Żałuję, że nie żałuję

O żalu za grzechy z ks. Stefanem Czermińskim rozmawia Marcin Jakimowicz

|

GN 08/2005

publikacja 16.02.2005 19:57

Marcin Jakimowicz: Czy pamięta Ksiądz, gdy jako mały chłopiec coś poważnego przeskrobał?

Żałuję, że nie żałuję

ks. Stefan Czermiński: – Jasne. Jak się kocha rodziców, to takie rzeczy doskonale się pamięta…

Co Ksiądz wówczas robił?
– Wiedziałem, że tata musi mnie ukarać, bo coś tam popsułem przez swoją zuchwałość i lekkomyślność, ale odkryłem w sobie jakąś dziwną przewrotność i pomyślałem: „Rzucę się tatusiowi na szyję, przytulę się do niego. Może się skruszy? Może zrozumie, że dalej go kocham, że nie chciałem…

I skutkowało?
– Czasem udało się tatę wzruszyć, zmiękczyć, czasem nie…

Czy to nie była jedynie kalkulacja? Boję się kary, ale tak naprawdę nie żałuję tego, że zasmuciłem rodziców?
Nie wykluczam takiej przewrotności dziecka. Byłem dużym spryciarzem.

Pytam o to, bo nasz rachunek sumienia też jest często wykalkulowany. Nie potrafimy przerazić się swoimi grzechami, tylko pro forma rzucamy się Ojcu na szyję. A nuż unikniemy kary?
No tak. To rzeczywiście dramat. Podobnie jest w małżeństwie. To słowo „przepraszam” jest takie suche, zdawkowe, bez dotknięcia i zrozumienia bólu, który przeżywała druga osoba.

Czy każdy grzech rodzi śmierć?
– Tak. Myślę, że każdy. Grzech lekki to jedynie wejście w zagrożenie życia, ale grzech ciężki to już śmierć, odłączenie od Jezusa.

Gdybyśmy doświadczyli, że nasze grzechy rodzą śmierć, nie chcielibyśmy nigdy do nich wrócić! Nasz żal byłby szczery. A tak? Grzech traktujemy często jak jakąś przyjemność, z niewiadomych przyczyn zakazaną przez Kościół. Śmierć? Jaka śmierć?
– Dzieje się tak, bo nie odnosimy tego do relacji miłości. A tu trzeba wszystko odnosić do miłości! Trzeba ją pielęgnować jak kruchą, bezcenną roślinkę. Bo właśnie miłość objaśnia nam grzech. Gdy zrani się miłość, to torturą jest patrzenie, jak ona cierpi. Gdy się nie kocha, zaczyna być to wszystko rutyną. Czym innym jest popchnięcie przechodnia na ulicy, czym innym uderzenie kolegi z pracy, a czym innym spoliczkowanie własnej mamy. Ta gradacja miłości uzmysławia nam wagę grzechu.

Ci, którzy doświadczyli na własnej skórze owoców swego grzechu i zobaczyli, że jest on spoliczkowaniem pokornego Boga, odwracają się od grzechów. Ja często teoretycznie wiem, że zrobiłem źle, ale nie potrafię wykrzesać z siebie żalu. Nie potrafię zapłakać nad grzechem…
– Warto przypomnieć sobie żal alkoholika. On też często „nakręca się”, by uronić łzę, zmusza się do płaczu, po to, by żona zrozumiała, że żałuje. Istota żalu za grzechy nie leży w emocjach. Leży gdzieś głębiej. Dopiero po owocach widać, czy żal był prawdziwy.

Jeśli gna nas do spowiedzi, nawet bez odczuwania uczucia żalu, i wchodząc do kościoła żałujemy, że nie żałujemy, to Pan Jezus to widzi. On patrzy na nasze pragnienia. A one, jak myślę, są istotą żalu. Pragnienie złączenia się z ukochanym. Musimy pogodzić się z tym nieznośnym przeczuciem, że nie potrafimy sami wzbudzić żalu.

Katechizm pisze o żalu doskonałym i niedoskonałym…
– Tu bardzo ważne są łacińskie pojęcia. To są niesamowicie ciekawe sformułowania: contritio („żal z miłości”, czyli żal doskonały) i attritio (żal niedoskonały). Contritio można przetłumaczyć jako zmiażdżenie, skruszenie na piasek, a attritio, jako pokruszenie na duże kawałki, które można jeszcze od biedy złożyć z powrotem. Stary człowiek skruszony na spore kawały po jakimś czasie dojdzie do siebie. Jak zbrodniarz, który oberwał przy przestępstwie i leżał bez przytomności, ale później ocknął się, uciekł i znów pobiegł uprawiać swój proceder.

Czyli idę do spowiedzi, ale głęboko czuję, że i tak za kilka dni zgrzeszę? Nie chcę się radykalnie odciąć od swych grzechów i zwrócić w stronę Ojca?
– Tak! I nie jest to do końca szczere. Żałuję za grzechy bardziej dla zachowania jakichś konwenansów, podtrzymania nurtu starej tradycji, w której zostałem wychowany. Nie ma w tym miłości. Gdy miłość dopuści się zdrady, to ten grzech ją miażdży. Mamy wówczas do czynienia z piaskiem (contritio), z tak wielkim pokruszeniem, że nie ma już czego zbierać. Piasek wypełnia formę pragnienia, które pcha nas do przytulenia się do ukochanej osoby, do Jezusa. Człowiek żałujący z miłości jest jak piasek, gotowy wypełnić każde naczynie. Jest uległy Bożej woli do końca. Może śmiało zawołać: „Rób ze mną, co chcesz!”. A skruszony „na kawałki”, nie jest tak dyspozycyjny. „Na razie nie chcę grzeszyć” – to tyle, koniec.

Nie chce się poddać rękom Garncarza?
– Tak, to kapitalne biblijne porównanie! Dłonie Boga mogą nawet nasz grzech wykorzystać dla naszego dobra.

Często rachunek sumienia i żal za grzechy wymieniamy na jednym oddechu.
– Z jednej strony już w samym rachunku sumienia, w przypominaniu sobie grzechów, zawiera się jakieś zainicjowanie żalu, ale wydaje mi się, że żal za grzechy musi być osobnym aktem. Musi być uświadomieniem sobie ogromu miłości i zrodzić w nas decyzję przylgnięcia do Jezusa. W naszym sercu wzbiera wówczas postawa, że już nigdy więcej nie chcemy zranić Jego miłości. Jeśli małżonkowie rozmawiają o zdradzie, to w pełnym momencie musi dojść do pewnego aktu przeproszenia, przytulenia, przylgnięcia do ukochanej osoby. Nie wystarczy sobie pogadać. A osoba, która zdradziła, też ogromnie liczy na taki gest. Pragnie przytulenia, by doświadczyć, że druga osoba jej przebaczyła.