Tylko jeden z żyjących dziś byłych prezydentów Polski nigdy nie brał udziału w partyjnych intrygach, awanturach i podchodach. Podchody uprawiał za to na wojnie oraz w harcerstwie. Pan prezydent Ryszard Kaczorowski skończył 90 lat.
Ryszard Kaczorowski w 2005 r. w Opolu
fot. Agencja Gazeta/Rafał Mielnik
Ostatni prezydent II Rzeczypospolitej mieszka w Londynie, ale często przebywa też w Polsce. Prezydentem został przed dwudziestu laty, 19 lipca 1989 roku w Londynie. Jego poprzednik na urzędzie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej na Uchodźstwie, 86-letni Karol Sabbat, zasłabł tego dnia na londyńskim chodniku i zmarł. Grono starszych panów, którzy wbrew światu, mimo towarzyszących im czasem uśmiechów politowania, przedłużali na emigracji ciągłość instytucji II RP, wykruszało się. Prezydent Sabbat wyznaczył na swojego następcę właśnie Ryszarda Kaczorowskiego. Gdy zmarł, Kaczorowski złożył przysięgę prezydencką. – Przyszła na mnie kolej – skromnie wspominał później. To był ten sam dzień, w którym w Polsce sejm kontraktowy wybrał na prezydenta Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej zażartego komunistę, generała Wojciecha Jaruzelskiego. Ci dwaj ludzie sprawowali więc urząd prezydenta Polski równolegle. To niejedyne podobieństwo ich losów. Obaj w tym samym czasie, w 1941 roku, przebywali za Uralem, wywiezieni tam przez Sowietów. Jaruzelski jednak, mimo podobnych do Kaczorowskiego doświadczeń, postawił po wojnie na komunizm, lojalność wobec Związku Sowieckiego.
Skazany na śmierć
Ryszard Kaczorowski urodził się w 1919 roku w Białymstoku. Kiedy wybuchła II wojna światowa, był uczniem tamtejszej szkoły handlowej. Na białostockich ulicach zadudniły kroki oddziałów Armii Czerwonej. Razem z kolegami z harcerstwa Rysiek zorganizował wtedy w swoim mieście słynne Szare Szeregi. Żeby nawiązać kontakt z dowództwem w Warszawie, z powodzeniem przekradał się przez granicę sowiecko-niemiecką. Przydała mu się wtedy umiejętność podchodów, wyćwiczona na obozach harcerskich. Niestety, w 1941 roku Sowieci rozpracowali ich organizację. 21-letni Rysiek był już wtedy komendantem białostockiej chorągwi Szarych Szeregów. Sowieci wtrącili go do aresztu. Wraz z trzema przyjaciółmi z harcerstwa został skazany na śmierć za próbę obalenia władzy sowieckiej „na zachodnich terenach Białorusi”, czyli m.in. w Białymstoku. Sto dni przyszły polski prezydent spędził w celi śmierci więzienia w Mińsku. – Było tam tak zimno, że kładliśmy się na kilka minut na zabrane z sądu akty oskarżenia, a potem biegaliśmy – opowiedział historykowi z Uniwersytetu w Białymstoku prof. Adamowi Dobrońskiemu. Prof. Dobroński spisał te wspomnienia w książce „Dziewięć wieczorów z prezydentem”. – Po stu dniach psychicznego udręczenia okazało się, że zostaliśmy ułaskawieni. Otrzymałem wyrok 10 lat pozbawienia wolności – wspominał Ryszard Kaczorowski.
Prezydent rąbie kilofem
Wyrok odbywał w łagrze na Kołymie za kołem podbiegunowym. Od 8 rano do 22 w nocy rąbał tam zamarzniętą ziemię i woził ją taczkami do drewnianego koryta, gdzie woda wypłukiwała z ziemi złoto. Ta kopalnia złota nazywała się „Duskanja”, co w języku miejscowych oznacza Dolinę Śmierci. Wiele zresztą prezydentowi do tej śmierci nie brakowało. – Szybko traciłem siły, więc przeżycie zimy praktycznie nie wchodziło w rachubę. W dodatku uszkodziłem sobie kręgosłup. Szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że nasza brygada opanowała sztukę zawyżania danych w sprawozdaniach. Jeden z lepszych w tej mierze specjalistów, inżynier z Leningradu, powiedział kiedyś: „Gdyby ktokolwiek w Moskwie te raporty sprawdzał, toby się dowiedział, że już dawno zasypaliśmy całą Cieśninę Beringa” – opowiadał prezydent. Młodych harcerzy przerażało nieludzkie zachowanie kryminalistów, z którymi pracowali. Ryszard spał w swoich roboczych łachmanach i w butach, bo w przeciwnym razie kryminaliści zaraz by je ukradli. Uratowało go utworzenie armii polskiej w ZSRR. Został wtedy zwolniony z łagru i wstąpił do Armii Andersa. Wyszedł z nią ze Związku Sowieckiego, a potem przeszedł szlak bojowy we Włoszech. Jako łącznościowiec był pod Monte Cassino. Należał też do pierwszych polskich żołnierzy, którzy wdarli się do centrum Ankony.
Będziesz następcą
Po wojnie Ryszard został w Anglii. Ożenił się z Karoliną, Polką ze Stanisławowa. Urodziły im się dwie córki, później przyszło na świat pięcioro wnuków. Ryszard pracował jako księgowy. Nie należał do żadnej partii, a wolny czas poświęcał harcerstwu. Organizował ogólnoświatowe zjazdy ZHP. Od 1967 do 1988 roku był przewodniczącym ZHP na emigracji. Jego córki właśnie w harcerstwie poznały swoich mężów, do harcerstwa zapisały się też jego wnuki. W 1986 r. przeszedł na emeryturę. Miał teraz więcej czasu, więc zgodził się wejść do Rady Narodowej, czyli emigracyjnej namiastki polskiego parlamentu. Wkrótce dostał propozycję objęcia teki ministra w Rządzie RP na uchodźstwie. – Oczywiście to były czysto honorowe stanowiska – powiedział później profesorowi Dobrońskiemu. – Żartowano sobie z tych ministrów, ale okazuje się, że oni na różnych odcinkach robili swoje – tłumaczył. Rząd RP na uchodźstwie składał się z coraz starszych panów. Po kolei wykruszały się też państwa, które uznawały go za legalny polski rząd. Najdłużej, bo do 1974 roku, uznawał go Watykan. Ryszard Kaczorowski został ministrem do spraw krajowych. Utrzymywał kontakt z polską opozycją i organizował dla niej pomoc wśród Polonii. Prezydent Karol Sabbat wyznaczył go jako swojego następcę „na wypadek opróżnienia się urzędu Prezydenta Rzeczypospolitej przed zawarciem pokoju”, jak głosiła przed-wojenna konstytucja kwietniowa z 1935 roku. Emigracyjne stronnictwa polityczne zgodziły się na dokonany przez Sabbata wybór Kaczorowskiego tym chętniej, że jako bezpartyjny był do zaakceptowania przez wszystkich.
Czołem, Prezydencie!
Ryszard Kaczorowski sądził, że Polska odzyska niepodległość, zanim upłynie kadencja prezydenta Sabbata. Karol Sabbat zmarł jednak nagle 19 lipca 1989 roku. Kaczorowski złożył tego samego dnia o 22.00 przysięgę prezydencką. A przed wyjściem z siedziby prezydenta wręczył szefowi kancelarii kopertę z nazwiskiem wyznaczonego przez siebie następcy. Przed trumną Karola Sabbata powtórzył jego słowa: „Prezydent Rzeczypospolitej nadal wyraża ciągłość suwerenności Państwa Polskiego. Ten stan rzeczy będzie trwał do czasu, kiedy w Polsce zbierze się nareszcie sejm wybrany w wolnych i demokratycznych wyborach, wolny od obcej siły, od obcego nacisku i od strachu”.
Prezydent Kaczorowski ocenił, że ta chwila nadeszła z chwilą wyboru Lecha Wałęsy na prezydenta w wolnych nareszcie wyborach. Nie wszyscy jego doradcy zgadzali się, że to jest właściwy moment. Przed podjęciem ostatecznej decyzji, zamiast odbywać kolejne narady, prezydent po prostu wyjechał do Lourdes. Wreszcie nadszedł 22 grudnia 1990 r., dzień zaprzysiężenia Lecha Wałęsy. Ryszard Kaczorowski przyleciał wtedy z całą delegacją do Warszawy. Na Okęciu rozegrała się wzruszająca dla starzejących się emigrantów scena. Przywitali ich bowiem żołnierze z Kompanii Reprezentacyjnej Wojska Polskiego. – Czołem, żołnierze! – zawołał do nich Kaczorowski. Polscy żołnierze energicznie odkrzyknęli: – Czołem, Panie Prezydencie! Tego samego dnia Ryszard Kaczorowski przekazał Lechowi Wałęsie na Zamku Królewskim swój urząd oraz insygnia prezydenckie II Rzeczypospolitej, m.in. chorągiew i insygnia Orderu Orła Białego.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.