Urodziłam dziecko gwałciciela

Jarosław Dudała

|

GN 46/2009

dodane 16.11.2009 09:30

Nie mogłam powstrzymać myśli, że noszę w sobie obcego – mówi Miriam Virgo.

Urodziłam dziecko gwałciciela Miriam Virgo z córeczką fot. Ben Lister

Rzadko wracała późno do domu. Pasowały do niej raczej wyjścia na próby chóru niż nocne eskapady po klubach. Wychowała się w pobożnej, chrześcijańskiej rodzinie w angielskim Reading. Miała 19 lat, gdy dostała pracę w firmie telemarketingowej. Wkrótce potem jej nowy szef postanowił zabrać wszystkich podwładnych wieczorem na drinka. Nie wypadało odmówić. Piła oranżadę; w towarzystwie kolegów z pracy wolała być trzeźwa. Podszedł do niej gość z innej bawiącej się w tym klubie ekipy, nazwijmy go John. Podał szklankę wina. Nie śmiała odmówić. Wypiła parę łyków, a kiedy nie patrzył, zostawiła resztę na barze. Tego, co się działo później, nie pamięta wyraźnie. Wie tylko, że zawróciło jej się w głowie i upadła. Pamięta, że kolega próbował jej pomóc; że próbowała znaleźć taksówkę. Niejasno pamięta też Johna, opierającego ją o ścianę. – Wiem, że nie byłam pijana, ale nie pamiętam, jak dostałam się do domu i co się działo po godz. 23.00 – powiedziała Miriam.

Czarna dziura
Pierwszą rzeczą, którą pamięta, jest to, że nazajutrz rano obudziła się w domu swego kolegi Laurela. - Co się stało? - spytała, a on odpowiedział, że zadzwonił do niego taksówkarz, który znalazł ją półprzytomną przy drodze, bez pieniędzy. W jej telefonie znalazł numer Laurela, więc do niego zadzwonił. Przyjaciel Miriam podał mu swój adres, poprosił o przywiezienie dziewczyny i zapłacił za kurs. Płakała, bełkotała coś niewyraźnie, więc pomyślał, że jest pijana. Zapakował ją do łóżka, żeby się wyspała. Miriam nie potrafiła wytłumaczyć Laurelowi, co się stało. Miała jakieś przebłyski pamięci, w których leżała na ziemi, a ktoś był na niej. Kołatało jej w głowie, że mogło do czegoś dojść, ale nie miała żadnych siniaków ani podartego ubrania. Miała za to w głowie jedną wielką czarną dziurę. W końcu sama sobie wytłumaczyła, że gdyby to był seks, to musiałaby o tym wiedzieć. Pomyślała, żeby iść na policję. – Tylko co ja im powiem? Pomyślą, że jestem idiotką – stwierdziła i postanowiła wyrzucić to wszystko ze swej świadomości.

To nie może być prawda
Jednak krótko potem podsłuchała w pracy plotkę o tym, że na imprezie spała z Johnem. Była wściekła. Wysłała do niego maila z żądaniem wyjaśnień. Odpowiedział, że próbował ją pocałować, ale ona nie chciała i do niczego nie doszło. Nie wiedziała, czy mu ufać. Ale co miała zrobić? Ulżyło jej, kiedy została wkrótce zwolniona z pracy. Poza tym zaczęła chodzić z Laurelem. Było jej tak dobrze, że nie zwracała uwagi, że ciągle jest zmęczona i kręci jej się w głowie. Do lekarza poszła dopiero wtedy, gdy upadła w supermarkecie. – Czy jest możliwe, że jest pani w ciąży? – zapytał. – Nie – odpowiedziała, bo między nią i Laurelem nie doszło nigdy do zbliżenia. W drodze powrotnej do domu wpadła do koleżanki, która była w szóstym miesiącu ciąży. Ona też stwierdziła, że to musi być ciąża. Miriam chciała od razu jej udowodnić, że to nieprawda i w łazience koleżanki zrobiła test ciążowy. – Nie, nie, to nie może być prawda – zszokowana potrząsała głową.

Obcy w moim ciele
Potem potwierdziło się, że jest w 16. tygodniu ciąży. Instynktownie była przekonana, że to John ją zgwałcił. Powiedziała to Laurelowi. Był wściekły na Johna. Chciał, żeby poszła na policję. Zgodziła się, ale chciała najpierw skonfrontować to z Johnem. Ten zaniemówił. – Słuchaj, przepraszam za to, co ci wtedy zrobiłem, ale nie myślałem, że do tego dojdzie – wydusił z siebie. Obiecał, że zadzwoni. Nie zadzwonił. Kiedy ona zadzwoniła, nie był już taki speszony: – Co mnie to obchodzi? Skąd mogę wiedzieć, że to moje dziecko? Musisz się go pozbyć – powiedział. Dopiero wtedy powiedziała rodzicom. Byli zszokowani, ale starali się ją wesprzeć. – Byłam wściekła i zagubiona. Nigdy nie myślałam, że zostanę samotną młodą matką – mówi Miriam. Dodaje, że wychowana w chrześcijańskim domu nie popierała nigdy aborcji. Gdy jednak zaczęła nosić w sobie dziecko gwałciciela, sprawa zaczęła wyglądać inaczej. Jej chłopak do niczego jej nie namawiał, wspierał ją. Jednak ona sama nie mogła powstrzymać myśli, że oto rośnie w niej jakiś obcy.

Przypływ miłości
Tydzień później pojechała do kliniki na aborcję. Czego się bała najbardziej? Może tego, że jej dziecko będzie podobne do gwałciciela. Gdy w szpitalnej koszuli szła już korytarzem do sali operacyjnej, raz po raz pytała siebie, czy dobrze robi. – Nagle ogarnął mnie przypływ miłości do dziecka wewnątrz mnie. Nie rozumiem dlaczego, ale w tym momencie poczułam, że to, co było dla mnie obcym, jest moim dzieckiem – wspomina Miriam. Płacząc, upadła. Pielęgniarka odprowadziła ją do poczekalni, mówiąc, że powinna dać sobie kilka minut na podjęcie ostatecznej decyzji. Dziewczynie powiedziano, że w klinice czeka już policjant, który ma zabrać płód do badań DNA, które mają być dowodem w sprawie o gwałt. – Nie mogę tego zrobić – odparła. – Teraz jesteśmy ja i ty, maleństwo – dodała, gładząc się po brzuchu. Potem znajomi Johna podchodzili do Miriam na ulicy. Mówili, że zmyśliła ten gwałt. Jeden z nich groził jej nawet, że wykopie jej to dziecko z brzucha. Bała się wyjść z domu, spędzając godziny na zbieraniu każdego okruszka pamięci, by odtworzyć to, co się stało tamtej nocy. Policja nie wniosła oskarżenia. John oświadczył, że dziewczyna zgodziła się na współżycie. Miriam tygodniami nie przestawała płakać. Dopiero pod koniec ciąży, wspierana przez rodziców i chłopaka, zaczęła myśleć o tym z odrobiną dystansu.

Podobna do gwałciciela
Maleństwo urodziło się 4 stycznia. Dziewczynka. Tak, była podobna do ojca. – Kiedy mi ją podali, wpadłam w panikę. Wiedziałam, że to była moja decyzja, żeby ją urodzić. I żałowałam tego – przyznaje Miriam. Opiekowała się dzieckiem, ale go nie kochała. Za bardzo przypominało jej o gwałcie. Kiedy córeczka miała 3 miesiące, Miriam i Laurel rozstali się. – Chcąc mnie chronić, w rycerskim geście rozpowiedział, że dziecko jest jego, ale nie jestem w stanie sobie z tym poradzić. To tak, jakbym rujnowała także jego życie. Dlatego, z przykrością, ale musiałam zakończyć ten związek – wspomina Miriam. Została z dzieckiem sama. Ta samotność powoli zaczęła je zbliżać. Nawet podobieństwo do ojca z czasem zaczęło odgrywać coraz mniejszą rolę. – W końcu to nie jej wina – stwierdziła Miriam. Rok po urodzeniu córeczki wstąpiła do policji. Nabrała pewności siebie. Przestała się winić za to, co się stało. Pracuje teraz z dziewczynami, które przeszły to, co ona. Jest im lżej, gdy mogą porozmawiać z kimś, kto je rozumie, bo ma takie same, ciężkie doświadczenia. – To, co się stało, zmieniło mnie – mówi Miriam. Dodaje, że jest samotna i ostrożna w nawiązywaniu nowych kontaktów.

Najlepsza rzecz w życiu
- Moje życie jest dowodem, że z czegoś tak strasznego może wyniknąć wielkie dobro. Nie żałuję tamtej decyzji. To była najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłam – podkreśla kobieta. – Bóg wiedział, jakie będzie moje życie z dzieckiem, a jakie byłoby ono bez niego. Modlę się, żeby Jego wola spełniła się w moim życiu – mówi Miriam Virgo.

 

Korzystałem głównie z wypowiedzi Miriam Virgo, opracowanej przez Diane Leeming dla „Daily Mail”, a także z informacji portalu lifesitenews.com

Tagi: