Sumienie umiera

Z ks. Tomaszem Horakiem rozmawia Przemysław Kucharczak

|

GN 07/2007

publikacja 19.02.2007 12:37

WIELKI POST 2007 - KATECHEZA I Przemysław Kucharczak: Coraz mocniej widać wśród Polaków tendencję do relatywizowania grzechu: nie „ukradłem”, tylko „zabrałem”, „minąłem się z prawdą” zamiast: „skłamałem”, itd. Co niedobrego dzieje się z naszymi sumieniami?

Sumienie umiera

Ks. Tomasz Horak: – Żeby się w ogóle coś działo... To już by było dobrze! Sumienie umiera, bo zaciera się poczucie grzechu. Polacy dzisiaj coraz częściej uznają za grzech tylko to, co wyrządza bezpośrednią i widoczną krzywdę innemu człowiekowi. Ukradłem komuś konkretnemu, skląłem kogoś konkretnego, którego widzę – no to jeszcze jest grzech. Ale jeśli coś nie wyrządza drugiemu takiej bezpośredniej krzywdy, ludzie przestają to odczytywać jako grzech.

Na przykład?
– Choćby grzech pod tytułem: „my się kochamy”. Domyśla się pan, co za tym uzasadnieniem często się kryje? „My się kochamy, przykrości nikomu nie wyrządzam, a przeciwnie, ta druga osoba też z tego się cieszy, tu nie ma żadnego grzechu”. Jednak w centrum uwagi człowieka, który głosi takie zdanie, nie jest Bóg, ale człowiek. Właśnie człowiek staje się bożkiem, do którego wszystko się odnosi. I wtedy zostaje utopiony najgłębszy sens wypowiedzi z Ewangelii: „wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. W tym zdaniu z Ewangelii jest odniesienie człowieka do wielkości Boga. A my tymczasem spychamy Boga do małości człowieka. Na murze w Nysie był kiedyś taki napis: „Stwórzmy sobie Boga na nasz obraz, podobnego do nas, parszywego. A wtedy nie będziemy mieli wyrzutów sumienia”. Ktoś fantastycznie nazwał to zjawisko! Bo kiedy człowiek staje się bogiem, jego sumienie przestaje funkcjonować.

Jednak dawniej ludzie chyba nie grzeszyli mniej niż dzisiaj? Co się zmieniło?
– To prawda, kiedyś ludzie wcale nie grzeszyli mniej. Ale wiedzieli, że grzeszą.

Modne robi się dziś wśród młodych „mieszkanie ze sobą” przed ślubem. Czy ludzie mają jeszcze dylemat, jak na takie sytuacje reagować?
– Tylko raz ktoś o to zapytał. Być może boją się zdecydowanej odpowiedzi na „nie”. Znam takie pary i sam się obawiam, że jeśli usłyszą bardzo zdecydowane „nie”, to drugi raz mogą mnie o nic nie zapytać. I że będzie wtedy jeszcze gorzej, bo stracimy kontakt.

Czy dlatego, żeby ich na przykład nie urazić, rodzice takich młodych ludzi mają milczeć?
– No, nie powinni. Widzę, że ta erozja sumień dokonuje się stopniowo, małymi kroczkami. Jak wskazówka zegara: nie widać, że ona się przesuwa, ale po godzinie już jest w innym miejscu. Na początku młodzi pojechali razem na wycieczkę, nawet szkolną. Później na kolejną wycieczkę, ale już bez reszty paczki. Było to niewinne, ale mama się przyzwyczaiła i ksiądz się przyzwyczaił, i oni się przyzwyczaili. No i w końcu następnym etapem dla takiej pary staje się zamieszkanie razem. Zazwyczaj podczas studiów, choć nie tylko. Myślę, że już znacznie wcześniej rodzice i spowiednik powinni zareagować. Przegapili tę chwilę, bo każdy z tych kolejnych kroczków wydaje się zbyt mały i w sumie niegroźny, żeby wydawać się problemem.

Więc w którym momencie rodzice mieli reagować?
– W tym pierwszym.

To znaczy?
– W tym pierwszym momencie, kiedy młodzi jeszcze mogli inaczej to swoje życie poukładać. Trzeba jak najwcześniej przygotować dzieci do podjęcia dobrych decyzji. Choćby przez to, że się o tym będzie w domu mówiło.

Ale na którym etapie rodzic powinien postawić weto? Już na etapie wycieczki we dwoje?
– Strasznie trudno tutaj dawać recepty, bo każda sytuacja jest inna. Patrzę wstecz na jedną z moich przegranych w tym względzie. I mam takie odczucie, że trzeba było w jakiś sposób zareagować wcześniej. Nie czekać biernie na to, co się stało później. Wycieczka we dwoje pary młodych ludzi nie jest grzechem, ale jednak wiąże się z tym jakieś duchowe niebezpieczeństwo. Zresztą ten sam mechanizm obowiązuje przy innych grzechach, przy stosunku do prawdy czy stosunku do własności. Niewinne kłamstewko czy sięgnięcie po coś niczyjego z czasem narasta i robi się potężnym problemem. Jedna mała dziurka w dętce wystarczy, żeby opona przestała służyć.

Więc szatan usypia nasze sumienia przez stępienie naszej wrażliwości w drobnych sprawach?
– Dobrze, że padło w naszej rozmowie imię szatana. Bo jeśli nie zobaczymy, że za rozmywaniem się sumienia stoi osobowa moc zła, to nic na temat sumienia nie zrozumiemy i niczego nie naprawimy.

Fakt, dzisiaj modniejsze jest mówienie o samodoskonaleniu niż o świecie duchów...
– Żeby się bronić, trzeba dostrzec wroga. Kapitalne wyczucie miał autor biblijnej opowieści o drzewie. Tam kusiciel zastosował dokładnie tą samą metodę zaczynania od drobiazgów. Ewa na początku właściwie tylko pogadała sobie z wężem. No niby co w tym złego, prawda? A potem już poleciało... Lawina ruszyła. Niebezpieczeństwo widzę też w tym, że znikają dziś systemy kar. Kiedyś w szkole a to się dostawało po łapach, a to stało w kącie, a to się przepisywało sto razy „nie będę pluł na tablicę”. Teraz system kar utraciła i szkoła, i rodzice. Oni też już nie potrafią ukarać swoich dzieci. No i same dzieci nie pozwalają się ukarać. A płynie to z atmosfery „pozytywnego oddziaływania” na wszystko i na wszystkich. A kiedy nie ma systemu kar, znika to jasne rozgraniczenie, co jest dobre, a co złe.

Kiedy się czyta Ewangelię, to widać, że Pan Jezus potrafił być bardzo ostry dla swoich słuchaczy.
– Z jednej strony jest prawdą, że Dekalog jest prawem zakazów, a Ewangelia nie jest prawem zakazów. Ale z drugiej strony Jezus nieraz stawiał sprawę na ostrzu noża. Mówił: jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij! jeśli twoje oko jest powodem grzechu, wyłup!

Ks. Twardowski napisał kiedyś rachunek sumienia z pytaniem: „Czy nie przekształcałem Ewangelii w łagodną opowieść?”.
– No właśnie, coś z tego dzisiaj jest. Widzę to nawet u samego siebie na ambonie: wolę wszystko naświetlać od strony dobra. Pokazywać pozytywne wartości, bo właśnie za nimi ludzie pójdą. I myślę, że tak trzeba. Ale jednocześnie trzeba mówić: jest bariera, której przekroczyć nie wolno. Trzeba tę barierę wskazywać. A to rozmywa się coraz bardziej. Zwłaszcza w wychowaniu młodego pokolenia. I rzutuje to na nas wszystkich. Wychowawca, który rozmywa tę barierę wobec swoich wychowanków, rozmywa ją też wobec samego siebie. On też z czasem traci właściwe spojrzenie na siebie i na swoje sumienie. To zadanie także i dla księży, żeby położyć większy akcent na nabożeństwa pokutne, w których jest miejsce na rachunek sumienia czy pokutne refleksje.

A jak ja, świecki, mam obudzić swoje sumienie?
– Kiedyś pewna osoba opowiadała w konfesjonale o zdrowiu, o rodzinie. Zwróciłem jej uwagę, że ma lepiej przygotować spowiedź. Miałem wyrzuty sumienia, że powiedziałem to zbyt ostro. Następnym razem przyszła i odbyła głęboką spowiedź. Czuło się, że zrobiła solidny rachunek sumienia, że sprawę przemodliła. Poradziłem kiedyś nastoletniej dziewczynie stałego spowiednika. Dzisiaj ona już jest studentką, ale dalej korespondujemy. Pisze mi: „za bardzo katolicka to ja nie jestem, ale tego stałego spowiednika mam”. Więc może stały spowiednik jest tą drogą?

Jak często, zdaniem Księdza, powinniśmy się spowiadać?
– Kościół mówi, że przynajmniej raz w roku.

Proszę coś poradzić chrześcijanom, którzy chcą nad sobą pracować.
– Tak często, żeby ten czas był do ogarnięcia myślą. Czyli nie rzadziej niż co dwa, najwyżej trzy miesiące. Wtedy mogę obserwować dynamikę moich grzechów. Czy jakieś paskudztwo we mnie narasta, czy się zmniejsza. W mojej parafii uczę dzieci, żeby przy każdej spowiedzi postanowiły coś konkretnego. I większość z nich zachowało ten sposób spowiadania się także w dorosłości. W konfesjonale wyznają: „w czasie ostatniej spowiedzi szczególnie postanowiłem to i to”. I dodają, że tego postanowienia udało im się dotrzymać, albo że im się nie udało. To ważne, bo ze wszystkich warunków dobrej spowiedzi „mocne postanowienie poprawy” jakoś się gubi. Zostaje z niego tylko formułka. Naklejka na pudełku, a w pudełku pusto. Ja sam w dzieciństwie przestałem chodzić do spowiedzi, bo nie potrafiłem dotrzymać słowa: „obiecuję się poprawić i więcej nie grzeszyć”. Aż mi jakiś mądry ksiądz wytłumaczył: „ty grzeszyć będziesz zawsze, ale ty masz być lepszy”. To można osiągnąć właśnie przez obietnicę poprawy zwłaszcza z jednego, konkretnego grzechu.