Ściganie za ściąganie

Marcin Jakimowicz

|

GN 27/2009

publikacja 01.07.2009 16:39

Na każde legalnie pobrane z sieci nagranie przypada aż 20 pirackich. Internauci nad Wisłą ściągają ponad 5 mln utworów… tygodniowo. Nad empetrójką głowią się nie tylko prawnicy, ale i spowiednicy.

Ściganie za ściąganie fot. STOCKXPERT, STOCKXCHNG, FOTOMONTAŻ: STUDIO GN

Jammie Thomas-Rasset, 32-letnia kobieta z Minnesoty, ściągnęła sobie na domowy komputer 24 piosenki. Z jej głośników popłynęły dźwięki „Cryin” Aerosmith i „November Rain” Guns’N’Roses. Jak wielu internautów, udostępniła swe zbiory innym użytkownikom sieci. Historia podobna do milionów innych na świecie? Niezupełnie. Amerykance wytoczono proces. Sprawa ciągnęła się latami. 15 czerwca br. sędzia federalny uznał, że winna nielegalnego ściągania muzyki z internetu ma zapłacić gigantyczną sumę… 1,9 mln dolarów. Ściągniecie jednej piosenki kosztowało ją więcej niż wybudowanie domu. Prawnicy zatrudnieni przez potężne firmy fonograficzne argumentowali, że kobieta umożliwiła dostęp do pirackiej muzyki milionom użytkowników netu. Sprawa Jammie, prywatnie matki czworga dzieci, była pierwszą tego typu za oceanem. Adwokat kobiety przyznał, że jego klientka jest zaszokowana wysokością kary, tym bardziej że piosenki, które ściągnęła, były wycenione w internecie na… 99 centów. Jammie Thomas-Rasset zamierza odwołać się od wyroku do sądu wyższej instancji. Gigantyczna kara za nielegalne ściąganie muzyki wywołała w mediach na całym świecie wielką falę dyskusji. Na forach internetowych zawrzało…

Sorry Music Polska
Nowe technologie umożliwiają darmowe ściągnięcie muzyki na kliknięcie. Na każde legalnie pobrane z sieci nagranie przypada aż 20 pirackich. Szacuje się, że wytwórnie tracą na piractwie rocznie prawie 3 mld dolarów. Ponad 90 proc. ruchu w sieci przypada na dystrybucję plików naruszających prawa autorskie – alarmuje Związek Producentów Audio Video. Zjawisko ma jednak i drugą, mniej nagłaśnianą stronę medalu. Dzięki nielegalnie ściąganym plikom sprzedaż płyt nieznacznie wzrasta. Piraci po obwąchaniu towaru chętniej kupują legalne krążki. Ściąganie plików z sieci nakręca rynek, jest przedsmakiem zakupu legalnej, starannie wydanej płyty. Piractwo napędza też rynek koncertowy. W Wielkiej Brytanii koncerty zaczęły przynosić artystom większe dochody niż sprzedaż płyt. Wydaje się, że w dobie mp3 i sieci P2P (z której korzystała m.in. najsłynniejsza piratka świata) producenci mają nikłe szanse na opanowanie nielegalnego ściągania muzyki. Nad Wisłą co najmniej 4 mln internautów wymienia pliki za pomocą sieci P2P. Piractwo zmieniło oblicze. To już nie kupowanie przegranych płyt na bazarze. Okrętem współczesnego pirata jest jego biurko. Wystarczy podłączony do sieci komputer. Klika i zamiast wydawać kilkaset złotych na legalne krążki, cierpliwie czeka, aż cała dyskografia U2 spłynie na jego twardy dysk. Jasne, ryzykuje, że pod nazwą irlandzkiej kapeli może kryć się Dolina Muminków czy film pornograficzny z garścią wirusów, ale ryzyko jest opłacalne. Nie wydał ani grosza. Szacuje się, że w Polsce piraci ściągają ponad 5 mln utworów… tygodniowo.

Zmieniło się też podejście wydawców. Dziś nie chodzi o to, by płyta trafiła pod strzechy. Chodzi o to, by te strzechy za nią zapłaciły. Pazerność ogromnych koncernów napędza spiralę piractwa. Na nic zdają się kampanie antypirackie i próby zastraszania internautów. Tradycyjna płyta odchodzi do lamusa. Przyszłością muzyki staje się internet. Widać to znakomicie na przykładzie działającego od sześciu lat muzycznego internetowego sklepu iTunes, który sprzedał już ponad sześć miliardów utworów. Zmieniło się wreszcie samo podejście do słuchania muzyki. Fan Pearl Jam, który z utęsknieniem czeka na ich nowy krążek, nie musi szykować sobie miejsca na półce. Na jego twardym dysku z powodzeniem mieści się ogromna płytoteka Marcina Kydryńskiego.

Przestępstwo? Grzech?
„Nielegalne kopiowanie płyt, filmów i książek oraz kserowanie podręczników przez studentów jest grzechem – radykalnie pisał w magazynie muzycznym RUaH ks. Grzegorz Ułamek, zajmujący się problemem piractwa. – Jasne, możemy się zastanawiać, czy inni nas nie okradają, dyktując tak wysokie ceny, ale sytuacja, że ktoś nas okrada, nie usprawiedliwia postępowania w ten sam sposób” – zaznaczał. Żaden artykuł magazynu nie wywołał takiej burzy. Redakcja dostawała mnóstwo listów od oburzonych internautów. – Pamiętajmy o tym, że grzech jest czymś świadomym i dobrowolnym – wyjaśnia o. Piotr Jordan Śliwiński, kapucyn, dyrektor Szkoły dla Spowiedników. – Internauta musi mieć świadomość, że robi coś złego, ale myślę, że jeżeli się spowiada, to taką świadomość już ma, bo sumienie jakoś mu ten grzech wyrzuca (może stąd ta medialna burza po tekście w RUaH?). A jeśli sumienie mu to wyrzuca, to ja bym apelował, żeby to sumienie szanował, a nie forsował i próbował się usprawiedliwiać i tłumaczyć. Trzeba to po prostu spokojnie przyjąć. Jasne, pokusa ściągania muzyki za darmo jest dziś ogromna, ale przecież ta sprawa nie stoi na ostrzu noża: coraz więcej plików można ściągać legalnie albo za drobną opłatą. Pamiętajmy, że nic nie zwalnia nas z obowiązku szanowania praw innych. Wiem, że wielu ludzi uzasadnia piractwo tym, że koncerny muzyczne niesprawiedliwie zdzierają potężne pieniądze, ale tak naprawdę to nie usprawiedliwia naszego łamania czyichś praw. A poza tym, czy ja muszę w dzisiejszym świecie wszystko nabyć? Nie. Mam wybór.

Chorzowski Teatr Rozrywki pęka w szwach. Na scenie gra Chili My. Piosenki śpiewa z zespołem cała publika. – Nawet nie pytam, kto z was ma w domu oryginalną płytę – rzuca Jacek Wąsowski, lider grupy. – Czy czujemy się przez piractwo okradani? Tak – odpowiada gitarzysta, grający obecnie z Elektrycznymi Gitarami. – Na nielegalnym ściąganiu muzy traci wiele osób. Piractwo powoduje, że autorzy muzyki i tekstów nie dostają z ZAiKS-u tantiem, tracą też muzycy, którzy dostają tantiemy wykonawcze od sprzedanych egzemplarzy. Rozwiązania prawne kompletnie nie nadążają za nieprawdopodobnym rozwojem technologii. Te 1,9 mln dolarów za 24 piosenki to jakaś rozpaczliwa próba poradzenia sobie ze zjawiskiem, które już dawno wymknęło się spod kontroli. Systematycznie zamiera zjawisko płyty. Może przyszłość fonografii będzie wyglądała tak, że padną wytwórnie płytowe, a kapele kupią sobie programy do księgowania i będą umieszczały empetrójki na swych stronach internetowych? Już dziś młode zespoły, by się wypromować, zamieszczają pliki mp3 na stronie: myspace. Więcej, umożliwiają często ich ściąganie za darmo.

Na rewolucyjny pomysł wpadł Radiohead, jeden z najważniejszych zespołów muzycznego rynku. Ich krążek „In Rainbows” już przed oficjalną premierą można było kupić w necie za „co łaska”. Gdy Arka Noego zdecydowała się pół roku temu na wydanie płyty z wszystkimi empetrójkami, sprzedawcy kręcili głowami: Kto teraz kupi tradycyjne płyty? To jednak wymóg czasu. Robert Friedrich zaproponował świetne rozwiązanie: siedemdziesiąt całkowicie legalnych empetrójek. Za niewielkie pieniądze. Zresztą już pierwsza płyta zespołu „A gu gu” była na rynku małą rewolucją. Kosztowała dwukrotnie mniej niż inne podobne krajowe albumy. Nic dziwnego, że sprzedała się w gigantycznym nakładzie ponad miliona egzemplarzy. Wygórowana cena, jaką za krążki dyktują wielkie koncerny, okazuje się dla wielu melomanów zaporą nie do przeskoczenia. Wolą klikać. Za darmo. Ale czy to legalne? I przyzwoite?

Co za to grozi?
Co nam grozi, gdy policja dowiedzie, że na naszym komputerze nielegalnie „gra i trąbi grupa Kombi”? Każdy utwór jest chroniony ustawą o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Nie łamiemy prawa, gdy ściągamy z sieci pliki, jeśli ich licencja na to pozwala. Zyski czerpie wówczas nie tylko właściciel portalu, na którym są zamieszczone, ale i sam twórca. A nielegalne ściąganie? Osoba posiadająca prawa do utworu może od nas zażądać odszkodowania. Jeśli ściągamy muzykę lub film (nie dotyczy to programów komputerowych!) i korzystamy z nich wyłącznie w gronie rodziny lub przyjaciół, to wszystko mieści się w zakresie tzw. własnego użytku osobistego. Samo ściągnięcie musi być nieodpłatne. Ale okazuje się, że i w tym przypadku wszystko zależy od tego, czy prawnicy potraktują empertójkę jako utwór muzyczny czy, nie daj Boże dla piratów, program komputerowy (zobacz rozmowa z Krzysztofem Wąsowskim).

Udostępnianie plików, wykraczające poza rodzinę, przyjaciół jest naruszeniem granic dopuszczalnego rozpowszechnienia. Prawo wydaje się bezradne. Nie pomagają nawet spektakularne akcje policji, która co pewien czas oznajmia, że zatrzymała administratora nielegalnej sieci komputerowej i zabezpieczyła kilka serwerów o łącznej pojemności 12 terabajtów (jak we Wrocławiu w listopadzie 2007 roku). Odtwarzacze mp3 sprzedają się jak świeże bułeczki. Trudno przypuszczać, by młodzi, którzy nie ruszają się już z domu bez słuchawek, mieli na swych wielogigowych dyskach kilka legalnie ściągniętych piosenek. Rozmiar pirackiej rewolucji nie ma precedensu w historii. Prawnicy się głowią, moraliści debatują, a muzyka płynie. Wielkim swobodnym strumieniem.