Rozwód to nie kolejna opcja

mówi o. Mirosław Pilśniak

|

GN 19/2010

publikacja 11.05.2010 14:55

Już zawierając małżeństwo, młodzi myślą o rozwodzie – mówi o. Mirosław Pilśniak, wieloletni duszpasterz rodzin.

Rozwód to nie kolejna opcja Jacek Zawadzki

Marcin Jakimowicz: Czy zauważył Ojciec, że dla młodych przygotowujących się do małżeństwa, rozwód jest po prostu jedną z opcji? Na wypadek, gdyby „nie wyszło”.
O. Mirosław Pilśniak: – Niestety, mam wrażenie, że ludzie dali sobie wmówić coś takiego, że jeśli małżeństwo się nie udaje, to pozostaje rozwód. To jest zupełne nieporozumienie, które tkwi w nas tak głęboko, że ludzie już na etapie zawierania małżeństwa zastanawiają się na tym, czy się rozwiodą, czy nie. Pojawia się to nawet w formie takiego pozornie niewinnego żarciku, który czasem słyszę, gdy młodzi przychodzą do kancelarii parafialnej. Mówią: „Ojcze, jesteśmy trochę zagubieni, nie wiemy, co mamy teraz załatwiać, bo my dopiero pierwszy raz…”. Ten żarcik ma rozładować napięcie, ale on w tle niesie w sobie coś bardzo groźnego, otwiera pewną furtkę. Strasznie się spinam, gdy słyszę to hasło.

Co Ojciec mówi narzeczonym, którzy pytają: Dlaczego Kościół tak radykalnie zakazuje rozwodów?
– Kościół nie zakazuje rozwodów, bo nie jest instytucją policyjną. Kościół nie uznaje rozwodów – nie widzi sensu w próbach rozerwania istniejącego małżeństwa. Próba udawania, że małżeństwa nie ma, jest chowaniem się w krzakach, zamiast zmierzeniem się z niepowodzeniem życiowym. W deklaracji o nierozerwalności małżeństwa z jednej strony tkwi pewna restrykcja, że wierzący nie ma brać pod uwagę możliwości rozwodu jako jednej z opcji rozwiązania spraw konfliktowych, ale rzadko mówimy o nieprawdopodobnej obietnicy, która tkwi w nierozerwalności małżeństwa: człowiek otrzymuje od Boga raz na zawsze tego drugiego, ukochanego człowieka, którego nikt i nic nie będzie mogło mu odebrać. Żyłka mu pęknie, straci pamięć, zwariuje – nikt nie jest w stanie przekreślić, zniwelować tego małżeństwa. Posiadanie takiej nienaruszalnej rzeczy jest niewiarygodną obietnicą i wartością.

Ale my boimy się rzeczy stałych. Wszystko jest dziś na próbę. Nie ma nic pewnego. Nawet żenimy się na próbę…
– Tak, ponieważ nie mamy przekonania o istnieniu czegoś stałego, trwałego na świecie. Kultura postmodernistyczna zakłada, że lepiej wyobrażać sobie swoje istnienie w świecie, w którym nie ma niczego stałego: każdy ma swoją prawdę, swoją drogę… Problem w tym, że jeśli każdy zbuduje coś nietrwałego, bardzo indywidualnego, to w efekcie skończy się to potworną samotnością. Dewiza: „Żyjmy na maxa” jest desperacką próbą wypełnienia tej koszmarnej pustki, która tworzy się, gdy człowiek jest przekonany, że na tym świecie nie ma niczego stałego. Niedawno słyszałem reklamę: „Życie na maxa jest krótkie. Życie nie na maxa jest bezwartościowe”. Bzdura!

Przychodzą małżonkowie i mówią: rozwodzimy się, klamka zapadła. Czy zdarzały się Ojcu sytuacje, że po waszych spotkaniach pozostali małżeństwem?
– Jasne, że tak… W chwili próby załamania więzi diabeł podsuwa pokusę: rozwiąż tę sytuację, zwiewaj jak najdalej. To rozwiązanie narzuca się z dwóch stron; albo „ten drugi” okazał się nie taki, jakim go sobie wyobrażałam, albo „to ja zawaliłem, nie nadaję się, nie dojrzałem”. Czyli rozdrapywanie ran, szukanie w sobie winy. Czym innym jest jednak uznanie swoich ograniczeń i walka o małżeństwo, a czym innym bezradna kapitulacja. Duszpasterze często spotykają takie osoby. Pomocą jest dla mnie nowa pedagogika; umiejętność słuchania, zrozumienia drugiej osoby bez próby udzielania dobrych, powierzchownych rad. Człowiek bezradny, szukający jakiejś formy ucieczki, odkrywa, że tak naprawdę nie zależy mu na tej ucieczce. Nie chce nigdzie wiać, nie potrafi jedynie przeskoczyć problemów, które się przed nim piętrzą. Ta ucieczka mu się narzuca, narzuca mu ją otoczenie, ale on nie chce nigdzie uciekać. Podam przykład: jestem odpowiedzialny za fundację „Sto pociech”. Mamy w niej wielu świeckich mediatorów rodzinnych. Do mediacji trafiają osoby, które mówią: my już dłużej nie możemy razem żyć, musimy się rozwieść. Wybierają jednak, co ciekawe, mediatorów fundacji działającej przy Kościele, sprawdzają nawet czy są oni katolikami. Na mediacji z deklaracji „chcemy się rozwieść” wynika „tak naprawdę nie chcemy się rozwieść, ale nie wiedzieliśmy, co zrobić”. Te osoby potrafią zadeklarować to, z czym naprawdę przyszli. A przyszli po pomoc, a nie po rozwód.

I co im Ojciec mówi? „Rozmawiajcie”?
– Nie. „Rozmawiajmy”. Bo oni już rozmawiali, ale ta rozmowa zazwyczaj do niczego nie prowadziła.

Groziła „śmiercią lub trwałym kalectwem”?
– Była nieustannym ranieniem się. Człowiek bezsilny potrzebuje wsparcia i takie hasło: „rozmawiajcie” zwykle znaczy „nie mam dla was czasu”. Ważne jest to, by duszpasterz był w stanie wysłuchać drugiego człowieka, nie spiesząc się z udzielaniem gotowych recept. Dlaczego? Bo ten człowiek jest zagubiony i sam siebie nie rozumie. Taka zwykła ludzka rozmowa, gdzie nie udajemy, że mamy gotowy patent na rozwiązywanie problemów, pozwala człowiekowi gorączkowo szukającemu rozwiązań zrozumieć swą sytuację. To jest ogromna sztuka tzw. pomagaczy. Nie biec z gotową radą, ale słuchać. Radę to dają koleżanki zza biurka: „To rozwiedźcie się” (w domyśle „i dajcie mi święty spokój”). To zwykle bezmyślne rady wyczytywane z kolorowych pisemek. Z jednej strony w zasadzie nierozerwalności małżeństwa jest coś bardzo radykalnego. Ale pytanie: Czy człowiek, który deklaruje drugiej osobie miłość, zdecydowałby się na inną formę małżeństwa niż „na zawsze, z wszystkimi konsekwencjami i aż do śmierci”? W sytuacji kryzysu zagubiony człowiek zastanawia się, czy to na pewno tak było. Porady mistrzów duchowych są jednak od wieków jednoznaczne: w chwili kryzysu zastanów się, jakie były twoje pierwotne deklaracje. Pomyśl, jak zaczynałeś swą drogę, jakie były twoje intencje. I wówczas człowiek odkrywa, że przed laty zdecydował się, że będzie walczył o małżeństwo za każdą cenę. Tylko teraz nie wie, jak tę cenę zapłacić.