Białe Orły nad Tamizą

Jacek Dziedzina

|

GN 12/2006

publikacja 20.03.2006 12:44

Zostać czy wracać? Dylemat większości imigrantów. Bliski również Polakom w Zjednoczonym Królestwie.

Białe Orły nad Tamizą Różne miejsca, podobne nadzieje. Praca na obczyźnie dla wielu jest przepustką do świata nowych szans. Jacek Dziedzina

Wyjechali z różnych powodów, choć w podobnym celu. Dla jednych – przygoda; czasowe rozwiązanie – dla drugich, życiowa konieczność – dla innych. Znane każdemu napięcia między wahaniem a pewnością, tęsknotą a spełnieniem, nadzieją a rozczarowaniem – nabierają tu szczególnego charakteru.

W cieniu Wielkiego Bena
Pamiętam Ewę jeszcze z czasów studenckich. Ale niewiele więcej niż imię, kierunek studiów i kilka spotkań ze wspólnymi znajomymi. W Londynie widzę ją po raz pierwszy, odkąd wyjechałem z Lublina. Nie jestem zaskoczony, że świat ponownie okazuje się tak mały – w tym mieście trudno zdziwić się czymkolwiek. Spotykamy się na koncercie Lubelskiej Federacji Bardów.

Impreza w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym przyciąga zarówno pracujących w metropolii Polaków, jak i świat dyplomacji: jest ostatni prezydent na uchodźstwie, jest polski konsul. Nie brak też przedstawicieli mediów. – Pracuję jako dziennikarka w radiu polonijnym – Ewa tryska energią i humorem. – Dzisiaj przygotowuję materiał z koncertu. Pamiętasz ich jeszcze z Lublina?

Ewa wyjechała po studiach do Wielkiej Brytanii. – Cieszę się, że trafiłam do radia. W końcu byłam na podyplomowym studium dziennikarskim, więc mam okazję się realizować. W przerwie koncertu widzę, jak przeprowadza rozmowę z konsulem Trafasem, przeciska się do lubelskich muzyków. I chyba ma kłopot, żeby złapać Annę Seniuk, recytującą wiersze K. Wojtyły. – Jestem w swoim żywiole, to dobra praca: ciągle gdzieś w terenie, z nowymi ludźmi. Wręcza mi swoją wizytówkę redakcyjną.

Kolejny bilet na ewentualne spotkanie. Jakiś czas później rozmawiamy przez telefon. – Nie pracuję już w radiu. Wytworzyła się niezdrowa atmosfera, mówiąc delikatnie. Wielu dobrych dziennikarzy odeszło. Ale nie poddaję się: szkolę mój angielski i mam zamiar znaleźć coś w tym kierunku. Big Ben, czuwający kilka stacji metra dalej strażnik czasu, bije pomyślnie wszystkim cierpliwym. I wiedzącym, czego szukają.

Będziemy tu żyć po polsku
– Nowe polskie biuro! Szeroki zakres usług! Zapraszamy! Proszę, niech pan też zabierze – energiczny chłopak wręcza mi ulotkę. Niedzielne popołudnie przed kościołem St. Mary’s w Ipswich. Miasto, znane miłośnikom „Klubu Pickwicka” Charlesa Dickensa, upodobali sobie również szukający szczęścia rodacy Sienkiewicza. Na południową Mszę w języku polskim przychodzi zawsze kilkadziesiąt osób. Później jest szansa, żeby spotkać się przy kawie. Podsumowanie tygodnia, omawianie interesów, towarzyskie pogawędki. Niektórzy przyjechali tu w latach 80., w atmosferze niepewności co do losów kraju po stanie wojennym. Są też przedstawiciele „nowej fali” emigracyjnej, zapoczątkowanej dwa lata temu. – Byłem nauczycielem informatyki – opowiada Mariusz, od półtora roku mieszkaniec Ipswich. – Szkoły w regionie stanęły przed groźbą zamknięcia. Trochę ubiegając ten proces, postanowiłem wyjechać, nie czekać aż zostanę bez pieniędzy.

Podchodzi do nas chłopak, który rozdawał ulotki. To Kacper, syn Mariusza. – Super, będziemy w Internecie! Taki popularny, świetny portal Wiara.pl! Uczęszcza do angielskiej szkoły, lecz nie ma powodu do kompleksów: w przedmiotach ścisłych bije na głowę rodowitych Brytyjczyków. Mariusz ma uprawnienia kierowcy ciężarówek, które wykorzystał na obczyźnie. Ale od niedawna prowadzi również własną działalność gospodarczą. W polskim biurze pomaga innym w załatwieniu szeregu formalności, związanych z pobytem w Wielkiej Brytanii. – Na razie nie planuję powrotu. Czekam na żonę, dojedzie do nas za kilka miesięcy. Do rozmowy dołącza się Leszek z Tarnowa. Zaprasza chętnych na imprezę karnawałową – jedną z inicjatyw integrujących środowisko.

– Wiemy z żoną, że jeśli nie wrócimy do Polski w ciągu pięciu lat, to już nigdy nie wrócimy. Dzieci będą miały tutaj swój świat, więc to one narzucą czas ewentualnego powrotu. Zdaniem Leszka, każdy musi dokonac własnego wyboru – po której stronie kanału La Manche chce żyć. W jego głosie czuć pewność, ale i nostalgię. Przyznaje, że jemu i żonie trudno jeszcze przestawić się na nową rzeczywistość. – Nie chcemy się odcinać od polskich korzeni. Tu weszliśmy w polską parafię i chyba będziemy żyć po polsku w tym kraju. Zawsze będziemy tęsknić za Polską. A dzieci? – zobaczymy, na ile im pomożemy czuć tę Polskę...

Gdzie ulice nie mają nazw
Pogranicze hrabstw Suffolk i Essex, sto kilometrów na północny wschód od Londynu. Okolica nie należy do najpopularniejszych regionów na Wyspach. Może jedynie Colchester – najstarsze angielskie miasto i niedoszła stolica rzymskiej Brytanii – zwraca większą uwagę przyjezdnych. – W Polsce takich komedii nie widziałem! Pracuję, zarabiam, i żeby jeszcze trudności robili, zamiast starać się o klienta! – Maciek kolejny raz próbuje otworzyć konto w banku. Przechodzimy starymi uliczkami Sudbury. Ale tego dnia nie wzrusza nas nawet mijany dom Thomasa Gainsborough, XVIII-wiecznego portrecisty i autora niepowtarzalnych pejzaży.

Maciek przyjechał pół roku temu ze Sztumu na Pomorzu. Pracuje w kompleksie turystycznym – hotel, golf, club fitness, w pobliżu Stoke By Nayland. Położenie hotelu jest idealne dla osób zmęczonych rygorem czasu i tempem wielkich metropolii. Przyjeżdżają „golfersi”, goście weselni, lokalni wolnomularze, biznesmeni. – Miałem pracę w Polsce, dobry fach w norweskiej firmie, obsługiwałem maszyny, obrabiarki. Tylko marna płaca, w Anglii zarobiłbym kilka razy więcej w tym zawodzie. Na razie pracuje w hotelowej kuchni. – Zawsze mogę wrócić do Polski, szef powiedział, że mam drzwi otwarte. Ale najpierw chcę zarobić na mieszkanie. Sam wiesz, że start w kraju nie jest łatwy. Czekam na moją dziewczynę – jak skończy studia, też tu przyjedzie. No i chcę rozejrzeć się za jakimś innym zajęciem, w moim zawodzie.
Pracownicy hotelu tworzą bogatą mozaikę narodowościową: poza Brytyjczykami są młodzi z Holandii, Szwecji, Hiszpanii i, rzecz jasna, z Europy Centralnej.

– Do tej pory najgłośniejsi byli Bułgarzy. Teraz my przejmujemy firmę! – cieszy się Artur z Podkarpacia, absolwent Akademii Ekonomicznej w Krakowie. Wydaje się ulubieńcem stałych klientów, spędzających godziny na polach golfowych członków klubu. – Nie wiem, jak długo tu zostanę. Ciągle waham się, czy wracać już do Polski. I czy w ogóle kiedyś. Kolejni goście zamawiają irlandzkiego Guinnessa. Minęła 17.00, ale klienci nie ograniczają się tylko do tradycyjnej herbaty. Artur mieszka w tzw. staff house na pobliskiej farmie. – Zawsze mam ubaw, gdy trzeba podać nazwę ulicy i numer domu. Poczta też krąży między hotelem a farmą.

Artur w przyszłości chciałby zająć się analizą, tworzeniem strategii ekonomicznych. Nie waha się wytknąć menedżerom braków w zarządzaniu finansami firmy. Zauważają to klienci. Niektórzy dziwią się, co wykształceni ludzie robią za barem. – Pobyt w Anglii traktuję trochę jak wakacje, odpoczynek po studiach. Nie czuję, żebym marnował tutaj czas: szkolę język, poznaję ludzi i jeszcze oszczędzam. To nie jest takie proste: wrócić i co dalej? Z drugiej strony... Czasem mam naprawdę dość tego miejsca. Małgosia, Monika i Marta nie zdążyły jeszcze zapomnieć tematów maturalnych, kiedy rezerwowały bilety z Rzeszowa. – Niektórzy mówili, że tak nie powinno być, że musi być ciągłość edukacji, po szkole średniej od razu na studia, „po co taka przerwa”. Nie rozumieją, że ktoś chce zarobić na szkołę, odciążyć rodziców, usamodzielnić się trochę.

W hotelu wyróżniają się energią i humorem, choć obsługa imprez w restauracji i barze dla dwustu i więcej osób potrafi zmęczyć. Klienci to doceniają. – Ale menedżerowie chyba trochę mniej – dziewczyny nie kryją rozczarowania. – Dlatego chcemy poszukać innej pracy. „Żaden dzień ani żadna godzina nie są do siebie podobne” – pisał John Constable, inny mistrz pędzla przełomu XVIII i XIX wieku, tworzący w okolicy dzisiejszego hotelu. Pracującym tu wiele miesięcy wydaje się jednak, że miejsce sprzyja odwrotnemu wrażeniu: czas zatrzymał się nagle. Na szczęście mają siebie i swoje pomysły na przetrwanie tych nietypowych wakacji. Czekają na dobre wiatry po obu stronach Wyspy.

Polak manager
Dojeżdżam do Birmingham późnym zimowym wieczorem. Naczytałem się opowieści, że system kanałów jest tu bardziej rozbudowany niż w Wenecji. Tymczasem przedmieścia, pełne domów i sklepików azjatyckich imigrantów, zdecydowanie bardziej przypominają dzielnice Londynu niż stolicę włoskiego karnawału. Anię i Agnieszkę zastaję zmęczone po całym dniu pracy. Nie na tyle jednak, żeby odmówić sobie wyprawy na nocny podbój miasta. Przygoda z Wielką Brytanią zaczęła się dla nich od pracy w hotelu i restauracji we wschodniej Anglii. W prasie znalazły ogłoszenie, że jedna z sieci sklepów odzieżowych szuka asystentów kierowników. – Nie chciałyśmy początkowo próbować, bo wymagali doświadczenia w branży na stanowisku kierowniczym. Ale przeszłyśmy kwalifikacje.

Każda z nich odpowiada za inny departament. Zajęcia w biurze, organizacja pracy, rozwiązywanie problemów pracowników, „walka” z klientami – czasami 10 godzin dziennie, bywa, że sześć dni w tygodniu. – Planuję zostać tu jakieś dwa lata, ale nie na stałe – deklaruje Agnieszka. – Tu życie ogranicza się tylko do pracy. Brak czasu na życie towarzyskie. Dobrze, że jesteśmy tu razem, z siostrą – wspieramy się nawzajem w trudnych momentach. Mimo chwil zwątpienia, przeważają plusy: język, doświadczenie i oszczędności. Dziewczyny są przykładem, że warto uwierzyć w swoją szansę. Tęsknota za polskim morzem, bigosem i komfortem rozumienia wszystkiego – daje nadzieję, że do kraju jednak wrócą.

Suplement
Boże Narodzenie 2005 r. w Bristolu. Wigilia – przygotowana „po polsku” – jednoczy przy stole Brytyjczyków, Hiszpanów i Polaków. Nie wszyscy rozumieją, co się dzieje: skąd taka odświętność, wyjątkowe potrawy, opłatek, życzenia? Jest inaczej niż w Polsce: pierwszy raz piję colę zamiast kompotu! Dopiero po kolacji przypominamy sobie, że jest ugotowany, taki prawdziwy, ze śliwek… Pasterka, tym razem w angielskiej katedrze, raz jeszcze uświadamia mi powszechność tego, co bliskie wielu z nas.
Patrzę na oddalającą się Wyspę. Niektórzy z jej mieszkańców złapali już dobry wiatr. Inni uczą się rozczarowań. Do odważnych świat należy.

Dostępna jest część treści. Chcesz więcej? Zaloguj się i rozpocznij subskrypcję.
Kup wydanie papierowe lub najnowsze e-wydanie.