Obudził się we mnie lew!

rozmowa z Krzysztofem Ziemcem

|

GN 02/2010

publikacja 17.01.2010 18:30

Ryzykując życie, ugasił pożar w domu. Uratował rodzinę, ale został ciężko poparzony. W Wigilię znów poprowadził główne wydanie "Wiadomości". O tym, kiedy w mężczyźnie rodzi się lew, z Krzysztofem Ziemcem rozmawia Maciej Gajek*.

Obudził się we mnie lew! Trwałe w życiu jest tylko to, co sami zbudujemy – dom i rodzina – mówi Krzysztof Ziemiec. Na zdjęciu z córkami przed wypadkiem EAST NEWS/SE/MICHAŁ NIWICZ

Krzysztof Ziemiec
ur. w 1967 r. Absolwent Wydziału Inżynierii Środowiska Politechniki Warszawskiej oraz pracowni radiowej polsko-amerykańskiego studium dziennikarskiego. Pracował także w TVN 24, i w Telewizji Puls. W TVP 2 prowadził „Panoramę”. 24 grudnia 2009 r. wrócił do prowadzenia „Wiadomości” w TVP1.

Maciej Gajek: Naliczyłem kilkadziesiąt artykułów o Twoim wypadku. Stałeś się gwiazdą własnego serialu.
Krzysztof Ziemiec: – Nigdy tego nie chciałem. Wiem, że kiedy leżałem w szpitalu, kiedy byłem nieprzytomny, do mojego pokoiku dobijali się fotoreporterzy. Polowali na mnie jak na jelenia. Pielęgniarki stały na straży. Gdyby leżał tam ktoś ważny i znany, ale ja? Na szczęście po wyjściu ze szpitala odnosili się do mnie z dużą atencją i szacunkiem.

Trudno nie współczuć komuś, kto otarł się o śmierć.
– Ja po prostu nie jestem zarozumialcem jak wielu w tej branży. To kolorowe pisma dzwoniły do mnie, a nie ja do nich. Trochę naiwnie odbierałem wszystkie telefony, traktowałem je jako przyjacielskie, a nie wykonywane po to, żeby coś napisać. Po jednej z takich rozmów jakaś gazeta napisała, że „Ziemiec do końca życia będzie oszpecony”. A powiedziałem tylko, że pozostaną mi jakieś blizny. Innym razem ktoś dzwoni i pyta, jak się czuję. Ja mówię, że dobrze, ale strzyka mnie w ręku. Po trzech dniach artykuł: „Ziemiec ma rękę jak pocięty kurczak”.

Wiesz, że wcześniej mówiło się o Tobie: świetnie wygląda, świetnie przygotowany, ale to człowiek bez właściwości.
– Dziękuję, że mi to mówisz, teraz już wiem, czego mi brakowało (śmiech).

Widzom brakowało czegoś, za co można było Cię pokochać. Albo znienawidzić.
– Żyjemy w czasach, w których kultura osobista nie jest już w cenie, w cenie jest bycie chamem i bucem. Im częściej ktoś przerwie czy huknie, tym jest fajniejszy. Dawno temu zorientowałem się, że się źle urodziłem. Nie w tych czasach. Zawsze zajmowałem się przygotowaniem do pracy, a nie dbaniem o własny wizerunek. To był błąd. Bo ci gorzej przygotowani byli często bardziej czytelni, a potem bardziej szanowani przez szefów. Słyszałem: inni mają dużą rozpoznawalność, a ty co? Teraz wiem, że trzeba też i o to dbać. Teraz będzie łatwiej, bo masz swoją legendę. Ziemiec to bohater, uratował rodzinę, o mało nie zginął. Udało Ci się to medialnie rozegrać.
– Nie stawiaj pytania w ten sposób, bo nigdy niczego nie rozgrywałem. Kiedy wydarzał się wybuch w kopalni, byłem zapraszany do mediów jako ten, który sam coś takiego przeżył. Potem już nie chciałem o tym mówić. Moja żona powiedziała: powinieneś pójść, bo twoje słowa mogą komuś pomóc. Kilka miesięcy później miałem operację. Chirurg w pierwszych słowach podziękował za moje występy medialne. „One bardzo pomogły nam wszystkim. Gdyby najbardziej nawet medialny lekarz powiedział to samo – ludzie by mu nie uwierzyli. Panu wierzą”.

Zostałeś mianowany Kamilem Durczokiem poparzonych.
– Ja walczyłem o powrót do normalnego życia. On walczył o życie.

Czy, podobnie jak Durczok, zamierzasz napisać książkę?
– Coś tam piszę. Ale nie wiem, co z tego będzie.

W Wigilię po raz pierwszy od kilku lat prowadziłeś „Wiadomości”. Miałeś bardzo wysoką oglądalność. Ludzie włączyli telewizję, żeby zobaczyć żywego Ziemca.
– Czysta ludzka ciekawość. Dopiero z tym się oswajam. Okres ochronny się skończy, za miesiąc będę oceniany za pracę, a nie za to, że żyję. Po wydaniu wigilijnym dostałem kilkadziesiąt SMS-ów. W jednym ktoś napisał: „Dałeś nadzieję milionom ludzi”. Niech to będzie prawda wobec jednej tylko osoby… Fajnie jest dawać nadzieję.

Twoi koledzy mówią: Krzysiek zawsze był wierzący, ale dopiero teraz zaczął to okazywać. A kiedy poszedłeś na spotkanie dziennikarzy Telewizji Puls podziękować za zbiórkę pieniędzy, przede wszystkim poprosiłeś o modlitwę.
– Jeśli emerytka powie, że wiele w życiu zawdzięcza modlitwie, to powiedzą, że stara babcia bredzi. A jeśli powie to człowiek młody, pracujący w telewizji… Przyszedł czas, żeby głośno o tym mówić.

Facet, który prowadzi główne wydanie najpopularniejszego serwisu informacyjnego w tym kraju, mówi: wyzdrowiałem, bo dzieci się za mnie modliły… Chłopie, wyśmieją Cię!
– Ryszard Bugajski w jakimś wywiadzie radiowym powiedział niedawno, że jest za stary, żeby się wstydzić wiary. Przed 40. rokiem życia wiara trochę uwiera, trudno się tym tak chwalić jak na przykład miłosnymi podbojami. Dorosłem, żeby mówić o tym głośno. W szpitalu było bardzo źle. Żmudna walka z bakteriami, gorączki nie mógł zbić żaden antybiotyk. Nie było pewne, czy przeżyję, czy umrę na coś w rodzaju sepsy. Pielęgniarka spytała moją żonę, czy znamy kogoś, kto ma w domu flakonik z wodą z Lourdes. Flakonik się znalazł. Żona zaczęła mnie poić, po kilka łyżek dziennie. I nagle gorączka spadła, bakterie zniknęły. Nabrałem sił i zacząłem rehabilitację. Może to przypadek. A może nie. Modliłeś się wtedy?
– Byłem owinięty w bandaże jak mumia. Jak się leży, to coś trzeba robić. Rozmawiać ze sobą, z Bogiem. Kapelan wpadał rano jak do supermarketu: chorych dużo, czasu mało. Paweł Zuchniewicz, wielki orędownik papieża Jana Pawła II, przyniósł mi obrazek z nim. Była w tym dziurka, a w niej fragmencik szaty Papieża. Taka relikwia. Z tyłu była modlitwa. Modliłem się więc o wstawiennictwo do Jana Pawła II. Ale przychodzili także inni znajomi. Pytali: czemu akurat ciebie to spotkało? Do dziś nie mam odpowiedzi, ale stawiam sobie te pytania. Trzy dni po wypadku mieliśmy lecieć na wakacje nad ciepłym morzem. Niedawno doznałem takiego olśnienia: a może dzięki temu moje dzieci nie zginęły? Może któreś z nich by utonęło? Albo zostało porwane…

Trochę filozofujesz…
– Ale kiedy jesteśmy odcięci od normalności, zadajemy sobie mnóstwo pytań. Normalne byłoby też zgłaszanie pretensji do Boga. Ale z tego wyleczył mnie telefon od kolegi. Zapytał, czy cierpię. Boli? No, boli. Nie przejmuj się, dostajemy tylko taki krzyż, który jesteśmy w stanie unieść. Wtedy zrozumiałem powiedzenie: co nas nie zabije, to nas wzmocni. Jeśli ktoś życie traktuje jako „fun”, ale bez „risk”, to świat mu się zawali. Myślałem przez pryzmat powstańców warszawskich, ludzi w katowniach SB. Czym jest moje cierpienie wobec ich cierpienia? Poza tym to zbliża do cierpienia Chrystusa. On oddał życie za nas. Ja byłem bliski oddania życia za własne dzieci. To naprawdę zbliża do istoty wiary. I do prawdziwego sensu życia.

Teraz to dopiero filozofujesz!
– Bo wcześniej, spędzając cały dzień w pracy, czułem się tak, jakbym tyrał w Londynie na zmywaku. W domu tylko spałem. Pracę kończyłem o 23, rodzinę widywałem tylko rano. Trwałe w życiu jest tylko to, co sami zbudujemy – dom i rodzina. Nie wiem, jakbym dziś wyglądał, gdybym nie miał tego wszystkiego, dla czego warto było szybko wyjść ze szpitala, a potem zacisnąć zęby i przez miesiące ćwiczyć, żeby nie mieć podkurczonych rąk i nóg. Są ludzie, którzy nie mają dla kogo walczyć, więc na własną prośbę będą jeździli na wózku. W samym ręczniku ugasiłeś pożar w kuchni. Czujesz się bohaterem?
– Nigdy tak nie myślałem! Co się tak naprawdę stało, uświadomiłem sobie dopiero rano, w szpitalu. Wtedy poczułem ból. Wcześniej byłem w szoku, chodziłem o własnych siłach. Stopy wielkości bochenków chleba, z czarną skórą. Schodząc do sąsiadów, piętro niżej, zostawiłem krwawe ślady na schodach. Leżałem na korytarzu w plamie krwi. Popłakałem się, gdy zobaczyłem, jak wyglądam, spaloną skórę. Ból i strach przyszły następnego dnia. Ktoś mnie niedawno spytał, czy w oczach dzieci uchodzę za bohatera. One tego nie pamiętają, chociaż miały traumę. Środkowa córka, gdy po wypadku usłyszała cokolwiek o ogniu, nawet w telewizji, miała reakcje wymiotne. Mały synek słysząc karetkę pogotowia, myślał, że to do nas – za każdym razem chciał wracać do domu, bo coś złego się stało. Ale to przeszło, niedawno paliliśmy ognisko w lesie, nikt nie miał obiekcji.

Po wypadku byłeś całkowicie zależny od żony. Męska duma pewnie cierpiała.
– To było psychicznie nie do zniesienia. Czułem się jak czwarte dziecko, tylko gorsze, bo ciężkie i duże. Długo bez jej pomocy nie byłem w stanie zrobić nic, musiała mnie podnieść z łóżka! Posługiwaliśmy się biurowym krzesłem, na którym mnie woziła. Dzieci przynosiły mi kapcie, otwierały mi rano zasłony. To było urocze, ale i koszmarne, bo wcześniej to ja byłem głową rodziny. Dzieci zaczęły mnie w końcu omijać. O wszystkim rozmawiały tylko z mamą, tata był taką rośliną, która nie ma wpływu na życie w domu. Uświadomiłem sobie, że muszę się wziąć w garść, bo za chwilę może być za późno.

Były takie momenty, kiedy Twoja żona miała dość?
– Była twarda, chociaż spała po 3–4 godziny na dobę. Ale widziałem to na jej twarzy. Kiedy leżałem w szpitalu, chciałem, żeby cały czas była ze mną, doskwierało mi potworne poczucie samotności. Po wyjściu ze szpitala było jeszcze gorzej. Pomiędzy zrobieniem zupy, opieką nad dzieckiem, załatwianiem spraw na mieście i zakupami musiała mnie umyć, wytrzeć, nasmarować. I co najgorsze – zaraz po wyjściu ze szpitala – zmieniać opatrunki. A to mało kto potrafi! Ale bardzo nas to zbliżyło.

Pomagali też koledzy. Wyremontowali ci kuchnię, wysłali dzieci na wakacje. Trudno było przyjąć pomoc?
– Nie chciałem przyjmować wsparcia finansowego. Miesiąc po wypadku przyszedł kolega z listem od redakcji „Wiadomości” i kopertą z pieniędzmi. Nie chciałem przyjąć. Ale powiedział mi: to nie jest dużo, ale zrobisz im przykrość, bo nie wiedzą, jak inaczej ci pomóc. Przydało się, bo dochodzenie do zdrowia sporo kosztuje. A co z wyglądem? Masz ciało pokryte bliznami, nienaturalnie czerwone. Z przystojnego faceta zmieniłeś się w brzydala.
– Ale to tylko, gdy się rozbiorę, bo na twarzy tego nie widać (śmiech). Nie muszę się przejmować, facetowi dodaje to chyba atrakcyjności. To jak z tymi facetami z reklam: pomarszczeni, sterani życiem, ale ze smakiem. Kłopot miałem, gdy po raz pierwszy poszedłem z dziećmi na basen. Ludzie się przyglądali. Bałem się, że mnie wyproszą. Ale przestałem się przejmować, choć cały czas czuję na sobie wzrok. Może gdybym był lwem salonowym…? Chociaż żona mówi, że dla niej nadal jestem lwem (śmiech). Tylko dzieci trochę się mnie bały. Jedna z córek dopiero pół roku po wypadku powiedziała żonie, że już się nie boi poparzonych ludzi.

Nie nosisz się modnie, jeździsz starym rzęchem i masz rozlatującą się komórkę. Nie przystajesz do środowiska.
– Pamiętasz komiksy o Tytusie de Zoo? Tytus powiedział: nie szata zdobi szympansa, lecz szympans szatę. Faktycznie jeżdżę starym samochodem, który ostatnio rozkraczył się na środku wiaduktu. A gadżety nie są mi potrzebne. Uświadomiłem sobie, że na siebie już nic nie wydaję. Wszystko mam, a pieniądze wydaję na dom i na dzieci, a to worek bez dna.

Facet zajmujący się dziećmi to prawdziwy facet?
– Oddalanie tej odpowiedzialności to jest dowód męskiej słabości. Lew w mężczyźnie odzywa się dopiero wtedy, kiedy ma rodzinę i potrafi ją obronić. Szczególnie w postindustrialnej dżungli lew musi bronić rodziny, kiedy zdarza się wypadek albo kiedy traci pracę. Żaden mężczyzna na łożu śmierci nie żałuje, że spędził za mało czasu w pracy – raczej, że za mało czasu w domu! Dlatego cieszę się, że ten rok spędziłem w domu, z dziećmi. Już nigdy nie będę mieć takiej okazji.

Mógłbyś pracować na zmywaku, żeby utrzymać rodzinę?
– Tuż po studiach byłem inżynierem ochrony środowiska i babrałem się w ściekach. W kaloszach pobierałem ścieki, zatykając nos, potem przelewałem je w probówkach. Byłem też kierownikiem warszawskiego kina Femina. Wydawało mi się, że będę planować festiwale filmowe, a musiałem dbać o to, żeby w toalecie było czysto, a kasjerki nie krzyczały na klientów. Gdybym musiał, pracowałbym w spożywczaku na mięsnym. Pewnie nie wyżywiłbym rodziny, więc trzeba byłoby wziąć drugi etat – np. na nabiale. Jednak wolę chyba zostać w mediach. Tym bardziej że spotykałem też ludzi, którzy pytali nie o zdrowie, ale: kiedy znów będzie pan w okienku? No to jestem.

Maciej Gajek jest dziennikarzem religia.tv