczym?
– Na pewno niepopularna jest postawa otwartego przyznawania się do Pana Jezusa. A ja powiesiłem nad biurkiem obraz Matki Bożej. Czasem widzę, że kogoś to kłuje w oczy. Ale Pan Jezus powiedział: „Kto się do mnie przyzna przed ludźmi, do tego Ja się przyznam przed Ojcem”. Dlatego staram się mówić o moich motywacjach, po to, żeby dać świadectwo. Wiem, że z tego powodu nie wszyscy mnie akceptują. Może jest to czasem powód do drwin? Ale dzięki temu mogę korzystać z błogosławieństwa: „Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają...” Kolega prawnik, któremu powiedziałem, że nie będę kłamał, stwierdził, że w ten sposób daleko nie zajdę. Ale ja nie mam problemów z tego powodu. Wręcz przeciwnie: moi klienci wysoko cenią uczciwość i rzetelność. Oni niemal wszyscy są osobami religijnymi, a dla innych jestem świadectwem, mam nadzieję, że dobrym.

A jacy są prawnicy?
– Trudno wymalować taki portret społeczny. Ale wiem po sobie, że jak prawnik ma załatwić jakąś sprawę, to najłatwiej jest pójść na skróty. Dlatego jest takie przekonanie społeczne, że wszyscy prawnicy kłamią. Przyjęło się uważać, że prawnik kształtuje prawdę jak plastelinę. I to jest oczekiwanie wielu klientów.
My, radcy prawni, mamy jednak pewien komfort. Możemy zrezygnować z jakiegoś klienta. A sędzia? W prawie amerykańskim może on orzekać według tego, co dobre i słuszne, a u nas sędzia jest tylko ustami ustawy. Musi nieraz orzekać zgodnie z prawem, ale wbrew własnemu sumieniu. Wiem, że dla sędziów to poważna trudność w radykalnym pójściu za Chrystusem.